Przymusowy monopol

Rząd jest przy­mu­so­wym mono­po­lem, który na okre­ślo­nym — uwa­ża­nym za wła­sny — obsza­rze geo­gra­ficz­nym prze­jął wła­dzę nad każdą istotą ludzką i bie­rze za nią pewną odpo­wie­dzial­ność.

Mono­pol przy­mu­sowy jest insty­tu­cją utrzy­my­waną przy uży­ciu groźby i ewen­tu­al­nie siły fizycz­nej — przez zaini­cjo­wa­nie jej uży­cia — w celu powstrzy­ma­nia kon­ku­ren­tów od wkro­cze­nia na dany obszar dzia­łal­no­ści. (Mono­pol przy­mu­sowy może też użyć siły w celu wymu­sze­nia „lojal­no­ści klien­tów”, tak jak robi to na przy­kład ofe­ru­jący „ochronę” reke­tier.)
W gra­ni­cach swo­jego tery­to­rium rząd dzierży i spra­wuje na zasa­dzie wyłącz­no­ści wszyst­kie funk­cje, które tylko może sobie przy­pi­sać. Tę kon­trolę utrzy­muje za pomocą wła­snych praw oraz kara­bi­nów, uży­wa­nych zarówno prze­ciwko innym rzą­dom, jak i prze­ciwko pry­wat­nym oso­bom, które sprze­ci­wi­łyby się jego pano­wa­niu. W ramach kon­tro­lo­wa­nia wszyst­kich funk­cji albo zabra­nia kon­ku­ren­cji (jak w przy­padku dorę­cza­nia listów zamiej­sco­wych), albo zezwala na nią tylko do pew­nego stop­nia (jak w przy­padku ame­ry­kań­skiego sys­temu edu­ka­cyj­nego). Mocą prawa zmu­sza obywateli-klientów do kupo­wa­nia swo­ich usług, albo do pła­ce­nia za nie, nawet jeśli nie chcą z nich korzy­stać.
Cho­ciaż oczy­wi­ste jest, że każdy rząd — żeby w ogóle mógł rzą­dzić — musi mieć mono­pol na nie­które przy­naj­mniej czyn­no­ści (np. uchwa­la­nie ustaw) wyko­ny­wane na swoim tery­to­rium geo­gra­ficz­nym, to nie­któ­rzy myśli­ciele utrzy­mują, że „odpo­wied­nio ogra­ni­czony” rząd nie musiałby uży­wać siły i w związku z tym nie byłby mono­po­lem przy­mu­so­wym. Tak rozu­miany rząd ogra­ni­czałby się do dzia­łań, które przez jego zwo­len­ni­ków nazy­wane są koniecz­nymi zasad­ni­czymi funk­cjami rządu. Do takich funk­cji należą: obrona życia, wol­no­ści i wła­sno­ści przed agre­sją z wewnątrz i z zewnątrz (poli­cja i woj­sko), roz­strzy­ga­nie kon­flik­tów (sądy) oraz wymiar spra­wie­dli­wo­ści (sądy i sys­tem peni­ten­cjarny).
Nie­któ­rzy zwo­len­nicy rządu ogra­ni­czo­nego zdają sobie sprawę z tego, że podatki są zło­dziej­stwem (zło­dziej­stwem rozu­mia­nym jako akt ode­bra­nia komuś jego pra­wo­wi­tej wła­sno­ści przy uży­ciu siły, pod­stępu lub oszu­stwa) i pró­bują zapo­biec uży­ciu siły przez taki teo­re­tyczny rząd, zaka­zu­jąc mu nakła­da­nia podat­ków — jakich­kol­wiek podat­ków. Jed­nakże w spo­sób nie­ja­sny i mało prze­ko­nu­jący wska­zują, z czego taki dobro­wolny rząd utrzy­my­wałby się. Nawet gdyby żył z wła­snej pracy a nie z podat­ków, nie wyeli­mi­no­wa­łoby to z jego dzia­łal­no­ści ini­cjo­wa­nia prze­mocy. Jeśli rząd ma być rzą­dem, a nie po pro­stu jesz­cze jedną firmą na otwar­tym rynku, posia­da­jącą poten­cjalną lub ist­nie­jącą kon­ku­ren­cję, to musi utrzy­my­wać mono­pol w tych dzie­dzi­nach, któ­rymi zawład­nął. W celu zapew­nie­nia sobie trwa­ło­ści ist­nie­nia mono­pol ten musi być przy­mu­sowy — musi zaka­zy­wać kon­ku­ren­cji. Dla­tego rząd, żeby w ogóle ist­nieć jako rząd, musi uciec się do uży­cia siły, żeby unie­moż­li­wić oby­wa­te­lom podej­mo­wa­nie kon­ku­ren­cyj­nej dzia­łal­no­ści w dzie­dzi­nach, do któ­rych uzur­puje sobie wyłącz­ność. Jeśli można by przed­sta­wić biz­nes­me­nom dowody na to, że „pod­sta­wowe funk­cje rządu”, do któ­rych należą: ochrona i obrona ludzi i ich wła­sno­ści, roz­strzy­ga­nie kon­flik­tów i egze­kwo­wa­nie spra­wie­dli­wo­ści, mogłyby być z powo­dze­niem spra­wo­wane przez pry­watne wol­no­ryn­kowe przed­się­bior­stwa (a w niniej­szej książce udo­wod­nimy, że tak jest), każdy rze­komo nie­przy­mu­sowy, ogra­ni­czony rząd sta­nąłby przed nie lada dyle­ma­tem. Albo musiałby użyć siły, żeby unie­moż­li­wić wol­no­ryn­ko­wym przed­się­bior­stwom wkro­cze­nie na swój „rynek”, albo wolni przed­się­biorcy wypar­liby rząd z „biz­nesu”, a tym samym ukró­cili jego ist­nie­nie. Jak poka­żemy, rząd jest z nie­unik­nio­nych przy­czyn nie­efek­tywny i drogi. Gdyby rząd nie zmu­szał oby­wa­teli do korzy­sta­nia ze swo­ich usług (utrzy­mu­jąc sta­tus przy­mu­so­wego mono­polu), to wolny rynek miałby do zaofe­ro­wa­nia usługi naprawdę dobrej jako­ści, po niż­szych cenach i rząd stra­ciłby wszyst­kich swo­ich „klien­tów”.
Rząd jest i z koniecz­no­ści zawsze będzie przy­mu­so­wym mono­po­lem, ponie­waż żeby ist­nieć musi pozba­wić przed­się­bior­ców prawa do wcho­dze­nia na rynek z usłu­gami kon­ku­ren­cyj­nymi wobec swo­ich, a oby­wa­te­lom narzu­cić obo­wią­zek korzy­sta­nia wyłącz­nie ze swo­ich usług w tych dzie­dzi­nach, któ­rymi zawład­nął. Jaka­kol­wiek próba wyna­le­zie­nia rządu, który nie ucie­kałby się do uży­cia począt­ko­wej siły, jest wysił­kiem darem­nym, ponie­waż sta­wia nas przed zada­niem wewnętrz­nie sprzecz­nym. Rząd ze swej natury jest insty­tu­cją odwo­łu­jącą się do ini­cjo­wa­nia prze­mocy. Gdyby zaprze­stał uży­wa­nia prze­mocy, to prze­stałby być rzą­dem i stał się po pro­stu jedną z firm na wol­nym rynku. Nie może też ist­nieć nic takiego, jak rząd, który jest czę­ściowo firmą wol­no­ryn­kową, gdyż nie może być kom­pro­misu mię­dzy wol­no­ścią a bru­talną siłą. Albo jakaś orga­ni­za­cja jest firmą wol­no­ryn­kową i broni się przed kon­ku­ren­cją dba­jąc o jak naj­lep­sze zaspo­ko­je­nie potrzeb kon­su­men­tów, albo jest bandą zło­dziei żyją­cych z bru­tal­nej prze­mocy i eli­mi­no­wa­nia kon­ku­ren­cji przy uży­ciu siły, gdy tylko nada­rzy się oka­zja. Nie może być i jed­nym i dru­gim.
Ponadto, skoro rząd nie jest mono­po­lem ryn­ko­wym, to może być tylko mono­po­lem przy­mu­so­wym — nie ma trze­ciej moż­li­wo­ści. Zakaz kon­ku­ren­cji, który umoż­li­wia ist­nie­nie rządu, sta­nowi agre­sywną inge­ren­cję w wolny rynek i stwa­rza pod­stawę dla wszyst­kich innych form inge­ren­cji w sys­tem ryn­kowy, za które odpo­wie­dzialny jest rząd. Ponie­waż rząd — żeby ist­nieć — musi naru­szyć prawo do wol­nego han­dlu, to dla­czego miałby się powstrzy­my­wać od innych form inge­ro­wa­nia w rynek i prawa swo­ich obywateli-poddanych?
Zda­rza się, że ludzie wycho­wani na „demo­kra­tycz­nych tra­dy­cjach Zachodu” uwa­żają, iż uży­cie przez rząd siły i nisz­cze­nie przez niego rynku jest uspra­wie­dli­wione, o ile rząd został „wybrany przez ludzi w dro­dze demo­kra­tycz­nych wol­nych wybo­rów”. Myślą, że gdy rząd jest wybrany demo­kra­tycz­nie, to wszystko, co czyni, jest dzia­ła­niem wyko­ny­wa­nym „przez nas i dla nas” i z tego względu jest dopusz­czalne. Jed­nakże błąd takiego podej­ścia staje się oczy­wi­sty z chwilą, gdy miesz­kań­ców tego demo­kra­tycz­nego kraju potrak­tu­jemy jako jed­nostki, a nie jako nie­istotne ele­menty kolek­tyw­nej cało­ści.
Wiara, że w demo­kra­cji ludzie rzą­dzą się sami poprzez wybra­nych przed­sta­wi­cieli jest wpraw­dzie uświę­cona tra­dy­cją i wynie­siona do rangi dogmatu przez wie­lo­krotne powta­rza­nie, ale w rze­czy­wi­sto­ści jest mistycz­nym non­sen­sem. W każ­dych wybo­rach bie­rze udział tylko pewien pro­cent lud­no­ści. Ci, któ­rzy nie mogą gło­so­wać ze względu na wiek lub inne prze­szkody oraz ci, któ­rzy nie gło­sują, bo są zdez­o­rien­to­wani, obo­jętni albo czują odrazę do bra­nia udziału w grze pozo­rów, nie mają wpływu na uchwa­la­nie ustaw, któ­rym muszą się pod­po­rząd­ko­wać. Nie mają też na nie wpływu ci, któ­rzy jesz­cze się nie uro­dzili, ale w przy­szło­ści będą musieli prze­strze­gać tych praw. Spo­śród tych, któ­rzy „korzy­stają z przy­słu­gu­ją­cego im prawa do gło­so­wa­nia”, rze­sza gło­su­ją­cych na kan­dy­data poko­na­nego jest rów­nież pozba­wiona wpływu na rządy, przy­naj­mniej przez okres kaden­cji kan­dy­data, prze­ciwko któ­remu gło­so­wała. Ale nawet te osoby, które gło­so­wały i opo­wie­działy się za zwy­cięzcą, w rze­czy­wi­sto­ści nie biorą same udziału w rzą­dze­niu w żad­nym zna­cze­niu tego słowa. Gło­so­wały na czło­wieka, a nie na okre­ślone prze­pisy, któ­rym będą pod­le­gać. Nawet wszy­scy ci, któ­rzy oddali swoje głosy na zwy­cię­skiego kan­dy­data, byliby w nie­ma­łym kło­po­cie i nie mogliby dojść do poro­zu­mie­nia, gdyby mieli gło­so­wać na te prze­pisy. Ich przed­sta­wi­ciel rów­nież nie musiałby się kie­ro­wać ich życze­niami, nawet gdyby uznać, że wia­domo, co te „kolek­tywne życze­nia” wyra­żają. Oprócz tego wszyst­kiego, w doj­rza­łej demo­kra­cji, takiej jak w USA, duża część fak­tycz­nej wła­dzy znaj­duje się w rękach dzie­sią­tek tysięcy ano­ni­mo­wych, nomi­no­wa­nych urzęd­ni­ków — obo­jęt­nych na życze­nia oby­wa­teli, któ­rzy nie mają spe­cjal­nych wpły­wów. W sys­te­mie z rzą­dem demo­kra­tycz­nym mniej­szość rzą­dzo­nych wybiera zwy­cię­skiego kan­dy­data. Następ­nie zwy­cięzca podej­muje decy­zje w dużej mie­rze pod naci­skiem grup spe­cjal­nego inte­resu. W prak­tyce ozna­cza to, że ci, któ­rzy dys­po­nują wpły­wami poli­tycz­nymi rzą­dzą tymi, któ­rzy ich nie mają. Wbrew pra­niu mózgów, które prze­szli­śmy w pań­stwo­wej szkole, demo­kra­cja — rządy spo­łe­czeń­stwa za pośred­nic­twem wybra­nych przed­sta­wi­cieli — to ponury żart!
Demo­kra­cja jest nie tylko pozor­nie mądrym non­sen­sem, jest też nie­mo­ralna. Jeśli jed­nemu czło­wie­kowi nie wolno innym narzu­cać swo­ich pra­gnień, to dzie­sięć milio­nów ludzi nie ma prawa narzu­cać swo­ich życzeń jed­nemu czło­wie­kowi, ponie­waż zapo­cząt­ko­wa­nie uży­cia siły jest złem (apro­bata nawet miaż­dżą­cej więk­szo­ści nie uczyni go moral­nie upraw­nio­nym). Opi­nie — nawet opi­nie wyra­żane przez więk­szość — nie two­rzą prawdy, ani nie wpły­wają na fakty. Lin­czu­jący tłum to demo­kra­cja w prak­tyce. Tyle na temat rzą­dów motło­chu.
Samo słowo „rząd” ozna­cza ludzi, któ­rzy rzą­dzą — mają wła­dzę nad — innymi . Jeśli ludzie są rzą­dzeni przez innych ludzi, to żyją w nie­wol­nic­twie. Nie­wol­nic­two to stan, w któ­rym czło­wiek nie może korzy­stać z prawa do samo­po­sia­da­nia, tylko pod­lega czy­jejś wła­dzy. Rząd — wła­dza ludzi nad innymi ludźmi spra­wo­wana przy uży­ciu siły — jest rodza­jem nie­wol­nic­twa. Opo­wia­da­nie się za rzą­dem to opo­wia­da­nie się za nie­wol­nic­twem. Popie­ra­nie rządu ogra­ni­czo­nego ozna­cza zaję­cie absur­dal­nego sta­no­wi­ska popie­ra­ją­cego ogra­ni­czone nie­wol­nic­two.
Rząd to wła­dza jed­nych ludzi nad innymi spra­wo­wana przy uży­ciu siły, czyli nie­wol­nic­two, czyli coś złego. Ci, któ­rzy utrzy­mują, że rząd jest insty­tu­cją mającą mono­pol na sto­so­wa­nie siły w odwe­cie (na danym obsza­rze geo­gra­ficz­nym), pomi­jają cał­ko­wi­tym mil­cze­niem to, jakiego rodzaju mono­po­lem jest ta insty­tu­cja. Robią tak z oczy­wi­stych powo­dów. Twier­dze­nie, że rząd jest mono­po­lem ryn­ko­wym, to oczy­wist absurd, ponie­waż kon­ku­ren­cja musi być zabro­niona. Gdyby moż­liwa była kon­ku­ren­cja, rząd nie byłby mono­po­lem i w związku z tym nie byłby rzą­dem (zgod­nie z ich „defi­ni­cją”). Jeśli przy­znają, że rząd jest mono­po­lem przy­mu­so­wym, nie powinni prze­oczyć faktu, że opo­wia­dają się za insty­tu­cją z natury złą i że wspie­ra­nie cze­goś nie­do­brego jest samo złem. Jest cał­kiem oczy­wi­ste, że wszyst­kie rządy na prze­strzeni dzie­jów, włącz­nie z rzą­dami obec­nymi, ist­niały dzięki ini­cjo­wa­niu prze­mocy wobec swo­ich obywateli-poddanych i — co wię­cej — nie mogłyby ist­nieć bez prze­mocy, która ozna­cza pogwał­ce­nie praw czło­wieka. Twier­dze­nie, że rząd korzy­sta z mono­polu na uży­cie siły w odwe­cie ozna­cza więc kapi­tu­lanc­two i akcep­ta­cję dla nie­spro­wo­ko­wa­nego uży­cia prze­mocy. Nawet przy naj­lep­szych chę­ciach nie można insty­tu­cji ucie­ka­ją­cej się do ini­cjo­wa­nia prze­mocy uwa­żać za orga­ni­za­cję mającą mono­pol na uży­cie siły odwe­to­wej. Taki pogląd jest czymś gor­szym od absurdu, ponie­waż wspiera ideę, że rząd jest czymś dobrym.
Będąc mono­po­lem przy­mu­so­wym, rząd musi utrzy­my­wać swój sta­tus mono­po­li­sty ini­cju­jąc prze­moc, co ozna­cza, że jest sza­fa­rzem wła­dzy. Ze względu na tę kon­cen­tra­cję wła­dzy mówi się o koniecz­no­ści nało­że­nia na rząd ogra­ni­czeń, które unie­moż­li­wi­łyby mu pomia­ta­nie oby­wa­te­lami. Ponie­waż do korzy­sta­nia z usług mono­polu, jakim jest rząd, oby­wa­teli trzeba zmu­sić, to rząd nie może dopu­ścić do powsta­nia kon­ku­ren­cji, która zapew­ni­łaby ogra­ni­cze­nia zewnętrzne, takie jakie wystę­pują w przy­padku insty­tu­cji wol­no­ryn­ko­wych. Jaka­kol­wiek siła zewnętrzna, która mogłaby sku­tecz­nie kon­tro­lo­wać wła­dzę rządu, pod­wa­ża­łaby jego mono­po­li­styczną pozy­cję. Ogra­ni­cze­nia muszą więc pocho­dzić z wewnątrz. Jest to tzw. sys­tem kon­troli i rów­no­wagi. Jed­nakże każdy rzą­dowy sys­tem kon­troli i rów­no­wagi będzie z koniecz­no­ści roz­bu­do­wany, nie­wy­dolny i drogi, a to ozna­cza, że cię­żary pono­szone przez tych, któ­rzy go muszą utrzy­mać, będą więk­sze niż spo­dzie­wane korzy­ści z jego funk­cjo­no­wa­nia (nawet jeśli pomi­nie się fakt, że dzia­ła­nia rządu są przymusowe).

frag­ment „Rynek i wol­ność„
M.L. Tan­ne­hill
„książka” 2007-02-18

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Komentarzy: 3

  1. andrzej pisze:

    Szkoda ze o ana­cho­ka­pi­ta­li­zmie mozna dys­ku­to­wac tylko w teo­rii. Nawet Sta­nom w XIXw tro­che bra­ko­walo. Jest to row­niez przy­czyna sil­nego para­dyg­matu ist­nie­nia wla­dzy. Nawet wsrod wielu liber­ta­rian.
    Pyta­nie czy jest mozliwa spo­lecz­nosc bez pan­stwa? — jest uza­sad­nione. Wedlug mnie jesli juz to na dzien dzi­siej­szy w przy­padku jakis mylych regio­now. Wolne miasta-panstwa np. Hong­kong.
    Co wazniej­sze takiego pyta­nia liber­ta­ria­nie, wol­no­ryn­kowcy nie powinni sobie w ogole zada­wac, bo głow­nie ono spra­wia ze trzy­maja sie takiego para­dyg­matu. Bycie anar­chi­sta to po pro­stu nie tole­ro­wa­nie jakiej­kol­wiek prze­mocy i to jest pod­stawa, a nie mysle­nie ze anar­chizm jest mozliwy.

  2. Nataniel pisze:

    Wnio­sek. Nikt nie ma czasu na czy­ta­nie tasiem­cow, po to zeby reagowac.

  3. magglownica pisze:

    Ale się uśmia­łem z ostat­niego zda­nia Andrzeja pew­nie jest anar­chi­stą który wie że bycie nim nie jest możliwe.

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*

Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts