Przewidziałem katastrofę

Ktoś, kto tak jak ja miał już kon­takt z hisz­pań­skim prze­woź­ni­kiem, mógł wczo­raj­szą kata­strofę samo­lotu Spa­inar przewidzieć.

Są takie linie lot­ni­cze, o któ­rych wiem, że na pewno nigdy nimi drugi raz nie polecę.
Mój pry­watny ran­king naj­gor­szych prze­woź­ni­ków usta­wiam wyłącz­nie w opar­ciu o doświad­cze­nia oso­bi­ste. Na czar­nej liście mia­łem nie­gdyś Eastern Air­li­nes w USA (nie ist­nieje od pra­wie 20 lat), mam na niej wciąż Aero­flot, Air India, Ali­ta­lia, więk­szość linii afry­kań­skich, ekwa­dor­ska Tame i kilku innych prze­woź­ni­ków z Ame­ryki Łaciń­skiej oraz boha­tera wczo­raj­szych new­sów, hisz­pań­ski Spa­nair. Gdyby nawet któ­raś w tych linii gwa­ran­to­wała jedyne połą­cze­nie na danej tra­sie, wolał­bym zre­zy­gno­wać z podróży niż ryzy­ko­wać jej usługi. Z każdą z nich łączy mnie bowiem jakieś burz­liwe prze­ży­cie — czy to pło­nący sil­nik (Air India), czy poważne awa­rie (Eastern Air­li­nes i Aero­flot), naj­czę­ściej jed­nak wyjąt­kowo nie­chlujny ser­wis, wie­lo­go­dzinne opóź­nie­nia, brud, złe trak­to­wa­nie, znisz­czony czy zagu­biony bagaż. Tak się bowiem składa, że linia, która pozwala sobie na złe trak­to­wa­nie swego naj­cen­niej­szego aktywu, jakim są pasa­że­ro­wie, rów­nie źle, a może nawet gorzej trak­tuje swą załogę i sprzęt. Wypa­dek czy kata­strofa jest tylko kwe­stią czasu.
Zły ser­wis pro­wa­dzi do spadku popytu na usługi linii, co z kolei powo­duje spa­dek ren­tow­no­ści i trud­no­ści finan­sowe. Tym więk­sze, im więk­sza jest kon­ku­ren­cja. Dla­tego nie zdzi­wi­łem się, kiedy kilka tygo­dni temu dowie­dzia­łem się, że zaj­mu­jący jedną z czo­ło­wych lokat na mej czar­nej liście, Spa­nair, któ­rego przed ban­kruc­twem uchro­nił skan­dy­naw­ski mono­po­li­sta, SAS prze­żywa trud­no­ści finan­sowe. (N.b. podobne trud­no­ści prze­żywa Ali­ta­lia, Air India, Aero­fłot i LOT). Wszystko się zga­dza – pomy­śla­łem, czu­jąc że wkrótce usły­szymy na temat tej linii wię­cej złych nowin. Nie cze­ka­łem długo. 20 sierp­nia 2008, samo­lot Spa­nair roz­bił się na lot­ni­sku Bara­jas w Madry­cie, zabie­ra­jąc ze sobą życie 153 pasa­że­rom, któ­rzy być może nie mieli oka­zji prze­te­sto­wać prze­woź­nika wcze­śniej, albo nie pro­wa­dzili – jak ja – swej czar­nej listy.

Wpraw­dzie nie znane są jesz­cze ofi­cjalne przy­czyny kata­strofy, nie wyklu­czone jed­nak, że był to…sabotaż ze strony związ­ków zawo­do­wych, które wysy­sają krew także m.in. z Ali­ta­lii czy LOT-u. N.b. kata­strofa miała miej­sce na kilka godzin przed zapo­wie­dzia­nym przez zwią­zek zawo­dowy, straj­kiem liczą­cego 3000 osób per­so­nelu lot­ni­czego Spa­nair. Ewi­dentny był też błąd pilota, który dwu­krot­nie — drugi raz jak wia­domo z fatal­nym skut­kiem – usi­ło­wał pod­nieść do lotu maszynę, która się do lotu z przy­czyn tech­nicz­nych nie nada­wała; dwa zawory na fron­cie feral­nego MD – 82 były prze­grzane. To można było prze­wi­dzieć, tym bar­dziej, że nie tak dawno ów MD 82 miał przy­mu­sowe lądo­wa­nie z przy­czyn tech­nicz­nych na Wyspach Kanaryjskich.

Tra­fi­łem pod te hisz­pań­skie skrzy­dła za pośred­nic­twem LOT i Lufthansy, która ku mojemu zdzi­wie­niu zapro­siła Hisz­pa­nów do swego soju­szu lot­ni­czego, Miles and More. Ostatni odci­nek podróży służ­bo­wej z War­szawy do Ali­cante odby­łem wła­śnie na pokła­dzie Spa­na­ira. Co prawda dole­cia­łem na miej­sce, i z powro­tem, cały i zdrowy, podróż ta ujaw­niła wszel­kie moż­liwe bolączki hisz­pań­skiej awia­cji.
Wsku­tek opie­sza­łej kon­troli pasz­por­to­wej, trwa­ją­cej ponad trzy godziny, mimo iż więk­szość odpra­wia­nych posia­dała pasz­port UE, samo­lot nie odle­ciał na czas. Sko­rzy­stały z tego skrzęt­nie służby kon­tro­lne, które z pastwą jakie­goś sady­sty prze­su­wały ter­min odlotu przez ponad dwie godziny. Po star­cie opóź­nio­nym łącz­nie o ponad 4 godziny nie było na pokła­dzie ser­wisu. Ste­war­des­som nie chciało się nawet wsta­wać z foteli. Jed­nakże praw­dziwa seria upo­ko­rzeń cze­kała na mnie dopiero w Ali­cante.
Wyle­cia­łem z zamia­rem odby­cia pre­zen­ta­cji, zapro­szony przez kilku przed­się­bior­ców pol­skich, zain­te­re­so­wa­nych eks­por­tem swych pro­duk­tów do Hisz­pa­nii. Próbki i mate­riały mia­łem w walizce, która dziw­nym tra­fem ze mną nie dole­ciała. Podej­rze­wa­łem, że została na Bara­jas w Madry­cie, bo tam swą walizkę jesz­cze widzia­łem. Nie­stety, nabur­mu­szona Seńora z Ali­cante nie dała wiary i zarzą­dziła ścią­gnię­cie mego bagażu z…Warszawy. Przez dwie doby nikt mnie nawet nie poin­for­mo­wał, co dzieje się z walizką i mate­ria­łami, by w trzeci dzień wezwać mnie nie­po­trzeb­nie na lot­ni­sko (50 km w jedną stronę) gdzie oka­zało się, że czer­wona walizka nie jest moją gra­na­tową walizką. Nie dość, że nie mogłem wygło­sić peł­nej pre­zen­ta­cji, nie mia­łem ponadto szczotki do zębów, maszynki do gole­nia, maj­tek, skar­pe­tek na wymianę. Obo­wiąz­kiem linii było dostar­czyć mi w tej sytu­acji zestaw mini­mum i sfi­nan­so­wać kupno pod­sta­wo­wych ele­men­tów gar­de­roby. Hisz­pa­nie rżnęli jed­nak głupa twier­dząc, że nie mogą mi tego kupić, bo chroni ich tajem­nica han­dlowa. Musia­łem wysu­płać z kie­szeni pra­wie 200 euro na zakup rze­czy, któ­rych wła­ści­wie nie potrze­bo­wa­łem. Co prawda, bagaż się w końcu zna­lazł, tak jak mówi­łem, był cały czas w Madry­cie. Otrzy­ma­łem go na kil­ka­na­ście godzin przed ter­mi­nem odlotu do Pol­ski, dwa dni po ter­mi­nie nie­do­szłej pre­zen­ta­cji. Nie tylko nie zosta­łem prze­pro­szony i nie otrzy­ma­łem przy­słu­gu­ją­cego mi odszko­do­wa­nia, gdy po powro­cie o War­szawy upo­mnia­łem się w Miles and More o rekom­pen­satę, czyli przy­naj­mniej zwrot kosz­tów biletu, zosta­łem obśmiany i zigno­ro­wany. Na koniec ze Spa­nair przy­słali mi czek na 60 euro…bez pokrycia.

Wtedy w Ali­cante kilku pol­skich pro­du­cen­tów stra­ciło oka­zję do zro­bie­nia inte­resu, bo przy­jeż­dża­jąc bez mate­ria­łów rekla­mo­wych i pró­bek wyszli­śmy na nie­pro­fe­sjo­nal­nych kmiot­ków, co to przy­le­cieli do Kró­le­stwa Hisz­pa­nii bosi i goli. Dzi­siaj widzę jed­nak, że i tak nam się udało. Tych 153 pasa­że­rów, któ­rzy 20 sierp­nia 2008 – tak jak ja, cztery lata temu — zawie­rzyli Spa­na­irowi, zapła­cili za bała­gan i aro­gan­cję hisz­pań­skiego prze­woź­nika znacz­nie wyż­szą cenę.
Dla­tego, radzę, nie baga­te­li­zuj­cie pań­stwo złego ser­wisu, dużych opóź­nień, zagu­bio­nych bagaży i innych drob­nych błę­dów. To one pro­wa­dzą do katastrof.

Jan M. Fijor
„różne” 2008-08-21

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Komentarzy: 3

  1. Maciej Ordon pisze:

    Bar­dzo dobry, nie­stety, arty­kul. Trudno sie tu z czyms nie zgodzic.

  2. viki29 pisze:

    Trzy­maj­cie mnie! Co to za nabur­mu­szony gwiaz­dor napi­sał????? Porażka!!!

  3. bob pisze:

    Ten „gwiaz­dor” po pro­stu myśli. tzn używa mózgu zgod­nie z prze­zna­cze­niem :) . Radzę zro­bić to samo !

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*

Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts