Regulacja cen

Gdyby ktoś zdą­żył zapo­mnieć, przy­po­mi­namy czasy nie tak wcale odle­głe! Bez­po­śred­nim powo­dem regu­la­cji cen żyw­no­ści jest chęć zagwa­ran­to­wa­nia niskich cen dla naj­bied­niej­szych, jed­nakże niskie ceny nie zwięk­szają podaży żyw­no­ści.

Co gor­sza, na sku­tek tego, że zani­żone ceny żyw­no­ści nie są w sta­nie pokryć kosz­tów pro­duk­cji oraz robo­ci­zny wyma­ga­nej do pro­duk­cji zbóż czy hodowli zwie­rząt, docho­dzi do spadku podaży. Wywo­łana regu­la­cją cen zmiana bodź­ców powo­duje, że far­me­rzy pro­du­kują mniej żyw­no­ści, a rów­no­cze­śnie więk­szą jej część zatrzy­mują dla sie­bie i swo­ich rodzin. Nie­któ­rzy nawet decy­dują się porzu­cić rol­nic­two, jako dzia­łal­ność nie­pro­duk­tywną, i prze­no­szą się do mia­sta. Tym samym redu­kują oni liczbę pro­du­cen­tów, zasi­la­jąc rów­no­cze­śnie masy kon­su­men­tów żyw­no­ści.
Żadne z tych zja­wisk nie jest dla nowo­cze­snej gospo­darki kapi­ta­li­stycz­nej czymś nowym. Wieki temu, w cza­sach Impe­rium Rzym­skiego, cesarz Dio­kle­cjan wydał dekret usta­la­jący cenę wielu pro­duk­tów, w wyniku któ­rego „ludzie prze­stali zaopa­try­wać rynek w towary”, jak pisał ówcze­sny kro­ni­karz. Nie­mal iden­tyczne kon­se­kwen­cje wywo­łała – dwa tysiące lat póź­niej – wpro­wa­dzona przez admi­ni­stra­cję pre­zy­denta Nixona kon­trola cen paliw, w wyniku któ­rej spa­dło zaopa­trze­nie w ben­zynę i pro­dukty ropo­po­chodne.
Ghana stra­ciła pozy­cję czo­ło­wego w świe­cie pro­du­centa kakao z chwilą, gdy rząd tego kraju usta­lił mini­malną cenę, po któ­rej wolno było kakao sku­po­wać od far­me­rów. Odzy­skała ją po tym, jak wsku­tek kata­stro­fal­nego spadku pro­duk­cji kakao, rząd został zmu­szony do porzu­ce­nia poli­tyki regu­la­cji. Spa­dek zaopa­trze­nia w towary, wywo­łany poli­tyką restryk­cji, należy odróż­nić od braku zdol­no­ści do ich wypro­du­ko­wa­nia. Nie­do­bory żyw­no­ści mogą bowiem wystą­pić w kra­jach o wyjąt­kowo żyznej gle­bie, jak to ma cho­ciażby miej­sce w post­ko­mu­ni­stycz­nej Rosji, któ­rej daleko jesz­cze do gospo­darki wol­no­ryn­ko­wej: Roz­cią­ga­jąca się łagod­nie wzdłuż poro­śnię­tych łąkami wzgórz, 240 km na połu­dnie od Moskwy, Dolina rzeki Pławy jest marze­niem rol­ni­ków. Są to wrota do regionu zwa­nego przez Rosjan „Czer­no­zim” – Kra­iną Czar­nej Ziemi. Zale­d­wie trzy godziny jazdy od gło­du­ją­cego mia­sta znaj­dują się naj­żyź­niej­sze gleby Europy… Kra­ina Czar­nej Ziemi mogłaby z powo­dze­niem wyży­wić cały naród, tym­cza­sem led­wie jest w sta­nie wyży­wić samą sie­bie. Trudno sobie wręcz w gospo­darce wol­no­ryn­ko­wej coś takiego wyobra­zić; gło­du­jące mia­sto, zmu­szone do importu żyw­no­ści, pod­czas gdy w jego naj­bliż­szym sąsiedz­twie znaj­dują się nad­zwy­czaj żyzne tereny rol­ni­cze. Co dziw­niej­sze, ludzie zamiesz­ku­jący te tereny cier­pieli biedę porów­ny­walną z cier­pie­niem gło­du­ją­cego mia­sta.
Zatrud­nieni na roli robot­nicy zara­biali zale­d­wie 10 dol. dzien­nie, z czego i tak duża część – z braku gotówki – wypła­cana była w towa­rze; w ziem­nia­kach czy ogór­kach. Oto jak sko­men­to­wał tę sytu­ację bur­mistrz jed­nego z miast rejonu, o któ­rym mowa: My powin­ni­śmy być bogaci. Mamy cudowną zie­mię, posia­damy naukową tech­no­lo­gię, mamy wykwa­li­fi­ko­wa­nych pra­cow­ni­ków, i do czego to wszystko się spro­wa­dza? W naj­lep­szym przy­padku powinno to spro­wo­ko­wać ludzi do zasta­no­wie­nia się, czym jest eko­no­mia, do zro­zu­mie­nia, że jest to nauka o racjo­nal­nym dys­po­no­wa­niu zaso­bami znaj­du­ją­cymi się w nie­do­bo­rze i posia­da­ją­cymi alter­na­tywne wyko­rzy­sta­nie. Tym ludziom bra­ko­wało rynku, który byłby ogni­wem łączą­cym gło­du­jące mia­sto z pro­duk­tami tej żyznej ziemi oraz rządu, który by na takie swo­bodne połą­cze­nie pozwo­lił. W pew­nych regio­nach Rosji wła­dze lokalne zaka­zy­wały trans­portu żyw­no­ści przez gra­nicę okrę­gów czy powia­tów tylko dla­tego, by w ramach ich jurys­dyk­cji obo­wią­zy­wały niskie ceny, bo to im zapew­niało popar­cie poli­tyczne ze strony lud­no­ści. I znowu, należy pod­kre­ślić, że z punktu widze­nia inte­resu wła­dzy postę­po­wa­nie zmie­rza­jące do utrzy­my­wa­nia niskich cen żyw­no­ści nie było pozba­wione sensu. Niskie ceny gwa­ran­to­wały bowiem popu­lar­ność ze strony lokal­nych kon­su­men­tów. Wpraw­dzie poli­tyka ta chro­niła oso­bi­ste kariery poli­ty­ków, jed­nak z punktu widze­nia całej gospo­darki była praw­dziwą kata­strofą. O ile sys­te­mowy zwią­zek przyczynowo-skutkowy ma cha­rak­ter „bez­oso­bowy”, to zna­czy jego kon­se­kwen­cje nie zależą od niczy­jej woli czy pre­fe­ren­cji, o tyle „rynek” jest osta­tecz­nym spo­so­bem, w jaki ludzie uzgad­niają mię­dzy sobą swoje oso­bi­ste pra­gnie­nia i pre­fe­ren­cje. Zbyt czę­sto jed­nak pod­kre­śla się „bez­dusz­ność” rynku, prze­ciw­sta­wia­jąc jej rze­komo wraż­liwe spo­łecz­nie pro­gramy rzą­dowe. W rze­czy­wi­sto­ści w oby­dwu przy­pad­kach mamy do czy­nie­nia z takim samym nie­do­bo­rem zaso­bów. Doko­nu­jąc wybo­rów, dzia­łamy w ramach tych samych ogra­ni­czeń. Róż­nica polega na tym, że w jed­nym sys­te­mie każde indy­wi­duum podej­muje decy­zje na rzecz samego sie­bie, w dru­gim zaś nie­wielka liczba indy­wi­duów doko­nuje wyboru na rzecz innych.
Uży­cie przez dzien­ni­ka­rza stwier­dze­nia „kaprysy rynku”, co ma ozna­czać „nie­czu­łość” na ludz­kie pra­gnie­nia i potrzeby, brzmi rów­nie atrak­cyj­nie, co modne nie­gdyś powie­dze­nie „pro­duk­cja dla zaspo­ko­je­nia potrzeb, a nie dla zysku” – tak, jakby ktoś mógł osią­gnąć pro­fit, pro­du­ku­jąc towary, któ­rych nikt nie chce lub nie potrze­buje. Praw­dziwe prze­ciw­sta­wie­nie tych dwóch sys­te­mów polega na tym, że w pierw­szym indy­wi­du­al­nych wybo­rów doko­nuje na swoją rzecz sam czło­wiek, w dru­gim zaś doko­nują tego za niego inni ludzie, któ­rym wydaje się, że wie­dzą od niego lepiej.

Eko­no­mia dla każ­dego
Tho­mas Sowell
„Fijorr Publi­shing” 2007-03-23

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Komentarzy: 2

  1. mietek pisze:

    Prawdą jest że rosja­nie mają dosko­nałe zie­mie .,ale nie mają dobrego klimatu..czyli , deszcz pada za rzadko nazywa sie to kli­mat kontymentalny.

  2. Jan M. Fijor pisze:

    W Kali­for­nii w ogle deszcz nie pada, a mimo to zbiory sa fan­ta­stycz­nie duze. po pro­stu nawad­niają pusty­nie. To samo jest w Chile, w Argen­ty­nie. Kli­mat nie ma tu nic do rze­czy. Przed­sie­bior­czosc, ot co sie liczy. Pozdra­wiam Jan M Fijor

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*

Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts