Skandynawia za mniej niż 500 euro (I)

Z całej tej wyprawy naj­tań­szy jest prom. Pły­niemy na tra­sie Gdy­nia – Karls­krona – koszt prze­wozu samo­chodu i dwóch osób to ok. 1100 zł, razem ze śnia­da­niem; rzecz jasna…szwedzki stół. Zatan­ko­wa­li­śmy w Gdyni po 4,75 zł za litr, co w sto­sunku do cen szwedz­kich nam daje oszczęd­ność rzędu 85 gro­szy na litrze.

Zanosi się na to, że wkrótce oszczęd­no­ści będą jesz­cze więk­sze. Oto, grupka awan­gar­do­wych moto­cy­kli­stów spod znaku Szwedz­kiego Sto­wa­rzy­sze­nia Zie­lo­nych Moto­cy­kli­stów, z Mat­tia­sem Gold­ma­nem na czele wymy­śliła sobie, że już w 2021 roku szwedzcy kie­rowcy (wszy­scy, nie tylko moto­cy­kli­ści) nie będą potrze­bo­wać paliw ropo­po­chod­nych, gdyż zamie­nione zostaną one na bio­gaz pocho­dzący z fer­men­ta­cji kro­wich żołąd­ków, ludz­kiego kału, trawy, siana i innych wymyśl­nych surow­ców wzmoc­nio­nych alko­ho­lem skon­fi­sko­wa­nym prze Tul­lver­ket (szwedzki urząd celny) przy pró­bach nie­le­gal­nego prze­wo­że­nia go przez gra­nicę, co jest ulu­bio­nym zaję­ciem Szwe­dów. Rocz­nie Tul­lver­ket kon­fi­skuje ponad milion litrów róż­nych gorzał, brandy, rumów i szkoc­kich. W ten spo­sób, bli­sko 80 tysięcy szwedz­kich aut napę­dza­nych jest dzi­siaj przy uży­ciu bio­gazu i bio­pa­liw. Barierą maso­wego wyko­rzy­sta­nia już teraz jest…cena. Bio­gaz i bio­pa­liwa są w Szwe­cji tań­sze niż ben­zyna i die­sel, ale tylko dla­tego, że dotuje je pań­stwo. Dota­cje opła­cane są z podat­ków. W ten spo­sób Szwed oszczę­dza wpraw­dzie na pro­duk­tach Shella czy Amoco, traci jed­nak na pen­sje urzęd­ni­cze i fun­du­sze dla osza­la­łych eko­lo­gów. Typowe myśle­nie socja­li­styczne; pro­ste, tanie roz­wią­za­nia zastą­pić skom­pli­ko­wa­nym i dro­gim, byleby tylko popra­wić w ten spo­sób samo­po­czu­cie poli­ty­ków. Ale Szwe­dzi się cie­szą i raczej nie narze­kają. Podobno taka jest kon­struk­cja psy­chiczna wszyst­kich Skan­dy­na­wów. Na pro­mie czy­ta­łem prze­druk z New York Times’a listu pew­nego ame­ry­kań­skiego tury­sty, który kilka dni wcze­śniej, jak my, wybrał się w podróż po Skan­dy­na­wii. Gdyby w Bosto­nie – pisał Jan­kes, zdu­miony skan­dy­naw­ską tole­ran­cją — było tyle pro­ble­mów, co np. w Nor­we­gii, doszłoby tam zapewne do nowej rewolty her­ba­cia­nej (Boston Tea Party). Podobno nawet nor­we­scy poli­tycy dzi­wią się deter­mi­na­cji i spo­le­gli­wo­ści swego elek­to­ratu. Żeby tylko w złym momen­cie się z nią nie pogo­dzili.
My, w każ­dym razie sta­ramy się roz­ko­szo­wać myślą o spo­koj­nym kraju i spo­tka­niu z przy­ja­ciółmi, któ­rych odwie­dzamy w pierw­szej kolej­no­ści, oraz per­spek­tywą dal­szych wra­żeń z pierw­szej podróży po Skandynawii.

Na tra­sie z Karls­krony do Sztok­holmu (ponad 550 km) wypa­lamy całą pol­ską ben­zynę (ok. 55 litrów za 260 zł), odtąd jeste­śmy zdani na droż­sze paliwo szwedz­kie. Ponie­waż nie dosto­so­wa­li­śmy naszego pojazdu do korzy­sta­nia z bio­pa­liw (koszt ok. 1500 zł) pła­cić będziemy ok. 5,60 zł za litr ben­zyny szwedz­kiej, 6,20 zło­tych nor­we­skiej i 6,10 zło­tych duń­skiej. Oszczę­dzamy jed­nak na alko­holu, który na waka­cjach kon­su­muje się znacz­nie chęt­niej i czę­ściej niż nor­mal­nie, bo w Szwe­cji kupno alko­holu to sztuka.
Jeśli ktoś nie ma szczę­ścia i nie mieszka w pobliżu jed­nej z wielu mię­dzy­na­ro­do­wych linii pro­mo­wych, bo tam ist­nieje nie­wielki czarny rynek, jedy­nym miej­sce, w któ­rym może kupić alko­hol są sklepy sieci Sys­tem Bola­get. Skle­pów z trun­kami jest nie­wiele i wszyst­kie są kon­tro­lo­wane przez rząd. Nie dość, że jest ich na lekar­stwo, jeden na kil­ku­na­sto­ty­sięczne mia­sto czy nawet region, to na doda­tek alko­hol jest tam potwor­nie drogi. Butelka cze­goś moc­niej­szego kosz­tuje w Szwe­cji mniej wię­cej 3 — 4 razy dro­żej niż w Euro­pie i dru­gie tyle co u nas. Dla­czego tak jest? Dla­czego nie może być tak jak w USA, czy Niem­czech gdzie każdy, kto ukoń­czył 21 rok życia, pra­wie o każ­dej porze doby, w dowol­nym miej­scu może kupić flaszkę i, jeśli nie robi tego w miej­scu publicz­nym, opróż­nić ją w cało­ści, pła­cąc za trzy czwarte litra szkoc­kiej, brandy, wódki czy dobrego wina rów­no­war­tość stawki godzi­no­wej lub – mak­sy­mal­nie, tyle, ile zara­bia za 2 godziny sta­ty­stycz­nej płacy? Nikt tego jasno nie mówi, ale w kwe­stii alko­holu pań­stwo Szwe­dom nie dowie­rza, trak­tu­jąc ich jak małe dzieci. Poli­tycy szwedzcy, czyli przed­sta­wi­cieli narodu, zna­jąc podłe i nie­okieł­znany pociąg Sven­so­nów do alko­holu czu­wają nad ich trzeź­wo­ścią, gdyż pozo­sta­wieni samo­pas, mogliby sobie zro­bić krzywdę.
Nie wiem co było pierw­sze, kura czy sklepy anty­al­ko­ho­lowe, bo zarówno poli­tyka han­dlu alko­ho­lem jak i kon­cep­cja pań­stwa socjal­nego poja­wiły się mniej wię­cej rów­no­cze­śnie, pod koniec lat 50. ubie­głego stu­le­cia, ten opie­kuń­czy, żeby nie powie­dzieć rodzi­ciel­ski sto­su­nek (słowa klu­czowe, to : rodzi­ciel­stwo i sto­su­nek) spo­sób myśle­nia został w Szwe­cji upo­wszech­niony na wszyst­kie dzie­dziny życia. Wol­ność ludzka wyparta została przez gwa­ran­cje bez­pie­czeń­stwa ze strony pań­stwa, które ma do swych zwy­kłych oby­wa­teli coraz mniej zaufa­nia, o czym świad­czy także rosnąca ilość kamer inwi­gi­lu­ją­cych Szwe­dów – od ruchli­wych skrzy­żo­wań, po intymne zaka­marki miej­skich toa­let.
Jak to się dzieje, że Szwe­dzi potra­fili wysu­bli­mo­wać z tej ludz­kiej mierzwy naj­lep­szych synów i skie­ro­wać ich do pracy w admi­ni­stra­cji rzą­do­wej – tego nie wie chyba nikt. Podob­nie, jak słodką tajem­nicą Sven­so­nów pozo­staje odpo­wiedź na pyta­nie: jak to się stało, że wśród zwy­kłej tłusz­czy oby­wa­teli bra­kuje ludzi roz­sąd­nych, opa­no­wa­nych, nie piją­cych, nie grze­szą­cych, zna­ją­cych skom­pli­ko­wane mean­dry ludz­kich losów, a nie brak ich wśród szwedz­kich poli­ty­ków, któ­rzy chro­nią oby­wa­teli przed samymi sobą. Na szczę­ście to zaufa­nie się powoli koń­czy. Dla Larsa P., leka­rza ze Sztok­holmu było praw­dzi­wym szo­kiem odkry­cie, że i poli­tycy mają swoje grze­chy i nie­do­sko­na­ło­ści. Uświa­do­miła mu to Helena, nasza zna­joma ze Sztok­holmu, która mimo iż try­ska­ją­cego zdro­wia zała­twiła sobie rentę inwa­lidzką, wyko­rzy­stu­jąc do tego celu skłon­ność bada­ją­cego ją leka­rza do alko­holu. Nie prze­szka­dza to Lar­sowi, zatrud­nia­ją­cego „na czarno” Helenę do opieki nad dziećmi, do wygła­sza­nia cynicz­nych peanów pod adre­sem dar­mo­wej szkoły dla jego dzieci, dar­mo­wej służby zdro­wia, czy urzęd­ni­ków dba­ją­cych o dobro oby­wa­teli, któ­rzy za sym­bo­liczną koronę udo­stęp­nili mu lokal komu­nalny, gdzie pro­wa­dzi pry­watną praktykę.

Głu­cho wszę­dzie, pusto

Szwe­cja nie jest potęgą tury­styczną. Nie sądzi­łem jed­nak, że jest tam pod tym wzglę­dem tak źle. Zwłasz­cza, że kra­jo­bra­zowo jest to region inte­re­su­jący, histo­rię ma nie­tu­zin­kową i w ogóle jest egzo­tycz­nie.
Jest śro­dek lata, druga połowa lipca. W tym cza­sie odbywa się pra­wie 75 pro­cent euro­pej­skiego ruchu tury­stycz­nego. Na tra­sie do Sztok­holmu tro­chę volvo i saabów na szwedz­kiej reje­stra­cji, ale raczej bar­dzo nie­wiele. A prze­cież znaj­du­jemy się na połu­dniu Szwe­cji, gdzie zamiesz­kuje ponad 80 pro­cent Szwe­dów. Nato­miast nie ma pra­wie w ogóle samo­cho­dów z reje­stra­cją zagra­niczną. Na prze­strzeni nie­spełna 600 kilo­me­trów mijamy, lub mija nas, nie wię­cej niż 5 — 6 pojaz­dów z reje­stra­cją nie­miecką, angiel­ską i hisz­pań­ską. Trudno nam jesz­cze wycią­gać z tego faktu jakieś wnio­ski. Pola­ków na szwedz­kich dro­gach nie ma wcale. Ostat­nimi pojaz­dami z pol­ską reje­stra­cją były trzy moto­cy­kle trzech mło­dych par uda­ją­cych się „naszym” pro­mem na ślub przy­ja­ciele do Mal­moe. My też jedziemy do przy­ja­ciół, na pół­noc od Sztok­holmu.
A może Szwe­cja jest nie­go­ścinna? – przy­cho­dzi mi na myśl — albo, nie daj Boże, droga?
Wzdłuż drogi ude­rza nas spo­kój i porzą­dek, brak jest jakich­kol­wiek bil­l­bo­ar­dów czy szyl­dów rekla­mo­wych, domki w więk­szo­ści drew­niane i asce­tyczne. Zaska­ku­jąco skromne jak na kraj o tak wyso­kie sto­pie życio­wej. Pierw­szy postój robimy przy sta­cji ben­zy­no­wej. Na zaple­czu sta­cji odkry­wamy przy­cup­nięty w cie­niu drzew nie­wielki sklep. Robimy pierw­sze zakupy. Dreszcz nie­pew­no­ści prze­szywa ciało. Woda sodowa kosz­tuje rów­no­war­tość 5 zł, kanapki z sałatką z kur­czaka po 20 zł, kupu­jemy jesz­cze her­bat­niki i jabłka. Rachu­nek za ten skromny lunch: równe 100 zł. Da się wytrzy­mać. W dużo gor­szej sytu­acji wydaje mi się być kobieta sto­jąca w kolejce do kasy przede mną — za główkę zie­lo­nej sałaty, siatkę owo­ców cytru­so­wych, paczkę kawy i kawa­łek bekonu zapła­ciła o połowę wię­cej. Wyobraź­nia pra­cuje. Przed nami 2700 km, w tym połowa po Nor­we­gii, o któ­rej cenach – nawet w Niem­czech — krążą legendy. Mnożę w pamięci, dzielę, prze­ły­kam ślinę i pakuję towar. Czy­sta, pach­nąca toa­leta jest za to gra­tis. Kil­ka­na­ście kilo­me­trów dalej, na polnej dro­dze przy zjeź­dzie do lasu (nor­mal­nych par­kin­gów, wzdłuż całej auto­strady do Sztok­holmu nie ma) zja­damy pro­wiant i ruszamy w dal­szą drogę. Do celu podróży mamy wciąż ponad 250 km. Wszę­dzie porzą­dek i spo­kój. Jed­no­pa­smowa jezd­nia dwu­kie­run­ko­wej drogi szyb­kiego ruchu prze­dzie­lona jest sta­lo­wym par­ka­ni­kiem, albo beto­no­wym murem, żeby przy­pad­kiem komuś nie przy­szło do głowy wymi­nąć wol­niej jadą­cego sąsiada. Odno­to­wuję ten fakt z zazdro­ścią, zwłasz­cza w kon­tek­ście pol­skich dróg, gdzie trwa nie­ustanne polo­wa­nie kie­rowcy wyprze­dza­ją­cego na wyprze­dza­nego.
Kra­jo­braz połu­dnio­wej Szwe­cji jest mono­tonny; zie­lone łąki, złote łany zbóż nie­zbyt impo­nu­ją­cej wyso­ko­ści i szara, pro­sta droga. Przed zaśnię­ciem przy kie­row­nicy ratuje mnie sta­cja radiowa z ostrą muzyką roc­kową.
Prze­jazd przez piękną sto­licę Szwe­cji zaska­ku­jąco spo­kojny. Zwy­kle wjazd do dużego, nie­zna­nego mia­sta jest przy­czyną stresu; poiry­to­wani nie­zdarną jazdą przy­by­szów miej­scowi kie­rowcy trą­bią, poka­zują środ­kowe place, klną. Nic z tych rze­czy. Szwe­dzi jadą spo­koj­nie, są życz­liwi i uczynni, a przy tym trzy­mają się prze­pi­sów, bo z miej­scową poli­cją nie ma podobno żar­tów. I cho­ciaż poko­na­łem po szwedz­kich dro­gach ponad 1300 km, nie widząc nawet jak wygląda szwedzki poli­cjant, wszy­scy mnie wszę­dzie ostrze­gali: man­dat za prze­kro­cze­nie pręd­ko­ści wynosi dwa tysiące i wię­cej zło­tych. Zresztą wcale mnie do prze­kra­cza­nia dozwo­lo­nych 100 – 120 km na godzinę nie cią­gnęło. Jazda w gra­ni­cach limitu jest wygodna, bez­pieczna i znacz­nie szyb­sza niż w Pol­sce, która jest jed­nym wiel­kim odcin­kiem jazdy spe­cjal­nej z absur­dal­nym wymu­sza­niem, bez­par­do­no­wym zajeż­dża­niem, klak­so­nami i cham­stwem. Skan­dy­na­wo­wie jadą tyle, ile pozwala znak dro­gowy, a znak pozwala na ogół tyle, ile można w ist­nie­ją­cych warun­kach jechać. Nikt nie czuje się poszko­do­wany, czy upo­ko­rzony tym, że nie on, lecz ja mam aku­rat lep­szy wóz, albo jadę wol­niej niż on by sobie tego życzył. Jak to pogo­dzić z tym ich, trud­nym do poskro­mie­nia cią­giem do alko­holu?
Jedy­nym zgrzy­tem w podróży przez mia­sto jest zanik sygnału GPS w tunelu. Oka­zuje się, że to sprytne urzą­dze­nie, które nas pro­wa­dziło przez pra­wie 3000 km jest momen­tami bez­radne. Tym bar­dziej, że ten aku­rat tunel był zby­teczny. To nie jest moja opi­nia, tak uwa­żają miesz­kańcy pół­noc­nej czę­ści Sztok­holmu. I choć dróg można Szwe­dom pozaz­dro­ścić, rów­nież tam­tejsi radni i inży­nie­ro­wie ruchu nie są ideałami.

Polo­nia

Nasza przy­ja­ciółką wyemi­gro­wała do Szwe­cji jesz­cze w cza­sach PRL, kiedy Polacy z fascy­na­cją i tłum­nie — na tyle, na ile pozwa­lała ówcze­sna poli­tyka pasz­por­towa MSW — pene­tro­wali Skan­dy­na­wię z zamia­rem osie­dle­nia się tam na stałe. Dzi­siaj pra­wie nikt takiego pomy­słu nie ma. Wielu z emi­gran­tów, zwłasz­cza ci, któ­rzy nie stra­cili jesz­cze zmy­słu nie­za­leż­nego myśle­nia, pakuje manatki i wraca nad Wisłę. Do nie­dawna prze­no­sili się do Sta­nów Zjed­no­czo­nych lub Kanady, ale nawet Ame­ryka stra­ciła dziś swą atrak­cyj­ność, stąd dobrą alter­na­tywą pozo­staje Pol­ska. W końcu oszu­ku­jemy GPS i opłot­kami dojeż­dżamy pod blok komu­nalny, który jest naszą „desty­na­cją”.
Ona jest Polką, on Austriak. Nie ma ich w miesz­ka­niu. Mimo iż jest sobota, pra­cują.
Pod nie­obec­ność gospo­da­rzy wita nas sąsiadka, Helena, Polka z Łodzi. Już po pię­ciu minu­tach roz­mowy opo­wiada nam swój życio­rys. Ma córkę, zamężną ze Szwe­dem, ale miesz­ka­jącą w Goa, w Indiach, gdzie pro­wa­dzą nie­wielki hote­lik. Helena mieszka w Szwe­cji od 1975 roku, z czego 30 lat prze­żyła w pro­win­cjo­nal­nym Lund. Trzy lata temu prze­nio­sła się do sto­licy, ale Sztok­holm też jej nie raj­cuje. Rok temu wybu­do­wała w Pola­nicy seg­ment, bliź­niak, który wynaj­muje tury­stom. Ma z tego wię­cej na rękę niż miała z pracy w księ­go­wo­ści szpi­tala w Lund. Chciała docią­gnąć do eme­ry­tury, ale zabra­kło jej cier­pli­wo­ści. Od innej Polki dowie­działa się jak symu­lo­wać nie­ule­czalną cho­robę prze­wodu pokar­mo­wego, dzięki czemu – plus skrzynka prze­my­co­nej z Pol­ski i nie­bo­tycz­nie w Szwe­cji dro­giej szkoc­kiej — wyłu­dziła nie­dawno rentę inwa­lidzką. Kie­dyś – tłu­ma­czy — szwedzka renta czło­wieka urzą­dzała, dzi­siaj to jał­mużna: led­wie 7500 koron . Nie ukrywa swego obu­rze­nia. Przy miej­sco­wych cenach – tłu­ma­czy — jest to rap­tem tyle, co 1200 zł. w Pol­sce. Nędza!
Helena pra­cuje na czarno, jako opie­kunka do dzieci u Larsa, leka­rza ze Sztok­holmu. Ona w ten spo­sób nie płaci podatku, a on „socialu”. Dochody ma nie­złe, ale żyje jak mniszka. Ile może to oszczę­dza, bo chce jesz­cze jeden „bliź­niak” posta­wić i wra­cać. Mieszka za pół darmo w lokalu komu­nal­nym wyna­ję­tym jej przez gminę, jako ren­cistka korzy­sta z gmin­nej pomocy żyw­no­ścio­wej, han­dluje wyłu­dzo­nymi od leka­rza lekar­stwami, pod­kra­da­jąc to i owo w miej­sco­wych super­mar­ke­tach. Z docho­dem mie­sięcz­nym w gra­ni­cach 10 – 12 tysięcy zło­tych netto z wynajmu kwa­ter będzie żyć w Pol­sce lepiej niż dyrek­tor szpi­tala, w któ­rym pra­co­wała. Dla­tego liczy dni do powrotu. Szwe­cja, i owszem, to kraj ele­gancki, ludzie są uprzejmi, życz­liwi, ale jed­nak depre­syjni. Trudno im się dzi­wić – Helena kiwa głową ze zro­zu­mie­niem — za dłu­gie mają dni, za dłu­gie zimy, za dużo porządku, a za mało zwy­kłego nor­mal­nego życia.

Kło­poty z alko­ho­lem
Jan M. Fijor
”” 2008-09-12

 

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Komentarzy: 6

  1. Mimoza pisze:

    Kilka razy byłam w róż­nych rejo­nach Szwe­cji, kil­ka­krot­nie też jecha­łam trasą z Karls­krony do Sztok­holmu — byłam urze­czona roz­ma­ito­ścią i gęsto­ścią par­kin­gów przy­droż­nych — z cie­płą wodą, czy­stymi toa­le­tami, opróż­nia­nymi regu­lar­nie koszami i … obru­sami na sto­łach. Zarówno w Sztok­hol­mie, jak i innych miej­scach spo­ty­ka­łam tury­stów z całego świata. Cze­kam na dal­szy ciąg rela­cji, ale jeżeli Pana spo­strze­gaw­czość była przez cały pobyt tak wybiór­cza — nie spo­dzie­wam się nie tylko rewe­la­cji, ale rów­nież, nie­stety, prawdy i obiektywizmu.

  2. JM Fijor pisze:

    A czy odwie­dziła pani Szwe­cję mię­dzy 10 a 22 lipca 2008? Bo ja wła­snie ten okres opi­suję. Może i par­kingi były, ale przy sta­cjach ben­zy­no­wych i restau­ra­cjach, a my szu­ka­li­smy cze­goś osob­nego — na kształt rest area w USA i nie było. Zresztą nigdzie nie ma pra­wie żad­nych zna­ków, tablic infor­ma­cyj­nych czy bil­l­bo­ar­dów.
    Ukłony
    JM Fijor

  3. Mariusz Wiącek pisze:

    Ja w tym roku byłem w Szwe­cji jach­tem. Zawi­ną­łem do czte­rech por­tów. Opłaty niż­sze niż w Niem­czech. W Ystad za keję, prąd, saunę z prysz­ni­cem zapła­ci­li­śmy 17 euro (wygod­niej nam było w tej walu­cie). W Szty­nor­cie na Mazu­rach za podobną usługę (za każdą rzecz osobno) pła­ci­łem. 15 zł keja, 15 zł prąd, prysz­nic 10 zł WC — 1 zł.
    Dla sied­miu osób, bo w taki był skład załogi — szwedz­kie mor­skie Ystad wycho­dzi taniej niż śród­lą­dowy Szty­nort.
    pozdrawiam

  4. JM Fijor pisze:

    Ja opi­suję podróż samo­cho­dem, korzy­sta­łem ze śred­niej klasy hoteli, restau­ra­cji, a te 500 euro w tytule, to — rzecz jasna — dzien­nie. Ale na pewno z całej Skan­dy­na­wii, Szwe­cja jest naj­tań­sza.
    Zazdroszcżę żegla­rzom
    Jan M Fijor

  5. Marius Wiącek pisze:

    I jesz­cze jedno w por­cie za dwa pro­sto z kutra dorodne świe­żu­teń­kie dor­sze zapła­ci­łem 4 eur (cztery euro). To było ze pra­wie dwa kilo ryby. W Pol­sce taka przy­jem­ność kosz­tuje 14 zło­tych za kilo ryby.
    Pomi­jam pewne kło­poty języ­kowe bo jak zapy­ta­łem ryba­ków ile ryba kosz­tuje to mi powie­dzieli „tłelw”. Udałe więk­szego nie­motę niż jestem i wycią­gną­łem garść monet z kie­szeni, a ten wybrał dwa euro. W tym wypadku „tłelw” zna­czyło dwa nie dwa­na­ście.
    pozdrawiam.

  6. Mokka pisze:

    W Szwe­cji nie bylem,ale bylem w USA.Tam rest area jest sred­nio co trzy­dzie­sci pare mil.Lubie Ame­ryke ‚choc i tam kon­czy sie wol­nosc co mar­twi mnie ogromnie!!!Apropos renty w Szwe­cji to podob­nie jest w Kana­dzie choc nie trzeba dawac skrzy­neczki z trunkiem!!!Pozdrawiam !!! (9 lat w Kana­dzie 7 lat w USA od 3 lat w Polsce )

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*