Rząd walczy z nędzą

Wielki poeta, Julian Tuwim, pisał przed wojną, co należy zro­bić, aby Polacy byli stali się bogaci. „Trzeba im dać po 50 tys. zło­tych”. Podobny, choć znacz­nie mniej ambitny pro­gram pro­po­nuje mini­ster pracy, Anna Kalata. Zda­niem pani mini­ster, aby Polacy byli bogaci, wystar­czy pod­nieść płacę mini­malną, która wynosi dzi­siaj 936 zł. mie­sięcz­nie, do poziomu 50 – 60 proc. płacy śred­niej, wyno­szą­cej aktu­al­nie ok. 3027 zł. Zaro­bek rzędu 1800 zł mie­sięcz­nie, ma – zda­niem pani mini­ster — zagwa­ran­to­wać każ­demu pra­cu­ją­cemu utrzy­ma­nie się z pracy bez pomocy pań­stwa.

Rząd się wyżywi

Rozu­mo­wa­nie pani mini­ster Kalaty jest jak naj­bar­dziej racjo­nalne. Jest ono kon­se­kwen­cją raportu Komi­sji Euro­pej­skiej, z któ­rego wynika, iż bli­sko 14 proc. pra­cu­ją­cych Pola­ków (śred­nia Unijna wynosi 8 proc.) nie jest w sta­nie utrzy­mać się ze swo­jej pracy. Jeśli w wyniku dzia­łań rządu, a ści­ślej pani mini­ster i pra­cu­ją­cych z nią poli­ty­ków, ludziom tym się poprawi, koali­cja rzą­dząca wzmocni swój man­dat, co umoż­liwi jej wybór na dal­sze kaden­cje. O to prze­cież naprawdę cho­dzi poli­ty­kowi. Rozu­mu­jąc w ten spo­sób trudno nie zadać pyta­nia, dla­czego rząd, a ści­ślej mini­ster pracy nie pod­nie­sie pen­sji wszyst­kim Pola­kom, i to nie do jakie­goś mar­nego mini­mum lecz, nawią­zu­jąc do pro­gramu Tuwima, do 50 tys. zł i to nie raz, jak chciał tego poeta, lecz co mie­siąc.
Pro­blem w tym, że pod­nie­sie­nie płacy nie jest pro­ce­sem jed­no­stron­nym, ogra­ni­cza­ją­cym się do biorcy, lecz wymaga także dawcy, czyli kogoś kto jest chętny tę wyż­szą pen­sję zapła­cić. Co prawda, rząd – jak powie­dzie­li­śmy wcze­śniej – chętny jest, ale rząd nie ma wła­snych pie­nię­dzy. Łupie je od podat­nika, nazy­wa­nego także oby­wa­te­lem. Co prawda rząd ma wła­dzę i siłę, przy pomocy któ­rej jest w sta­nie zabrać podat­ni­kowi ile tylko się temu rzą­dowi podoba, ale jeśli zabie­rze wię­cej niż naka­zuje roz­są­dek, może znie­chę­cić oby­wa­tela (podat­nika) do pracy, bo trzeba wie­dzieć, że oby­wa­tel, w prze­ci­wień­stwie do rządu, na swoje pie­nią­dze musi pra­co­wać. Powstaje więc błędne koło; rząd pod­nosi płace, a żeby je sfi­nan­so­wać, srogo je opo­dat­ko­wuje, co powo­duje, że pra­cow­nik – podat­nik nie jest w sta­nie utrzy­mać się z pen­sji, potrzebna jest więc pomoc socjalna, czyli.…jeszcze wię­cej podat­ków. Jedy­nym ogni­wem, które na tym nie traci jest rząd, czyli pani mini­ster, która te pie­nią­dze podat­nika dzieli, za co liczy sobie słono. I na tym wła­śnie polega racjo­na­lizm pani mini­ster. Ona, jak każdy inny czło­wiek, działa wyłącz­nie we wła­snym interesie.

Bra­ku­jące ogniwo

Żeby rząd mógł podat­ni­kowi zabrać, podat­nik naj­pierw musi mieć coś, co można mu zabrać. Musi mieć pracę, za którą mu płacą. Bra­ku­ją­cym ogni­wem jest więc pra­co­dawca. Od jego dobrej woli, chęci, ini­cja­tywy, roz­sądku, przy­zwo­ito­ści, talentu, pra­co­wi­to­ści, szczę­ścia i wielu innych czyn­ni­ków zależy to, czy stwo­rzy miej­sce pracy dla podat­ni­ków, czy nie. Jeśli nie zechce, nikt go do tego nie zmusi. To zna­czy, może zmu­sić, ale efekty takiego przy­musu nie są osza­ła­mia­jące. Znamy je z lat 1944 – 1989, kiedy to pań­stwo zna­cjo­na­li­zo­wało mają­tek opor­nych pry­wa­cia­rzy i samo stwo­rzyło miej­sca pracy. Z pracy w tych miej­scach nie można się było utrzy­mać nawet za płacę mak­si­mum, a co dopiero mini­mum.
Skąd zatem wziąć pie­nią­dze na walkę z nędzą? Od tych, co pra­cują, czyli biedni nie są. Zabiera się więc w postaci podatku, powiedzmy, 2,7 mld zło­tych, bo tyle w 2007 roku rząd prze­zna­czy na pod­nie­sie­nie pen­sji mini­mum i walkę z bez­ro­bo­ciem, żeby za te pie­nią­dze, jak sza­cuje pani mini­ster, obni­żyć bez­ro­bo­cie z 14,9 proc. do 13,6 proc. czyli o 1,3 proc., co sta­ty­stycz­nie odpo­wiada to mniej wię­cej 160 tysiącom miejsc pracy. Szko­puł w tym, że gdyby zatrzy­mać te pie­nią­dze w rękach pry­wat­nych, posta­łoby za nie co naj­mniej 300 tysięcy miejsc pracy. Netto więc walka z nędzą zli­kwi­duje ok. 140 tys. miejsc pracy, które stracą podat­nicy zwol­nieni z pracy wsku­tek zbyt­niego obcią­że­nia fiskal­nego. Jeśli bowiem przed­się­biorca zapłaci w postaci podatku 1000 zł, to tego tysiąca nie ma. Nie może więc zain­we­sto­wać go w two­rze­nie dal­szych miejsc pracy. To chyba jasne. A zatem, pań­stwo, które podatki zebrało, stwo­rzy za nie co prawda jakieś miej­sca pracy, ale raz, że nie te, które są naj­bar­dziej gospo­darce potrzebne, a dwa, że pośred­nic­two to kosz­tuje, stąd wła­śnie ta róż­nica 140 tysięcy miejsc. Nie popeł­nię dużego błędu, jeśli powiem, że co naj­mniej połowa pie­nię­dzy prze­zna­czo­nych na walkę z nędzą zosta­nie zmarnowana.

Bez­ro­bo­cie lepsze

Dla­czego ludzie zara­biają nie­wiele? Dla­tego, ze ich praca jest nie­wiele warta. Ludzie w gospo­darce wol­no­ryn­ko­wej, nawet tak znie­kształ­co­nej jak nasza, zara­biają tyle, ile wypro­du­kują minus kil­ku­na­sto­pro­cen­towy mar­gi­nes dla pra­co­dawcy, prze­zna­czony na odtwo­rze­nie kapi­tału, jaki w stwo­rze­nie tego miej­sca pracy zain­we­sto­wał. Pra­co­dawca, który płaci pra­cow­ni­kom za mało, ryzy­kuje ich utratę na rzecz kon­ku­ren­cji. Pra­co­dawca, który płaci za dużo, ryzy­kuje ban­kruc­twem. I tu docho­dzimy do sedna pro­blemu. Zmu­sza­nie pra­co­dawcy do pła­ce­nia pra­cow­ni­kom pen­sji wyż­szej niż war­tość wypro­du­ko­wa­nego z tej pracy majątku, przy­nosi temu pierw­szemu stratę. W przed­się­bior­stwie pry­wat­nym ktoś te straty musi pono­sić. Jeśli będzie ich za dużo, firma upad­nie. Pracy nie będzie w ogóle. Nisko zara­bia­jący pra­cow­nik sta­nie się wtedy bez­ro­bot­nym. Tym­cza­sem, wbrew obo­wią­zu­ją­cej praw­dzie obie­go­wej, nawet niski zaro­bek jest bar­dziej opła­calny niż brak zarobku.
Usta­le­nie płacy mini­mum powo­duje, że pra­co­dawca, bro­niąc się przed stratą, nie przyj­muje do pracy (lub zwal­nia z niej) ludzi naj­ni­żej wykwa­li­fi­ko­wa­nych. To tłu­ma­czy, dla­czego wśród bez­ro­bot­nych jest tak wiele osób o niskich kwa­li­fi­ka­cjach. Gdyby obo­wią­zy­wała wol­ność zawie­ra­nia kon­trak­tów pła­co­wych, pra­co­dawca zatrud­niłby takich niżej wykwa­li­fi­ko­wa­nych za pen­sję odpo­wia­da­jącą war­to­ści ich pracy, czyli, naj­praw­do­po­dob­niej, za mniej niż wynosi obo­wią­zu­jąca płaca mini­mum. Ale takiej wol­no­ści nie ma. Obo­wią­zuje prawo pracy, gdyż – zda­niem usta­wo­daw­ców, związ­ków zawo­do­wych i mini­ster Kalaty – niska płaca jest jed­nak gor­sza niż bez­ro­bo­cie. I dla­tego, ustala się płacę mini­mum powy­żej war­to­ści pracy, co powo­duje, że pewni ludzie nie mają żad­nej płacy.

Godziwe zarobki

W świa­do­mo­ści prze­cięt­nego, zwłasz­cza nisko zara­bia­ją­cego pra­cow­nika płaca mini­mum potrzebna jest po to, aby poha­mo­wać chci­wość pra­co­dawcy, który pod nie­obec­ność zakazu (nakazu) pła­ciłby ludziom zbyt mało. Nie jest to prawdą. Pra­co­dawca na pracy ludz­kiej zara­bia, dla­tego stara się mieć jej jak naj­wię­cej, tyle że po odpo­wied­niej cenie. Odpo­wied­nia cena to cena odpo­wia­da­jąca war­to­ści wyko­ny­wa­nej pracy i sytu­acji na rynku. Naj­lep­szy dowód, że są w Pol­sce ludzie, któ­rzy – zatrud­nieni w cha­rak­te­rze pra­cow­ni­ków najem­nych — zara­biają cztery, dzie­sięć czy nawet pięć­dzie­siąt tysięcy zło­tych mie­sięcz­nie i nikogo nie trzeba przy­mu­szać do tak wyso­kich plac. Skoro pra­co­dawca płaci bez zmru­że­nia oka 10 tys. mie­sięcz­nie swo­jemu infor­ma­ty­kowi, to dla­czego miały odma­wiać pala­czowi 900 zło­tych?
Gdyby rynek pracy był wolny, część ludzi zara­bia­łaby, powiedzmy 500 – 600 zł mie­sięcz­nie, Czy to jest mało? Tak. Czy to jest odpo­wied­nie wyna­gro­dze­nie? Zda­niem mini­ster Kalaty i tzw. opi­nii publicz­nej — nie. A prze­cież kie­dyś Polacy zara­biali po 3 mln zł mie­sięcz­nie i też im było mało. Otóż, nomi­nalna kwota zarob­ków nie ma zna­cze­nia. Liczy się siła nabyw­cza zara­bia­nych pie­nię­dzy. Niskie płace, w warun­kach wol­nego rynku wpły­wają na obni­że­nie cen. W PRL zara­bia­li­śmy ekwi­wa­lent 75 zł mie­sięcz­nie, a mimo to nikt z głodu nie umarł, bo kilo­gram chleba kosz­to­wał 12 gro­szy. To nic, że zara­biamy mniej, jeśli pro­dukty są tań­sze. Nie­stety, pani mini­ster Kalata i jej towa­rzy­sze z koali­cji, na takie roz­wią­za­nie nie pozwa­lają. Narzu­ca­niem absur­dal­nych obcią­żeń podat­ko­wych i ogra­ni­czeń pod­no­szą cenę pracy do poziomu, przy któ­rym nie opłaca się jej kupić. Pra­cow­nik, któ­rego pracy nikt kupić nie chce, jest bez­ro­bot­nym. I do tego pro­wa­dzi tro­ska o wyż­sze mini­mum płacy. Bogac­two narodu powstaje z two­rze­nia majątku, a nie z dzie­le­nia tego co się już posiada. Two­rzyć mają­tek może wyłącz­nie dzia­ła­jący czło­wiek, a nie bez­oso­bowy rząd, nawet jeśli repre­zen­tuje go wraż­liwa na ludzką nędzę mini­ster Kalata.

Jan M. Fijor
„rozne” 2007-02-24

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Komentarzy: 1

  1. Maciej Winiarski pisze:

    Oczy­wi­ście, że się zgadzam.Kto przy­tomny by tego nie zro­bił? Pro­blem tylko w tym, co zro­bić z takimi „magi­strami” jak np. beł­ko­ciarz socja­li­styczny — Bugaj,„profesor eko­no­mii” (sic!), któ­remu pozwala się bre­dzić nie mniej niż Pani Kala­cie.
    Co zro­bić z milio­nami ludzi w Pol­sce, któ­rzy mają w mózg wdru­ko­wany socjalizm,u któ­rych wiara w otrzy­ma­nie dwóch zło­tych w zamian za zabra­nie dwu­stu jest roz­bra­ja­jąco powszechna, akcep­to­wana i sta­no­wiąca szczyt „myśle­nia eko­no­micz­nego”. Wbrew pozo­rom wcale nie doty­czy to tzw. ludzi z mar­gi­nesu. Można mieć — tak jak Bugaj czy Kalata — tytuły naukowe,a bież­nik kory mózgo­wej zje­chany tak, że jedy­nym uczu­ciem wobec mowy takich ludzi jest tylko litość.

    P.S.

    Pozdra­wiam, i dzię­kuję za tek­sty w „NCz” które czy­tuję regu­lar­nie. Przedew­szyst­kim dzię­kuję za „:Tajem­nicę Kapi­tału” H. de Soto, za inne książki wydane rów­nież. Cho­ciaż tro­chę świe­zego powie­trza i parę kon­kret­nych odkryć, poma­ga­ją­cyh widzieć sparwy tak, jak się naprawdę mają.

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*

Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts