Radio Erewań (dokończenie)

           Kło­poty ze zna­le­zie­niem hotelu to tylko począ­tek serii armeń­skich rozczarowań.

Komuno wróć!

           Manvel, z któ­rym po krót­kim odpo­czynku jedziemy zwie­dzać oko­lice Ere­wa­nia, po doje­cha­nia do końca trasy (czyli do Geghard) odma­wia powrotu po wcze­śniej uzgod­nio­nej cenie, gro­żąc że jeśli nie zgo­dzimy się na pod­wyżkę, on nas zostawi. Przy­sta­jemy na nową cenę, nie mamy wyj­ścia. Manvel jest jedy­nym czło­wie­kiem w Arme­nii, który wie, jak nazywa się nasz hotel i gdzie się znaj­duje. Ma to ogromne zna­cze­nie. Wpraw­dzie tak­sówki nie są w Ere­wa­niu dro­gie i mogli­by­śmy wziąć inną, kło­pot w tym, że tak­sów­ka­rze słabo znają mia­sto. Wyjeż­dża­jąc z Arme­nii do Gru­zji led­wie zdą­ży­li­śmy na pociąg, bo wyna­jęty tak­sów­karz nie był w sta­nie odna­leźć sto­łecz­nego dworca kole­jo­wego. Jest to rzecz dziwna, jako że ere­wań­ski „cen­tralny”, to potężna budowla, przy­po­mi­na­jąca kon­struk­cją Uni­wer­sy­tet Łomo­no­sowa w Moskwie, o wiel­ko­ści połowy Pałacu Kul­tury i Nauki. Po 20 minu­tach bez­rad­nego klu­cze­nia, tak­sów­karz pod­dał się, zosta­wia­jąc nas na ulicy. Na szczę­ście, dwo­rzec był w zasięgu wzroku i doszli­śmy doń pieszo. 

   

       Porze­ka­dło, mające oddać han­dlowe talenty Ormian w Arme­nii można wło­żyć mię­dzy bajki. Ucho­dzący w świe­cie za ludzi pręż­nych i przed­się­bior­czych, we wła­snej ojczyź­nie, Ormia­nie się pogu­bili. Sło­wem naj­le­piej odda­ją­cym tam­tej­szy stan umy­słów jest: marazm. Zasad­ni­czym pomy­słem na życie młod­szej czę­ści miesz­kań­ców Arme­nii jest emi­gra­cja z kraju. Dobra jest każda oka­zja. Galik, kon­duk­tor „spal­nego” wagonu, w dro­dze do Tbi­lisi, przed­sta­wia nam swoje CV: z zawodu szewc, umie też pro­wa­dzić pojazdy cięż­kie, pyta, czy możemy mu zała­twić pracę z Pol­sce i po ilu latach dosta­nie stały pobyt. Moż­li­wo­ści wyjazdu szuka Galina, kel­nerka jed­nego z barów. Spę­dziła w Pol­sce 10 lat. W latach 90. miała w Beł­cha­to­wie swoje sto­isko, ale po wej­ściu Pol­ski do Unii została depor­to­wana. Mimo to chęt­nie by wró­ciła. O zapro­sze­nie do Pol­ski, czy­stą pol­sz­czy­zną błaga nas – na poły klę­cząc — bar­man jed­nego z repre­zen­ta­cyj­nych hoteli sto­licy, a nawet eme­ry­to­wana nauczy­cielka. Wielu Ormian uczy się języka pol­skiego. Czu­jąc, że jeste­śmy im życz­liwi widzą nad Wisłą swoje okno na świat. Ci, któ­rzy rezy­gnują z opcji emi­gra­cyj­nej, tęsk­nią za powrotem…komuny.

          Teim pro­wa­dzi sto­isko z warzy­wami i przy­pra­wami na Rynku nr 1 w cen­trum Ere­wa­nia już pra­wie 40 lat. Biz­nes mu kuleje, bo ludzie są biedni i liczą się z każ­dym dramem(1 dolar ok. 380 dra­mów). Teim prze­klina swój los. Tęskni za sta­rymi cza­sami. Za sowie­tów zara­biał mie­sięcz­nie pra­wie tysiąc dola­rów i był pani­sko. Dzi­siaj musi płasz­czyć się przed byle eme­rytką, która zosta­wia u niego dolara czy dwa. Wpraw­dzie po dokład­niej­szej ana­li­zie przy­cho­dów, jaką na nim wymu­szam, oka­zuje się, że mie­sięczny dochód sto­iska Teima jest dziś czte­ro­krot­nie wyż­szy niż przed laty, jego to nie przekonuje.

- Kie­dyś byłem bogaty, liczy­łem pie­nią­dze, dzi­siaj jestem nikim i muszę ciężko harować!

          Teim nie może się pogo­dzić z tą niesprawiedliwością.

- Dla­czego jed­nym wolno sza­leć z dziew­czy­nami, szpa­no­wać w mer­ce­de­sach i lexu­sach, sączyć drinki w Mar­rio­cie, a ja muszę tu waro­wać od rana do nocy?!

       Stra­ga­niarz Teim z Rynku nr 1 w Ere­wa­niu też chce być z sie­bie dumny. W nowych warun­kach eko­no­micz­nych dumy i dobrego samo­po­czu­cia bra­kuje mu bar­dziej niż pie­nię­dzy. To zawiść wyparła dumę i samo­za­do­wo­le­nie z duszy Teima. Kie­dyś być stra­ga­nia­rzem, zna­czyło: być kimś waż­nym. Współ­cze­śni piękni, bogaci i ważni to już zupeł­nie inni ludzie. Ta świa­do­mość boli wielu Ormian. Więc wyobra­żają sobie, że wystar­czy wyje­chać z Arme­nii, by znowu mogli być z sie­bie zado­wo­leni. Tak myśli kon­duk­tor Galik, Araik, poli­cjant z dworca cen­tral­nego, a nawet eme­ry­to­wana nauczy­cielka z mia­steczka Kapan, która co prawda sama jechać już nigdzie nie chce, prosi nas jed­nak o przy­sła­nie zapro­sze­nia do pracy w Pol­sce dla jej syna, geo­dety z zawodu.

Radio Ere­wan

          O ile rząd doko­nał w Arme­nii kilka cie­ka­wych reform, z któ­rych poru­szyła mnie naj­bar­dziej pry­wa­ty­za­cja pań­stwo­wej poczty, szpi­tali, a także bli­ska pry­wa­ty­za­cja kolei, o tyle sami oby­wa­tele w budo­wie kapi­ta­li­zmu zawie­dli na całej linii. W kraju, w któ­rym wali się co trzeci budy­nek miesz­kalny, gdzie nie­czynna jest połowa fabryk, a fak­tyczne bez­ro­bo­cie sięga 40 pro­cent lud­no­ści, idole Teima, nie­liczna oli­gar­chia i jej naśla­dowcy śmi­gają, w mod­nych w Arme­nii mer­ce­de­sach G 500, po dziu­ra­wych, brud­nych uli­cach Ere­wa­nie z ano­rek­tycz­nymi dziew­czy­nami, prze­bra­nymi w dez­aj­ner­skie ciu­chy od Louis Vit­tona, wykrę­ca­ją­cymi sobie na poła­ma­nym tro­tu­arze stopy obute w wyso­kie obcasy, naj­szyb­ciej roz­wi­ja­jącą się branżą gospo­darki jest hazard; kasyna, salony gier i biura buk­ma­cher­skie. To oni dyk­tują ste­reo­typ ormiań­skiego kapi­ta­li­zmu, w któ­rym domi­nu­jącą war­to­ścią jest nie­cier­pli­wość, duża kasa, zabawa i brak zasad. Trudno się dzi­wić, że komu­nizm cie­szy się tam więk­szą sym­pa­tią niż wolny rynek i konkurencja.

         Przed­się­bior­czy z natury Ormia­nie nie są w sta­nie wyko­rzy­stać szansy, jaką dał im upa­dek ZSRS i odzy­ska­nie nie­pod­le­gło­ści. Arme­nia jest swą wol­no­ścią zmę­czona. Gospo­darka kraju dołuje, rośnie bez­ro­bo­cie i bieda. Chęt­nie wró­ci­liby pod skrzy­dła Rosji i wcale tego nie ukry­wają. Skłó­ceni z wszyst­kimi (prócz Gru­zji), cze­ka­jąc aż sowieci znowu zajmą Kau­kaz i przy­wrócą czło­wie­kowi – jak mówi stra­ga­niarz Teim – jego tra­dy­cyjną dumę i war­tość. Kie­dyś wszyst­kie swe sła­bo­ści tłu­ma­czyli Ormia­nie pecho­wym poło­że­niem geo­po­li­tycz­nym, pod nie­obec­ność Impe­rium Oto­mań­skiego i ZSRS, skarżą się na kapi­ta­lizm. Zanim jed­nak powróci stare, stają na gło­wie, żeby sobie tę krzywdę zre­kom­pen­so­wać. Jak? Po sta­remu: pisa­niem dono­sów, biu­ro­kra­cją, zawiścią.

         Pociąg rela­cji Ere­wań – Tbi­lisi, poko­nuje odle­głość ok. 300 kilo­me­trów w 10 – 15 godzin, w zależ­no­ści od tego, czy jest donos, czy nie ma.

- A to pech – szep­cze prze­ra­żona eme­rytka z Kopan – ktoś na pewno na nas napisał.

A ponie­waż nie wia­domo, na kogo napi­sał, służby celne trze­pią wszyst­kich. Z wyjąt­kiem nas, bo my jeste­śmy cudzo­ziem­cami. Skąd wie­dzą, że jeste­śmy cudzo­ziem­cami pozo­sta­nie ich słodką tajem­nicą? Zresztą, co nam z takiego wyróż­nie­nia, skoro pociąg i tak musi stać aż prze­szu­kają wszyst­kich. A armeń­scy cel­nicy są wyjąt­kowo skru­pu­latni. Kie­row­nic­two  koń­czyło stu­dia cel­ni­cze w cza­sach sowie­tów, młod­sze poko­le­nie celne szybko się od nich uczy. Nie inte­re­suje ich ani stan toa­let, ani brud na kory­ta­rzach, całą swą ener­gię kie­rują w podróż­nych. Każdy but, skar­petka, tubka pasty do zębów, czy pudełko kremu obwą­chi­wane są, obma­cy­wane, obsłu­chi­wane. Nad eme­ryt­kami z naszego prze­działu pastwią się godzinę. Nie znaj­dują nic, pusz­czają je wolno.

- Uff – oddy­cha ura­do­wana, spraw­dza­jąc stan swo­ich bagaży. Ser jest, jajka na twardo są, papryczki też nie skon­fi­sko­wali – mamy szczę­ście. Dojadą do swo­jego resor­to­wego sana­to­rium w Batumi, bez koniecz­no­ści wyda­wa­nia cen­nych dewiz. Pod poję­ciem dewiz należy rozu­mieć gru­ziń­skie lari, któ­rych nie kwo­tuje żadne świa­towe cur­rency board. Zresztą kursu armeń­skiej dram-y też się na gieł­dach nie notuje.

- A czego ci cel­nicy szu­kali? – pyta Michał, mój towa­rzysz podróży wstrzą­śnięty tym, co widział – Jest li u was swo­bod­nyj rynok?

- Już oni dobrze wie­dzą, czego szu­kają – tłu­ma­czy jedna z nauczycielek.

- Ich święte prawo, jest prze­cież wojna z ter­ro­ry­zmem – dodaje posłusz­nie druga. Wycią­gają z torby owczy ser, jajka, nie­zwy­kły, cienki jak papier, ormiań­ski chleb lawasz, pomi­dory, ogórcy i zapra­szają nas do stołu:

- Cztoby inno­strańce znali, że Ormia­nie gościnni i ludziom życzliwi.

        Chęt­nie na zapro­sze­nie przy­sta­jemy. Od wie­czora nie mie­li­śmy nic w ustach. Wagon restau­ra­cyjny był restau­ra­cyj­nym tylko z nazwy, trudno bowiem kuszać papie­rosy czy zaspo­ka­jać pra­gnie­nie samą wódką. A do tych spe­cja­łów ogra­ni­czało się menu pla­cówki. W Tbi­lisi wysia­damy z pociągu z ulgą, nie wie­dząc jesz­cze, że Radio Ere­wań ode­zwie się w dro­dze powrotnej.

Wiza

             Do wiz mam sto­su­nek ostrożny, żeby nie powie­dzieć, nie­chętny. Wiza jest zawsze jakąś prze­szkodą, jest to bat na prze­kra­cza­ją­cego gra­nicę cudzo­ziemca. Wizy wyma­gane są dzi­siaj w pań­stwach Trze­ciego Świata, gdzie są nie­kiedy główną pozy­cją w budże­cie kraju, albo wobec oby­wa­teli państw Trze­ciego Świata przez rządy kra­jów roz­wi­nię­tych, które (rze­komo) chro­nią swoje rynki pracy przed kon­ku­ren­cją. Oby­wa­tel pol­ski musi posia­dać wizę wjaz­dową do Arme­nii. Wizę tę – zgod­nie z infor­ma­cją zamiesz­czoną na forach inter­ne­to­wych — wrę­cza za nie­wielką opłatą (ok. 8 dola­rów) pogra­nicz­nik. Odbywa się to prak­tycz­nie na lot­ni­sku Zvart­nots w Ere­wa­niu, chyba że ktoś wjeż­dża do Arme­nii od strony Gru­zji drogą lądową, ale tego aku­rat nie radzę. Pozo­stałe drogi wjaz­dowe, od strony Tur­cji i Azer­bej­dżanu są zamknięte. Arme­nia, jak wspo­mnia­łem, znaj­duje się z tymi pań­stwami w sta­nie zim­nej wojny.

          Co prawda, ere­wań­ski pogra­nicz­nik począt­kowo odmó­wił mi wizy, twier­dząc że w moim pasz­por­cie „brak jest odpo­wied­niej ilo­ści miej­sca na wizę”, co mogło się skoń­czyć depor­ta­cją, dał się jed­nak ubła­gać i w końcu pla­kietkę wizy wkleił. Jeden wjazd i wyjazd; wizy wie­lo­krot­nej nie dosta­łem, mimo iż poin­for­mo­wa­łem pogra­nicz­nika, że z Arme­nii jedziemy do Gru­zji, więc w dro­dze powrot­nej (wra­ca­li­śmy do Pol­ski samo­lo­tem z Ere­wa­nia) znowu prze­kro­czę gra­nicę Arme­nii. W tej sytu­acji mia­łem dwa wyj­ścia: posta­rać się o nowy pasz­port z „wystar­cza­jącą ilo­ścią miej­sca na wizy”, albo prze­kro­czyć gra­nicę gru­ziń­sko – armeń­ską w tran­zy­cie, a więc bez obo­wiązku wizo­wego. Wybra­łem ten drugi spo­sób; taniej i szybciej.

         Z Tbi­lisi lecie­li­śmy do Ere­wa­nia samo­lo­tem Air Arme­nia. Tam mie­li­śmy się prze­siąść na linie cze­skie i już z Cze­chami wró­cić do kraju. Wystar­czyło zatem, że odpra­wia­jący  pra­cow­nik Air Arme­nia w Tbi­lisi prze­śle nasz bagaż do War­szawy i wyda kartę pokła­dową na lot z Ere­wa­nia via Praga do Pol­ski i sprawa zała­twiona; wizy do tego nie trzeba. Nie­stety, awa­ria lot­ni­sko­wego kom­pu­tera w Gru­zji taką kom­bi­na­cję unie­moż­li­wiła. W tej sytu­acji, poin­for­mo­wał nas pra­cow­nik Air Arme­nia, odbie­rze­cie bagaż w Ere­wa­niu i odpra­wi­cie go do War­szawy. Wszystko w tran­zy­cie. Nie bezpakojties!

        Na lot­ni­sku w Ere­wa­niu oka­zało się, że wpraw­dzie my jeste­śmy w tran­zy­cie, ale nasz bagaż już nie­ko­niecz­nie. Aby go ode­brać potrzebna jest wiza. Pro­blem w tym, że ja wizy otrzy­mać nie mogę, więc i bagażu nie odbiorę. Nie mam też dostępu do sta­no­wi­ska odpraw, czyli do karty pokła­do­wej. Jakie jest wyj­ście z tego pata? Nie wiem – odparł ere­wań­ski pogra­nicz­nik. Czy to zna­czy, że mamy na lot­ni­sku spę­dzić resztę życia? Nie wiem…być może – odparł spo­koj­nie. Po chwili wró­cił jed­nak ze swoim prze­ło­żo­nym, który też nie wie­dział, co z nami zro­bić. Teraz on zadzwo­nił po swego prze­ło­żo­nego. Ten też nie wie­dział. Po dwóch godzi­nach ten pierw­szy wró­cił, mru­gnął na nas, dając znak, żeby iść za nim. Pokręt­nymi kory­ta­rzami, zaka­mar­kami i lochami portu lot­ni­czego prze­szli­śmy do hali baga­żo­wej, wzięli czym prę­dzej ple­caki i bie­giem wró­cili do pocze­kalni. Mamy już bagaże, mamy za sobą pogra­nicz­ni­ków, ale nie mamy karty pokła­do­wej. Z baga­żem, do tego bez karty na pokład nas Czesi nie wpusz­czą. Obsługę portu, bo w tran­zy­cie nale­żymy już do jej kom­pe­ten­cji, pro­simy o kon­takt z przed­sta­wi­cie­lem cze­skich linii lot­ni­czych. Ale oni też mają nas w nosie – infor­muje po dwóch godzi­nach poszu­ki­wań, pośred­ni­czący w kon­tak­cie „inspek­tor lot­ni­ska” – choć to prze­cież ich obo­wią­zek. W końcu, jeste­śmy pasa­że­rami cze­skich linii. One za nas odpo­wia­dają. Czesi są odmien­nego zda­nia i dla­tego już nigdy z nimi nie polecę.

       Jest 2 nad ranem, nasz samo­lot odla­tuje o 5.15 rano. Nadal pat: gdy­bym miał wię­cej miej­sca w pasz­por­cie, mógł­bym otrzy­mać wizę, ale miej­sca nie mam. To zna­czy mam, ale „nie wystar­cza­jącą ilość” i wizy nie dostanę. Zmę­czeni kła­dziemy się na pod­ło­dze i zasy­piamy. Budzą nas porząd­kowi. Pro­blem powraca. – Pogra­nicz­nicy popeł­nili błąd, nie możemy niczego zmie­nić – tłu­ma­czy tym razem dyrek­tor zmiany lot­ni­ska Zvart­nots, bez­rad­nie roz­kła­da­jąc ramiona. Sytu­acja robi się dra­ma­tyczna. Zasta­na­wiamy się nad nie­le­gal­nym przej­ściem do sali odpraw. Nie­stety, jeste­śmy inwi­gi­lo­wani, każdy nasz krok śle­dzony. Mija 4.15. Nadal jedy­nym wyj­ściem jest kwa­ran­tanna, a potem pew­nie gło­dówka pro­te­sta­cyjna. Decy­duję się na krok osta­teczny; wycią­gam legi­ty­ma­cję pra­sową i poka­zuję ją dyrek­to­rowi zmiany, uświa­da­mia­jąc rów­no­cze­śnie, że jeśli nam pomoże, gotowi jeste­śmy puścić zda­rze­nie w nie­pa­mięć. Na twa­rzy dyrek­tora maluje się tro­ska i cień ilu­mi­na­cji. Waha się przez dłuż­szą chwilę, po czym bie­rze nasze pasz­porty, ple­caki i znika na pół godziny. Bar­dzo dłu­gie 30 minut. Wraca z kar­tami pokła­do­wymi i dowo­dem nada­nia bagażu.

- Nikomu o tym nie mów­cie – szep­cze przy­ci­ska­jąc palec do ust – Nie wolno mi tego robić, ale nie chcia­łem, żeby­ście wyje­chali z Arme­nii z poczu­ciem krzywdy.

         Ści­skamy się na poże­gna­nie. – Odwiedź­cie nas znowu – mówi wzru­szony dyrek­tor noc­nej zmiany lot­ni­ska Zvart­nots. Na pewno odwie­dzimy. Na pewno!

Jan M Fijor

P.S. Ktoś wpadł na pomysł, żeby od lipca 2010 latał do Ere­wa­nia pol­ski LOT, w myśl zasady: co lot, to knot.

www.fijor.com

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Komentarzy: 8

  1. Edward pisze:

    Wydaje mi sie, ze ejst pan tro­che nie­spra­wie­dliwy. To porzadni, poczciwi ludzie, kto­rzy nie maja szcze­scia do sasiadow.

  2. arm505 pisze:

    Mal­kon­tent i pecho­wiec w jed­nym ;) ) ..wybu­chowa mieszanka

    Wszyst­kie kraje bloku wschod­niego w trak­cie trans­for­ma­cji prze­cho­dziły okresy cha­osu i dez­or­ga­ni­za­cji. Na kau­ka­zie ten okres jest prze­dłu­żony i nadal trwa z róż­nych powo­dów. To nie jest Europa zachod­nia gdzie jest wygod­nie, przy­jem­nie i wszystko jest prze­wi­dy­walne.
    Oczy­wi­ście Ormia­nie też są tro­chę sami sobie winni, ale na pewno sytu­acja geo­po­li­tyczna im nie pomaga. Pol­ska ma boga­tych i hoj­nych sąsia­dów, z żad­nym nie jest w sta­nie wojny, gdyby była na miej­scu Arme­nii nie wiem czy byłoby tutaj lepiej.

    Co do atrak­cyj­no­ści tury­stycz­nej samej Arme­nii, to trudno dys­ku­to­wać o gustach, jed­nak myślę że wybrał Pan naj­bar­dziej okle­pane i mało inte­re­su­jące miej­sca. Mam wielu zna­jo­mych, któ­rzy odwie­dzili Arme­nię i maja ochotę tam wracać.

    Jedno z cie­kaw­szych jest np tu:
    http://vizerra.com/en/locations/tatev-monastery

    Pozdra­wiam

  3. Jan M. Fijor pisze:

    Ja nie jeź­dżę po świe­cie zwie­dzać ruiny, lecz pozna­wać ludzi. jesli mi na każ­dym kroku jęczą, żę chcą powrotu sowie­tów, to ja ich mam dość. Co do mona­sty­rów, to w Gru­zji jest ich dzie­siątki razy wię­cej, Arme­nia nie ma żad­nej tajem­nicy, nie ma smacz­ków, eks­cy­ta­cji i to jest mój zasad­ni­czy zarzut i rozczarowanie.

    Pozdra­wiam

  4. ZQW pisze:

    Pisał Pan o zami­ło­wa­niu do hazardu w Arme­nii. Jako cie­ka­wostkę mogę podać , że rząd Arme­nii wyko­rzy­stuje to zami­ło­wa­nie , do popra­wie­nia ścią­gal­no­ści podat­ków. Każdy para­gon fiskalny ma swój numer i kilka razy w tygo­dniu odbywa się loso­wa­nie nagród , które trans­mi­tuje tele­wi­zja. Nie­wiel­kim kosz­tem znacz­nie wzro­sły wpływy podatkowe.

  5. Cezary Kaźmierczak pisze:

    @ taxi w Arme­nii. Są dwa dwa rodzaje — dzi­kie (wowczas mozna spo­dzie­wac sie roz­nych dzi­kich rze­czy) i kor­po­ra­cje taxi, gdzie raczej nic nie grozi. Te dru­gie łatwo poznać po tak­so­me­trze wbu­do­wa­nym w lusterko wsteczne (pierw­szy raz coś takiego widzia­łem). W tych z „luster­kiem” cena wynosi 0.80 drhm za 1 km i coś tam miej za postój. My wyna­je­li­śmy takie taksi z luster­kiem lacz­nie pra­wie na dwa dni i nie bylo zadnych pro­ble­mow — oplata sci­sle wg. tak­so­me­tru. M.in. poje­cha­li­smy taksi z Ery­wa­nia na gra­nice gru­zin­ska (we trzech — wyszlo po ok 30 USD na głowę, z licz­nymi przy­stan­kami po dro­dze). Tak­so­wek na tzw. gębę rze­czy­wi­ście lepiej unikać.

  6. Jan M Fijor pisze:

    Nam też się parę razy udało, ale każdy kurs obar­czony jest tam ryzy­kiem.
    Jazdy do gra­nicy Gru­zji to pro­blem, bo żaden tak­sów­karz nie chce prze­je­chać gra­nicy, więc rteba dymać na xrugą stronę pie­szo, a nie zawsze po stro­nie gru­ziń­skiej są tak­sówki do Tbi­lisi . Slo­wem, nie są jesz­cze gotowi na ruch turystyczny.

    Witam cię Czarku w kraju dziadów

  7. Corvin pisze:

    Panie Janie,

    Czy na prawdę jest tak duży ruch mię­dzy Pol­ską a Gru­zją i Arme­nią, że LOT ofe­ruje bez­po­śred­nie loty do tych krajów?

    ——

    Do Gru­zji się wybie­ram, ale będę kom­bi­no­wał żeby dostać się tam taniej niż lecąc bez­po­śred­nio z Polski.

    Pozdra­wiam i życzę wielu przygód!

  8. Jan M Fijor pisze:

    No, wiec moim zda­niem pola­cze­nie z Tbi­lisi zostalo wymu­szone przez sily poli­tyczne, pola­cze­nia z Arme­nia nie rozu­miem, bo ruch jest minima ny, a jego per­spek­tywy nikle. Co prawda lata tam duzo tzw. dorad­cow, ale im by wystar­czyly 2 loty w tygo­dniu.
    jak naj­ta­niej leciec na kau­kaz? Niech pan zadzwoni na SKYPE do biura VIVA Tours w Tbi­lisi vivatour10 i pogada z nimi po rosyj­sku.
    albo napi­sac info@viva-tour.ge, tele­fon to (chyba, bo nie dam sobie glowy uciac): 995 – 32) 940355
    Tam sa 2 milem panie, ktore znajda naj­tan­szy prze­lot via Ukra­ina, Mol­da­via czy jakas inna cholera.

    Powo­dze­nia

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*