Skandynawia za mniej niż 500 euro (III)

Po wizy­cie w pięk­nym Sztok­hol­mie, pod­eks­cy­to­wani i zacie­ka­wieni cze­ka­ją­cymi nas wra­że­niami ruszy­li­śmy wcze­snym ran­kiem na pół­noc. Plan mie­li­śmy pro­sty: ze Sztok­holmu przez pół­nocną Szwe­cję prze­do­sta­niemy się do Nor­we­gii gdzieś w oko­lice Tron­dheim, stam­tąd, wzdłuż fjor­dów do Ber­gen, póź­niej w poprzek Nor­we­gii wra­camy do Szwe­cji, skąd w oko­li­cach Hel­sing­borga prze­kro­czymy cie­śninę Kategat-Sund pro­mem do Hel­sin­goru (Ham­let), prze­do­sta­jemy się do Kopen­hagi, a dalej tran­zy­tem do Nie­miec (NRD), by drogą wzdłuż pol­skiego wybrzeża wró­cić do domu. Cze­kało nas ok. 3 tysiące kilo­me­trów, na poko­na­nie któ­rych prze­zna­czy­li­śmy sobie mniej wię­cej 10 dni.

Tro­chę księgowości

Mimo godzin szczytu, ruch na uli­cach sto­licy nie­wielki. Za mia­stem jest już pusto, jedziemy w kie­runku Uppsali, dys­ku­tu­jąc zda­rze­nia minio­nych trzech dni i doko­nu­jąc pierw­szych obli­czeń. Jak na razie nie jest źle.
Na ben­zynę wyda­li­śmy (obli­cze­nia pro­wa­dzimy w euro) ok. 200 euro, przy­drożne zakupy, około 100 euro, do tego dwa razy jedli­śmy w restau­ra­cji (sami, bez przy­ja­ciół) kosz­to­wało to nas ok. 100 euro, i dwa razy z nimi, co nie kosz­to­wało nic, bo nas zapro­sili. Alko­hole przy­wieź­li­śmy z Pol­ski, tro­chę kaba­no­sów, sucha kra­kow­ska, nie jest źle. W ciągu trzech dni, łącz­nie z podróżą na tra­sie Gdy­nia – Karls­krona wyda­li­śmy 800 euro (ok. 270 euro dzien­nie), to dużo mniej niż byli­śmy gotowi wydać. Jeste­śmy do przodu, ale nie ma się z czego cie­szyć — praw­dziwe wydatki dopiero nas cze­kają. Dotąd nie pła­ci­li­śmy za noc­legi, za par­kingi, a śnia­da­nia i kola­cje mie­li­śmy po kosz­cie, bo w domu. Schody zaczną się po wyjeź­dzie ze Sztok­holmu.
I oto wbrew oba­wom, nie­długo po opusz­cze­niu roga­tek sto­licy nie­spo­dzianka. Na auto­stra­dzie do Uppsali mijamy sta­cję auto­ma­tycz­nego poboru myto. Kamera robi samo­cho­dom zdję­cie, wyli­cza należ­ność a rachu­nek posyła do domu, ale tylko wtedy, gdy prze­jeż­dża­ją­cym punkt poboru koron jest Szwed. Cudzo­ziemcy jeż­dżą za friko! Podob­nie będzie w Nor­we­gii. I to jest wszystko jak cho­dzi o dobre wia­do­mo­ści. W socja­li­stycz­nej Szwe­cji nie ma nic za darmo. Chyba że jest się jed­nym z wie­lu­set tysięcy klo­szar­dów, albo ludzi zna­ją­cych sys­tem, tak dobrze, jak go zna Helena i nasi przy­ja­ciele. Nie narze­kamy jed­nak. Nie po to przy­je­cha­li­śmy tutaj, żeby się pro­sić o dar­mo­chę. Humor popra­wia nam zna­le­zie­nie w sztok­holm­skim skle­pie kilku pro­duk­tów, które są tań­sze niż w Pol­sce; chrupki chle­bek Wasa, ser kozi oraz woda mine­ralna. Dobre i to. Wszystko inne prze­waż­nie trzy­krot­nie droż­sze niż u nas. Tym bar­dziej, że wła­ści­wie nie wiemy gdzie naj­ko­rzyst­niej kupo­wać. W Szwe­cji, ze względu na ochronę kra­jo­brazu, bil­bor­dów i reklam przy dro­gach pra­wie się nie umiesz­cza. Pod tym wzglę­dem są w sto­sunku do nas do tytułu (do przodu?). U nas za to dba się o pry­wat­ność i dla­tego pra­wie wszę­dzie bra­kuje tabli­czek z nazwami ulic i nume­rami domów. Pod tym wzglę­dem Szwe­dzi są dużo bar­dziej otwarci.

Bez­ludna droga

Na dro­dze nadal tury­stów brak. Że nie ma zagra­nicz­nych, to zro­zu­miałe, choć dowiemy się o tym dopiero w Arvika, gdzie spę­dzimy pierw­szą noc za wła­sne pie­nią­dze. Ale dla­czego nigdzie nie ma Szwe­dów? Upału, co prawda nie ma, ale pogoda super. Jest śro­dek lata, podobno peł­nia szwedz­kiego sezonu tury­stycz­nego, a połu­dnie Szwe­cji i wyspy na Bał­tyku to tra­dy­cyjne miej­sce let­niego wypo­czynku Szwe­dów. Nie widać nawet, żeby ktoś się w tam­tym kie­runku uda­wał. Droga w każ­dym razie pra­wie pusta. Podob­nie jak kolejny punkt naszej eska­pady: Uppsala. Wygląda na to, że więk­szość miesz­kań­ców tego naj­star­szego (powstał w 1477 roku) ośrodka aka­de­mic­kiego gdzieś wyje­chała. Posta­na­wiamy wyko­rzy­stać pustkę i pozwie­dzać. Mimo takiego wylud­nie­nia, miejsc do par­ko­wa­nia nie­wiele i wszyst­kie zajęte. Po kilku run­dach wokół trzy­na­sto­wiecz­nej kate­dry Dom­kyr­kan pod­jeż­dżamy do biura infor­ma­cji tury­stycz­nej po pomoc. Wysoka blon­dyna, a jakże, dora­dza jak i gdzie zna­leźć miej­sce. Mimo iż par­ku­jemy na pustej, bocz­nej ulicy, nad kana­łem, trzeba za par­king zapła­cić 16 koron za godzinę, czyli ok. 1,8 euro na godzinę, tro­chę boli, bo bez­płat­nego par­kingu nigdzie w mie­ście nie ma, ale da się wytrzy­mać. Płacę za trzy godziny i idziemy do kate­dry. Bilet wstępu do zabyt­ków Uppsali, kupi­li­śmy w infor­ma­cji u wyso­kiej blon­dyny, bo tak rze­komo taniej; wej­ście do kate­dry, muzeum, jakiś zamek (z zewnątrz, bo zamknięty) wszystko za 12 euro dla dwóch osób, włącz­nie z par­kin­giem, za który już zapła­ci­li­śmy wcze­śniej.
Uppsala nas roz­cza­ro­wuje. Spo­dzie­wa­łem się cze­goś na podo­bień­stwo Kra­kowa, mia­sta peł­nego stu­den­tów i życia aka­de­mic­kiego, natra­fiam na ghost town z dobrze zacho­waną archi­tek­turą gotycką i rene­san­sową, mia­sto czy­ste, ale z powodu panu­ją­cej pustki i ciszy pozba­wione oso­bo­wo­ści. Tury­stów jak na lekar­stwo: dwa auto­kary z Rosji, kilka mikro­bu­sów ze Sztok­holmu, reszta to już volvo i saab. No i nasze sub­aru. Szwe­dzi uwiel­biają volvo i saab. Z ilo­ści samo­cho­dów tych marek poru­sza­ją­cych się po szwedz­kich dro­gach wno­szę, że albo dostają je za darmo, albo ist­nieje tam przy­mus poru­sza­nia się pojaz­dami made in Sven­ska. Nie twier­dzę, że to złe samo­chody, ale uwa­żam, że żaden nor­malny Ame­ry­ka­nin czy Polak nie wydałby na taki samo­chód rów­no­war­to­ści dwóch, albo i trzech hond czy toyot. Podobno przy­wią­za­nie do tego co szwedz­kie – tłu­ma­czy nam Maciej, rodak zamiesz­kały w Uppsali — ma swoje źró­dło w nie­by­wale roz­wi­nię­tym wśród Szwe­dów patrio­ty­zmie, któ­rego „naj­pierw strze­gli pasto­rzy pro­te­stanccy, a teraz pil­nują urzęd­nicy pań­stwowi”. Jeśli to prawda, to zna­czy, że Szwe­dzi nie są zbyt roz­tropni. Tym bar­dziej, że te ich ulu­bione marki są potwor­nie dro­gie. Skąd u tych zacnych, pra­co­wi­tych i, co by nie mówić, bojo­wych Szwe­dów, któ­rzy trzę­śli kie­dyś połową Europy tak mało odwagi i zdro­wego roz­sądku? Ame­ry­ka­nie i Polacy, a więc narody, które znam naj­le­piej pod­nie­śliby bunt, gdyby któ­ryś z poli­ty­ków zgo­dził się na tak okrutne — jak w Szwe­cji — prze­pisy dro­gowe, karzące za prze­kro­cze­nie pręd­ko­ści o 30 km na godzinę sze­ścioma tygo­dniami aresztu i man­da­tem rów­no­war­to­ści pół­mie­sięcz­nej pen­sji. Jaki nor­malny czło­wiek jest w sta­nie znieść poda­tek docho­dowy na pozio­mie 80 pro­cent, czy cła w wyso­ko­ści 500 pro­cent? Jak to się stało, że w Szwe­cji udało się „wyho­do­wać” naród, który wręcz cie­szy się z tego, iż mu jakiś urzę­das zabie­rze lwią część ciężko zaro­bio­nej pen­sji? Bo jak Szwed pra­cuje, to prze­waż­nie z poświę­ce­niem. Nie uwie­rzę, że jest to efekt sto­so­wa­nia przez wieki sro­gich kar, gnę­bie­nia opor­nych, czy nawet jakie­goś wro­dzo­nego poczu­cia obo­wiązku i patrio­ty­zmu. To nie­moż­liwe, żeby nagle w jed­nym rejo­nie świata – bo wszy­scy Skan­dy­na­wo­wie są podobni – udał się eks­pe­ry­ment, o któ­rym marzył Marks, Lenin, Sta­lin czy Pol Pot!
Przy­chy­lam się do poglądu jed­nego ze zna­jo­mych Inter­nau­tów, że „cała ta skan­dy­naw­ska powszechna bez­in­te­re­sow­ność, życz­li­wość, tole­ran­cja, miłość do sportu, a przede wszyst­kim zgoda na wyzysk mają tylko jeden cel: ukry­cie naj­więk­szego pra­gnie­nia w ich życiu, by dać komuś po łbie topo­rem!” Ja bym do tego doło­żył prze­bie­głość, opor­tu­nizm i igno­ran­cję.
Zdaję sobie sprawę, że pisa­nie tak kry­tycz­nych słów przez faceta wycho­wa­nego w kraju, w któ­rym zbu­do­wa­nie drogi czy ter­mi­nowy przy­jazd pociągu prze­kra­cza wyobraź­nię 40 milio­nów oby­wa­teli brzmi idio­tycz­nie, posta­ram się jed­nak swo­ich racji dowieść.

W służ­bie bezpieczeństwa

Pęd do pań­stwa opie­kuń­czego to nic innego, jak odre­ago­wa­nie stra­chu przed nie­znaną przy­szło­ścią. Im wię­cej tego stra­chu, tym wię­cej pań­stwa opie­kuń­czego. Jed­nakże lęk nie jest jedy­nym uczu­ciem, jakim kie­ruje się roz­sądny czło­wiek. Gdy­by­śmy rów­no­cze­śnie nie byli cie­kawi świata, nie ryzy­ko­wali, gdy­by­śmy się nie uczyli na błę­dach, nigdy byśmy nie wyszli z jaskini. Ponie­waż trudno odmó­wić Szwe­dom cie­ka­wo­ści czy inte­li­gen­cji, pozo­staje jakieś inne wytłu­ma­cze­nie tej ich miło­ści do bez­pie­czeń­stwa.
Zdrowy na umy­śle czło­wiek działa racjo­nal­nie, czyli tak, aby popra­wić sobie żywot. Powta­rzam: sobie, nie innym! Szwed, Nor­weg czy Duń­czyk też tak działa. Jeśli godzą się na gwa­ran­cje bez­pie­czeń­stwa (czy filan­tro­pię) muszą wie­rzyć w to, że są one realne. Tym­cza­sem nawet dziecko wie, że od prze­kła­da­nia tych samych pie­nię­dzy z jed­nej kie­szeni do dru­giej majątku nie przy­bywa, co gor­sza, pie­nią­dze można w trak­cie prze­kła­da­nia zgu­bić, albo zachę­cić śle­dzą­cego nas łaj­daka do ich kra­dzieży. Dla­czego mimo to ludzie (bo nie tylko Szwe­dzi, choć oni aku­rat robią to „naj­le­piej”) godzą się na to, by jakiś urzęd­nik, naj­czę­ściej nie­udacz­nik, nie­zdara, miał prawo do prze­kła­da­nia ich, czyli zabie­ra­nia jed­nym i dawa­nia dru­gim wedle sobie tylko zna­nych kry­te­riów? Pomi­jam już takie uboczne zja­wi­ska: jak pokusa nad­uży­cia czy mar­no­traw­stwo.
Jeśli nie widzą korzy­ści, to może cie­szą się z tego, że ktoś inny sko­rzy­sta? Czyli może Szwe­dzi są filan­tro­pami? Jeśli tak jest, dla­czego godzą się na przy­mu­sową filan­tro­pię?
Ken, nauczy­ciel z Mal­moe po kilku pyta­niach sta­wia­ją­cych go pod ścianą przy­znaje w końcu, że godzi się na 50 pro­cent podatku tro­chę ze stra­chu, ale głów­nie z pre­me­dy­ta­cji. Zakłada bowiem, że to on będzie czę­ściej cho­ro­wać od innych i gdyby mu przy­szło za lecze­nie pła­cić z wła­snej kie­szeni„ to byłby w gor­szej sytu­acji niż dzi­siaj, gdy rachu­nek zosta­nie uśred­niony na 9 milio­nów Szwe­dów. Zasę­pia się, gdy mu przy­po­mi­nam, że płaci rów­nież rentę symu­lu­ją­cej cho­robę, Heleny i choć sam nie pije utrzy­muje tysiące alko­ho­li­ków, któ­rych rząd kró­lew­skiej mości trak­tuje jak nie­ule­czal­nie cho­rych. Tak, nie­ule­czal­nie, bo wyle­cze­nie się z nałogu ozna­cza prze­pa­dek renty i przy­działu taniego alko­holu. Ken płaci też za naukę dzieci sąsiada, bo sam jest kawa­le­rem, ale to go nie iry­tuje. W pamięci ma odno­śny ustęp ide­olo­gia szwedz­kiego welfare.…., że prze­cież na wykształ­ce­niu oby­wa­tela korzy­stają wszy­scy inni oby­wa­tele. Sło­wem, Ken, podob­nie jak gros Skan­dy­na­wów godzi się na wyso­kie podatki, licząc po cichu, że otrzyma z kasy pań­stwa wię­cej niż mu zabrano. Gdyby był nauczy­cie­lem mate­ma­tyki, a nie muzyki, to by wie­dział, że sta­ty­stycz­nie na utwo­rze­niu wspól­nej kasy nie korzy­sta nikt, poza kasje­rem, czyli urzęd­ni­kami pań­stwo­wymi. Przy zało­że­niu, że ci ostatni są anio­łami. Ken przy­znaje jed­nak, że mnożą się ostat­nio przy­padki korup­cji i mar­no­traw­stwa wspól­nego gro­sza, a nad­uży­wa­nie sys­temu staje się nagminne. W rezul­ta­cie, mimo wzro­stu nakła­dów (podat­ków) kolejka do pań­stwo­wego leka­rza czy poziom pań­stwo­wych szkół nie popra­wiają się.
Bilans wydat­ków na cele socjalne nie jest (wbrew pozo­rom) grą o sumie zero. War­tość tego co wyda pań­stwo będzie mniej­sza niż gdyby wydali to oby­wa­tele. Szwe­dzi zapłacą tyle, ile zosta­nie im zabrane minus to, co pój­dzie na utrzy­ma­nie apa­ratu redy­stry­bu­cji, czyli tych, któ­rzy podatki zbie­rają. I rze­czy­wi­ście, w sys­te­mie redy­stry­bu­cji część bene­fi­cjen­tów na takiej uraw­ni­łowce korzy­sta, pro­blem w tym, że nie wia­domo, kto naprawdę korzy­sta. Możemy się zasad­nie domy­ślać – pisze eko­no­mi­sta, Jon Norqu­ist – że docho­dzi do znacz­nych nad­użyć ze strony ludzi zamoż­nych i wyspe­cja­li­zo­wa­nych w eks­plo­ata­cji sys­temu.
Ponad ćwierć wieku ktoś w Szwe­cji chciał to spraw­dzić. Cho­dziło o szklankę mleka przy­zna­waną bez­płat­nie w ramach dobro­czyn­no­ści pań­stwa uboż­szym uczniom szwedz­kich szkół. Kiedy oka­zało się, że pro­ces oceny sta­tusu mate­rial­nego ucznia i zakwa­li­fi­ko­wa­nia go (lub nie) do bez­płat­nego mleka jest kosz­tow­niej­szy niż samo mleko, zde­cy­do­wano roz­da­wać mleko wszyst­kim, ponie­waż jest ono…zdrowe. Od tego momentu zre­zy­gno­wano z licze­nia kosz­tów pań­stwa opie­kuń­czego, przyj­mu­jąc zało­że­nie, choć nie jest ono spra­wie­dliwe, to jest ono z natury swo­jej zdrowe.

W drogę
Jan M. Fijor
„różne” 2009-01-08

 

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Komentarzy: 1

  1. Grzegorz-K pisze:

    Witam! Aż ciarki prze­cho­dzą… Nt. ostat­nio czy­ta­łem w pew­nej gaze­cie moto­ry­za­cyj­nej, iż bodajże w Szwe­cji tam­tej­sze wła­dze zamie­rzają wpro­wa­dzić ogra­ni­cze­nie pręd­ko­ści w mie­ście do 30 km/h, a w przy­szło­ści wyko­rzy­stać sys­tem sate­li­tarny do „ostrze­ga­nia” kie­row­ców, że poru­szją się samo­cho­dem zbyt szybko :) To już dąże­nie do absurdu… Pozdra­wiam! http://www.grzegorz-k.blog.onet.pl

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*

Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts