Psychologia sprzedaży cz. 3

Naj­wię­cej jed­nak spu­sto­szeń doko­nu­jemy w samych sobie. Czło­wiek wycho­wany w atmos­fe­rze cią­głej nagan­no­ści, potę­pie­nia czy braku akcep­ta­cji ma skłon­ność do widze­nia wszyst­kiego, a naj­bar­dziej sie­bie, w czar­nych barwach.

To, że dziecko kupiło nie­wła­ściwe jabłka czy popla­miło sobie bluzkę nie prze­kre­śla jego war­to­ści. Ein­stein, na pol­skie stan­dardy wycho­waw­cze byłby praw­dzi­wym mato­łem, zaczął bowiem mówić, dopiero gdy miał…pięć lat! I odwrot­nie — mia­łem w szkole kolegę, będą­cego uoso­bie­nie wszel­kich cnót, dawa­nego mi za przy­kład, który w wieku doj­rza­łym stał się ubecką kana­lią i doku­czył wielu ludziom. Znam też Tade­usza Wit­ko­wi­cza, Polaka z Kanady, któ­rego w pol­skiej, a póź­niej kana­dyj­skiej szkole (tuż po przy­jeź­dzie na emi­gra­cję) uwa­żano za nie­udacz­nika, a który two­rzy dziś wiel­kie przed­się­wzię­cia naukowe i gospo­dar­cze. Jego firmy poja­wiają się na naj­więk­szych gieł­dach świata z NASDAQ na czele.
Oce­nia­nie kogoś na pod­sta­wie wyrywka jego oso­bo­wo­ści, to kale­cze­nie go. A to jest wła­śnie pol­ska spe­cy­fika; nie pasu­jesz do ste­reo­typu — jesteś matoł, chu­li­gan, dno. Powta­rza­nie dziecku takiego sche­matu pomoże mu wyro­bić w sobie prze­ko­na­nie w życiu doro­słym, że jest głu­pie, złe, do niczego. Do takiej kon­klu­zji docho­dzą ludzie wycho­wani w poczu­ciu niskiej samo­oceny.
Jedną z pod­sta­wo­wych trud­no­ści w zawo­dzie sprze­dawcy – bez względu na skalę sprze­daży – jest poko­ny­wa­nie odmów ze strony poten­cjal­nego czy nie­do­szłego klienta. Ludzie z niską samo­ocenę biorą odmowy per­so­nal­nie, jako coś wymie­rzone wła­śnie w nich. Nie zasta­na­wiają się nad tym, że prze­cież pro­spekt (poten­cjalny kupu­jący) może być w złym humo­rze, może nie mieć tego dnia cier­pli­wo­ści czy jesz­cze z jakie­goś innego powodu nie chce podej­mo­wać decy­zji. Po pro­stu, jestem zły, głupi – myśli sobie sprze­dawca – i dla­tego nic mu nie wychodzi.

Im niż­sza samo­ocena, tym gor­sze wyniki w poko­ny­wa­niu odmów, czyli w sprze­daży.
Ame­ry­ka­nie też mają pro­blemy z poko­ny­wa­niem odmów, ale oni wie­rzą w sie­bie. Zostali wycho­wani w prze­świad­cze­niu, że robią (pra­wie) wszystko dobrze, a jedy­nie oko­licz­no­ści nie są im sprzy­ja­jące. Dla­tego Ame­ry­ka­nie to naród sprze­daw­ców; tam sprze­daż powstała, tam roz­kwita, stam­tąd czer­pie swą wie­dzę i doświad­cze­nie, roz­le­wa­jąc je po resz­cie świata. W tej dzie­dzi­nie mamy wiele do naucze­nia się.

Zacząć powin­ni­śmy od poprawy mnie­ma­nia o wła­snej war­to­ści. To jest moż­liwe, wręcz konieczne.

Czło­wiek posia­da­jący złe mnie­ma­nie o sobie ma pro­blemy w kon­tak­tach z innymi ludźmi, a te jak wiemy są pod­stawą życio­wego suk­cesu. Nie­wielu ludzi może sobie pozwo­lić na bez­kom­pro­mi­so­wość i igno­ro­wa­nie otoczenia.

Złe mnie­ma­nie na wła­sny temat jest także źró­dłem kry­tycz­nej postawy wobec innych ludzi.

Chłop­czyk, któ­rego matka nazwała mato­łem za to, że nie wie­dział jakie jabłka są — jej zada­niem — dobre, a jakie nie, swoje prze­ko­na­nie o niskiej war­to­ści będzie prze­no­sił na oto­cze­nie. Każdy, naj­mniej­szy nawet prze­jaw nie­życz­li­wo­ści czy nawet nie­zbyt dużej życz­li­wo­ści ze strony innych ludzi, odczy­ty­wany będzie przez niego jako klę­ska per­so­nalna. Kowal­ski nie odkło­nił mu się na ulicy (bo być może go nie zauwa­żył, albo zamy­ślił się), jest więc aro­gan­tem, nie war­tym pod­trzy­my­wa­nia zna­jo­mo­ści. Ten­den­cja do oce­nia­nia na pod­sta­wie nic nie zna­czą­cych, albo nie­wiele zna­czą­cych zda­rzeń roz­cią­gnięta została na cały ota­cza­jący świat. Zamiast oce­niać ludz­kie czyny, będzie oce­niał samych ludzi. A skąd mu się to wzięło? Od mamusi, tatu­sia, któ­rzy nazwali go głup­cem, fajt­łapą, mato­łem, złym za to tylko, że zbił wazon czy prze­grał w szkol­nych zawodach.

Kon­se­kwen­cje

Rodzice mówiąc dziecku takie rze­czy nie zasta­na­wiają się naj­czę­ściej nad kon­se­kwen­cjami swo­ich słów. Wyplu­wają z sie­bie fru­stra­cje, po to tylko, żeby sobie ulżyć, zapo­mi­nają jed­nak że prze­cież ani ten wazon, ani prze­grana nie dys­kre­dy­tują dziecka jako czło­wieka. Roz­bi­cie, nawet naj­cen­niej­szej wazy, nie jest prze­cież klę­ską.
Ten­den­cja do kry­ty­ko­wa­nia ludzi — zamiast kry­ty­ko­wa­nia ich zacho­wa­nia — jest źró­dłem wielu kon­flik­tów w doro­słym życiu, gdzie znacz­nie sku­tecz­niej odbie­rane są słowa pięt­nu­jące czy­jeś złe zacho­wa­nie (Znowu się spóź­ni­łeś!), niż oce­nia­jące postawę (Jesteś nieodpowiedzialny!).

Prze­nie­sie­nie punktu cięż­ko­ści z kry­ty­ko­wa­nia ludzi jako takich, na kon­kretne ludz­kie zacho­wa­nia to połowa życio­wego sukcesu.

Trzeba się tego uczyć, poprzez wyrwa­nie się z pato­lo­gicz­nego kręgu niskiej samo­oceny. Tak jak to robią inne, doj­rzal­sze psy­chicz­nie nacje. Kilka tygo­dni temu, pod­czas prze­siadki na lot­ni­sku Gate­wick, tra­fił mi się uszko­dzony wózek — przy­naj­mniej ja myśla­łem, że jest uszko­dzony. Jeden z pasa­że­rów, Anglik, widząc moje zma­ga­nia z wadli­wym sprzę­głem wózka, pod­szedł do mnie, prze­pro­sił deli­kat­nie i z głę­bo­kim zaże­no­wa­niem (że mnie poucza) poka­zał jak pra­wi­dłowo korzy­stać z wózka. Już widzę trium­fu­jącą minę rodaka, przy­glą­da­ją­cemu się ”jakie­muś idio­cie, co to nie wie, jak się lot­ni­sko­wym wóz­kiem posłu­gi­wać”. Pycha, szy­dze­nie z czy­ichś trud­no­ści, upo­ka­rza­nie dru­giego czło­wieka, zwłasz­cza słab­szego, albo gdy zna­lazł się w trud­nej sytu­acji lub jest od szy­dercy uza­leż­niony, to powód do dumy i satys­fak­cji.
Kom­pleks niż­szo­ści i kom­pletny brak pokory widać wyraź­nie na pol­skich dro­gach, gdzie agre­sja, chore współ­za­wod­nic­two ści­gają się z bra­kiem wyobraźni i sza­leń­stwem. Gdyby Polacy byli tak ambitni w szkole lub pracy zawo­do­wej, jak na dro­gach, byli­by­śmy naro­dem lau­re­atów Nagrody Nobla. A ileż jadu sączy się w urzę­dach admi­ni­stra­cji publicz­nej, od któ­rych decy­zji zależy los nie­jed­nego Kowal­skiego. Skłon­ność do wza­jem­nego poni­ża­nia się i doku­cza­nia sobie była źró­dłem maso­wych dono­sów pisa­nych przez Pola­ków na Pola­ków w pierw­szych mie­sią­cach oku­pa­cji hitle­row­skiej. Nawet Niemcy byli zadzi­wieni gor­li­wo­ścią z jaką war­szaw­ski szewc denun­cjo­wał sto­la­rza w Warce, a inży­nier z Woli ślu­sa­rza z Zie­lo­nek. Wie­dli­śmy prym pod tym wzglę­dem w obo­zie „demo­kra­cji ludo­wej”. Takiej ilo­ści agen­tów nie mieli nawet Buł­ga­rzy czy ener­dowcy. Na emi­gra­cji, Polak, który osią­gnął suk­ces ucieka od Polo­nii. Robi to nie ze wstydu, lecz pod wpły­wem instynktu samo­za­cho­waw­czego. Zwie­rzył mi się kie­dyś wyż­szy urzęd­nik ame­ry­kań­skiego urzędu skar­bo­wego, IRS, że „żadna inna nacja nie pisze tyle dono­sów do IRS, co Polacy”. Podobne sygnały docie­rają z urzę­dów skar­bo­wych Austra­lii i RPA, a także od władz imi­gra­cyj­nych USA. Na obczyź­nie można się wto­pić w tłum, uciec od pol­sko­ści. Ucieczka w kraju jest nie­moż­liwa i zamie­nia się w gehennę. Co gor­sze, kom­pleks niż­szo­ści nie ogra­ni­cza się do sfery oby­cza­jo­wo­ści, on nam zatruwa codzienne życie zawo­dowe, naukowe, spor­towe, jest także źró­dłem strat ludz­kich, gospo­dar­czych i kulturalnych.

Stan­dardy i ste­reo­typy
Jan M. Fijor
„różne” 2005-08-16

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Brak komentarzy

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*

Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts