Radio Erewań (I)

Radio Ere­wan (I)

      Wyko­rzy­stu­jąc rzad­kie w rejo­nie Kau­kazu chwile pokoju, wyje­cha­łem z kolegą w końcu czerwca 2010 roku do Arme­nii i Gru­zji, aby przyj­rzeć się z temu bli­skiemu, a zara­zem egzo­tycz­nemu kawał­kowi globu. 

 

Ste­reo­typy

        Oto garść prawd obie­go­wych, krą­żą­cych na temat Ormian, czyli miesz­kań­ców pra­daw­nej Armenii.

        Prawda I: Ormia­nie to pra­stary naród, któ­rego dzieje się­gają potopu. Ślady arki Noego zna­leźli uczeni u pod­nóża świę­tej góry Ormian, Ara­ratu. Jeśli nawet nie była to arka biblijna, histo­ria Arme­nii i tak sięga, co naj­mniej, 5000 lat, czy­niąc ten kau­ka­ski kraik jedną z naj­star­szych pań­stwo­wo­ści na Ziemi. Nie tylko wiek ma zna­cze­nie. W I wieku p.n.e. Arme­nia była ponadto naj­po­tęż­niej­szym pań­stwem Azji Mniej­szej, roz­cią­ga­ją­cym się od morza (Kaspij­skiego) do morza (Śród­ziem­nego), od Mezo­po­ta­mii po Kau­kaz. Potem swój mocar­stwowy sta­tus utra­ciła, sta­jąc się na kil­ka­set lat ważną stroną w rywa­li­za­cji mię­dzy Rzy­mem a Par­tami (Persami).

         Prawda II: Arme­nia przy­jęła chrze­ści­jań­stwo już w 301 roku i była pierw­szym kra­jem, w któ­rym nowe wyzna­nie stało się obo­wią­zu­jącą reli­gią pań­stwową. Od tego czasu Ormia­nie słyną, jako naród tole­ran­cyjny i szcze­rze miłu­jący Boga.

          Prawda III: Pobożni Ormia­nie, to naród znany z wyjąt­ko­wej prze­bie­gło­ści i pomy­sło­wo­ści. Jeden Ormia­nin – głosi stare porze­ka­dło – potrafi sprze­dać trzech Gre­ków, jeden Grek zaś trzech Żydów. Sło­wem: jeden Ormia­nin jest w sta­nie sprze­dać (czy­taj: oszwa­bić: dzie­wię­ciu Żydów). Zawdzię­cza to wyjąt­ko­wemu (w skali globu) talen­towi do han­dlu, i przed­się­bior­czo­ści. Wśród naj­więk­szych kre­zu­sów świata Ormia­nie zaj­mują czo­łową pozy­cję, nawet przed Żydami. Wymieńmy tylko garstkę: Kirk Ker­ko­rian trząsł przez ostat­nie ćwierć wieku Chry­sle­rem, Edwardo Euren­kian jest wła­ści­cie­lem wszyst­kich lot­nisk w Argen­ty­nie, Daniel Ustian pre­ze­suje Navi­sta­rowi, Calo­uste Gul­ben­kian zało­żył Shella, a Dawid Sha­ka­rian, GNC, świa­tową sieć skle­pów ze zdrową żyw­no­ścią; czo­łowe sta­no­wi­ska mene­dżer­skie w gospo­dar­kach Rosji i Ukra­iny zaj­mują biz­nes­meni ormiań­scy, któ­rzy zdo­mi­no­wali rynek finan­sowy, metali kolo­ro­wych, dia­men­tów, ropy naf­to­wej etc. Wbrew ste­reo­ty­pom, wielu z nich budo­wało swe miliardy od zera. Dobrym przy­kła­dem jest Artem Miko­ian, zało­ży­ciel firmy Miko­ian, pro­du­ku­ją­cej myśliwce MIG.     

        Prawda IV: Jed­no­cze­śnie, jest to naród, który ucier­piał z rąk prze­śla­dow­ców – naj­pierw Tur­ków, potem Sowie­tów, ostat­nio też Aze­rów — jak żaden inny. Świad­czą o tym roz­miary ormiań­skiej dia­spory, która przez wieki ustę­po­wała tylko żydow­skiej. Od powsta­nia Izra­ela Ormia­nie (rela­tyw­nie do ogółu popu­la­cji) są naj­więk­szym wychodź­stwem na świe­cie. Poza gra­ni­cami Arme­nii (w USA, Argen­ty­nie, Rosji, Gru­zji i na Ukra­inie) żyje bli­sko 70 pro­cent narodu, któ­rego popu­la­cję oce­nia się na 11 milio­nów. Ormia­ni­nem jest pre­zy­dent Gru­zji, Saaka­shvili, pio­sen­karz fran­cu­ski, Char­les Azna­vour, główny tech­no­log Apple Com­pu­ter, Ava­dis Teva­nian itp. 

        Czy zatem można zary­zy­ko­wać tezę, że ostat­nia demo­kra­ty­za­cja Tur­cji, względny pokój na Kau­ka­zie, a przede wszyst­kim roz­pad Związku Sowiec­kiego wywrą na współ­cze­sną Arme­nię zbaw­czy wpływ, mobi­li­zu­jąc miliony uchodź­ców do powrotu do kraju? 

        Oto, jak wygląda kon­fron­ta­cja powyż­szych prawd obie­go­wych z  realiami życia we współ­cze­snej Armenii.

Zni­ka­jące dzieje

       Co prawda, Ara­rat jest nadal świętą górą Ormian, pro­blem w tym, że znaj­duje się ona na tere­nie Tur­cji, co jest dla dum­nych Ormian fak­tem upo­ka­rza­ją­cym, nie tłu­ma­czy jed­nak dla­czego ten liczący 50 wie­ków naród, nie­wąt­pli­wie przy­wią­zany do buj­nej tra­dy­cji, o sil­nym poczu­ciu suwe­ren­no­ści, nie może się poszczy­cić żad­nym zna­czą­cym śla­dem swej dłu­giej histo­rii. W kraju, w któ­rym chrze­ści­jań­stwo stało się reli­gią naro­dową ponad 1700 lat temu, z tru­dem można natra­fić na czynny kościół, zaś więk­szość miesz­kań­ców r roz­mo­wach z cudzo­ziem­cami pod­kre­śla swój ate­izm. Naj­waż­niej­szy zaby­tek kraju, śre­dnio­wieczna świą­ty­nia w Garni, to ogra­biony do gołego kamie­nia, przy­po­mi­na­jąca minia­turę świą­tyń grec­kich kon­struk­cja skła­da­jąca się z gra­ni­to­wych blo­ków. Jest jesz­cze mona­styr w Geghar­dzie, ale to też nic spe­cjal­nego; ot, zwy­kły klasz­tor. Innych zabyt­ków prak­tycz­nie nie ma. Trudno bowiem uznać za zaby­tek wymie­niane na forach inter­ne­to­wych, jako atrak­cję Arme­nii, jezioro Sevan. W pro­mie­niu 100 km od Ere­wa­nia (i Ara­ratu) nie ma żad­nego waż­niej­szego świa­dec­twa prze­szło­ści. Dalej też ich wła­ści­wie nie ma. Tak jakby tych 5000 lat w ogóle nie było.

        Ofi­cjal­nie, pomniki dzie­jów znisz­czone zostały przez sowie­tów, w rze­czy­wi­sto­ści sprawa jest chyba tro­chę bar­dziej skom­pli­ko­wana. Nie twier­dzę, że Kraj Rad sły­nął z tro­ski o świa­dec­twa prze­szło­ści czy tym bar­dziej, o budow­nic­two sakralne, trudno jed­nak zro­zu­mieć, dla­czego sowieci nisz­czyli wyłącz­nie zabytki Arme­nii, oszczę­dza­jąc je w Gru­zji, Azer­bej­dża­nie, Kazach­sta­nie czy na Litwie.

         Nato­miast dumni Ormia­nie z ogromną i trudną do zro­zu­mie­nia pie­czo­ło­wi­to­ścią pie­lę­gnują budow­nic­two okresu leni­ni­zmu, sta­li­ni­zmu i innych for­ma­cji ide­owych domi­nu­ją­cych na Kau­ka­zie w latach 1917 – 1992. Co krok natknąć się więc można na roz­pa­da­jące się szkie­lety gigan­tycz­nych hoteli, szpi­tali, sta­dio­nów, dwor­ców, fabryk i innych budowli publicz­nych, któ­rych budow­ni­czo­wie, nagle w poło­wie prac kon­struk­cyj­nych tra­cili zapał i ochotę do kon­ty­nu­owa­nia swego dzieła, pozo­sta­wia­jąc w mia­stach i wsiach Arme­nii tysiące wypa­lo­nych, zruj­no­wa­nych kamien­nych widm.

           Z powyż­szych wzglę­dów Arme­nia jest dla przy­by­szów z innych stron świata jed­nym wiel­kim roz­cza­ro­wa­niem. W kraju, który mógłby z powo­dze­nie być chęt­nie odwie­dzaną desty­la­cją, tury­stów zagra­nicz­nych jak na lekar­stwo. W ciągu kilku godzin pobytu w Garni, które jest armeń­ską Mekką, wymie­nianą we wszyst­kich bede­ke­rach jako naj­waż­niej­szy zaby­tek kraju, napo­tka­li­śmy rap­tem dwu­dzie­stu Kata­loń­czy­ków z „klubu glob­tro­te­rów”, piątkę Wło­chów i rodzinę ame­ry­kań­skich Ormian przy­by­łych z Los Ange­les w odwie­dziny uko­cha­nej ojczy­zny po raz pierw­szy od 37 lat, to zna­czy od momentu, gdy Leonid Breż­niew zezwo­lił im na emigrację.

Jak Kuba Arme­nii, tak Arme­nia Kubie

         Na taką igno­ran­cję ze strony świa­to­wego tury­zmu, Ormia­nie nie pozo­stali obo­jętni, w myśl zasady: Jak Kuba Arme­nii, tak Arme­nia Kubie.

          Mimo wcze­śniej­szej, paro­krot­nie potwier­dza­nej rezer­wa­cji on-line „w hotelu pod adre­sem Cha­rents 4 – 47, opo­dal kina Nairi” pokoju dla nas nie ma. Powód? Wła­ści­wie są dwa powody; agentka z biura podróży SacVoy­age (podaję nazwę, żeby na nie nie liczyć) zamiast adresu hotelu, w któ­rym doko­na­li­śmy rezer­wa­cji, podała nam z roz­tar­gnie­nia adres swo­jej agen­cji. Nie byłoby z tym pro­blemu, gdyby nie fakt, że przy­le­cie­li­śmy do Ere­wa­nie o 4 nad ranem, zaś biuro otwie­rają się o 10.00. Ale i z hote­lem można by sobie pora­dzić, gdyby udało nam się odna­leźć kilka innych, wyno­to­wa­nych z Inter­netu miejsc rezer­wo­wych; guestho­usów, hostali czy schro­nisk mło­dzie­żo­wych. Po dwóch godzi­nach jazdy po wylud­nio­nym o tej porze mie­ście, ere­wań­ski tak­sów­karz prze­pra­sza, ale on nie ma poję­cia gdzie te hotele są. Nasza wina; nazwy hoteli zapi­sa­li­śmy lite­rami łaciń­skimi, któ­rych on, naj­praw­do­po­dob­niej nie znał. A poza tym chce wra­cać do domu, bo jest śpiący. Tłu­ma­czymy, bła­gamy — że prze­cież nie chcemy za darmo; że nam też się chce spać, nie udało się go prze­ko­nać. Popro­sił ener­gicz­nie o ure­gu­lo­wa­nie rachunku i, zosta­wiw­szy nas na środku ulicy, odje­chał w sobie tylko zna­nym kierunku.

        W tym miej­scu chcę przy­po­mnieć, że alfa­bet armeń­ski (około 40 liter) jest jed­nym z naj­star­szych alfa­be­tów świata. Dosko­na­lony w ciągu 3000 lat swego ist­nie­nia stał się super skom­pli­ko­wa­nym szy­frem, do któ­rego dostęp mają wyłącz­nie Ormia­nie, jak się póź­niej okaże, też nie wszy­scy. Nazwy ulic, szyldy skle­powe, neony hoteli, pla­katy z reper­tu­arem sto­łecz­nej opery, tablice pamiąt­kowe, roz­kład jazdy pocią­gów, restau­ra­cyjne menus, a nawet nazwy dru­żyn wystę­pu­ją­cych na Mun­dialu zapi­suje się tam (nie­mal) wyłącz­nie przy pomocy robacz­ków, har­mo­ni­jek i haczy­ków, które dla więk­szo­ści cudzo­ziem­ców są mniej czy­telne niż pismo chiń­skie lub egip­skie hieroglify.

          Z daleka przy­po­mi­namy na ere­wań­skiej ulicy stertę śmieci; trzy ple­caki, kilka toreb, zaspani, głodni z pod­łymi minami. Igno­ruje nas nawet patrol poli­cji. Sytu­acja robi się poważna. I wtedy nagle poja­wia się Manvel, sym­pa­tyczny facet zaj­mu­jący się akwi­zy­cją gości dla sieci hoteli „na godziny”. Zatrzy­muje swoją zardze­wiałą ładę i zapra­sza do samo­chodu. Ładu­jemy się i jedziemy. Wscho­dzi słońce. Mia­sto budzi się ze snu. Docho­dzi 6.30. Już dwie godziny póź­niej, po czte­rech godzi­nach nie­doli, Manvel zna­lazł nam spa­nie. Wła­ści­ciel hotelu, któ­rego nazwy nie­stety nie udało nam się nigdy poznać, i chyba dobrze, wrę­cza mu działkę. Uma­wiamy się z Manu­elem na zwie­dza­nie mia­sta, na 13.00. Odjeż­dża. Nie­stety poja­wia się nowy pro­blem; doba w hotelu roz­po­czyna się dopiero o 11.00. Mówiący z wiel­kim tru­dem mene­dżer hotelu, któ­remu tali­bo­wie w Afga­ni­sta­nie, gdzie słu­żył jako ofi­cer armii czer­wo­nej, prze­strze­lili gar­dło wychar­czał z sie­bie, że „albo wró­cimy po 11.00, albo zapła­cimy za bra­ku­jące do peł­nej doby 2,5 godziny, jak za pełną dobę”. Bez zmru­że­nia oka pła­cimy. Zna­le­zie­nie hotelu w Ere­wa­niu to zaję­cie trudne i kosz­towne. Pierw­szy hotel w sto­licy Arme­nii otwarto dopiero w 2001 roku. Z glob­tro­ter­skiego obo­wiązku infor­muję, że pokój w tym „cudzie” sztuki hote­lar­skiej kosz­tuje nas 80 dola­rów za dobę, czy jak kto woli, 240 dolary za 2 noce.

Cdn.

Jan M Fijor

www.fijor.com

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

No Comments Yet.

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*