Sprzedane akta?

Gdyby rzą­dowi pol­skiemu przy­szło kie­dy­kol­wiek pro­ce­so­wać się z Niem­cami w spra­wie odszko­do­wań za zbrod­nie hitle­row­skie popeł­nione w Pol­sce w cza­sie II wojny świa­to­wej, co nie jest wcale takie nie­re­alne, nie jeste­śmy nawet w sta­nie wielu naszych rosz­czeń udowodnić.

Ogromna część dowo­dów winy, w tym tysiące ory­gi­na­łów zeznań świad­ków, foto­gra­fii i innych mate­ria­łów śled­czych doku­men­tu­ją­cych hitle­row­skie zbrod­nie wojenne, została dobro­wol­nie oddana pro­ku­ra­tu­rom nie­miec­kim przez pol­skie wła­dze archi­walne. Doku­menty prze­ka­zy­wała naj­pierw Główna Komi­sja Bada­nia Zbrodni Hitle­row­skich, póź­niej jej następ­czyni, dzia­ła­jąca przy Insty­tu­cie Pamięci Naro­do­wej, Główna Komi­sja Ści­ga­nia Zbrodni prze­ciwko Naro­dowi Pol­skiemu. Pośred­ni­kiem mię­dzy Komi­sją a pro­ku­ra­tu­rami RFN była tzw. Cen­trala w Ludwigs­burgu. Insty­tu­cja powo­łana w celu „poprawy wize­runku” nie­miec­kich orga­nów ści­ga­nia zbrodni wojen­nych.
Sprawa wyszła na jaw przy oka­zji 65. rocz­nicy wybu­chu wojny, w 2004 roku, kiedy to ówcze­sny dyrek­tor IPN, prof. Leon Kie­res zwró­cił się do pod­le­głych mu pro­ku­ra­to­rów IPN, aby przy­go­to­wali raport o sta­nie śledztw w spra­wach prze­ciwko zbrod­niom Wehr­machtu, popeł­nio­nym we wrze­śniu 1939. I wtedy oka­zało się, że w set­kach, a może nawet tysią­cach teczek znaj­du­ją­cych się w archi­wach IPN brak jest nie tylko ory­gi­na­łów zeznań czy zdjęć, ale nawet wia­ry­god­nych kopii tych doku­men­tów. Bez ory­gi­nal­nych akt zakoń­cze­nie spraw, to jest umo­rze­nie ich lub wyda­nie wyroku ska­zu­ją­cego, nie jest moż­liwe. Zda­niem Naczel­nika Wydziału Nad­zoru nad Śledz­twami Głów­nej Komi­sji, dr. Anto­niego Kury, takich nie zamknię­tych postę­po­wań jest od 5 do 10 tysięcy. Nie­które z nich bar­dzo gło­śne, jak np. sprawa zbrodni nie­miec­kich popeł­nio­nych na tere­nie obo­zów w Gross Rosen czy w Tre­blince.
W kil­ku­set prze­ba­da­nych dotąd tecz­kach zna­le­ziono jedy­nie adno­ta­cję: „wysłane do Ludwigs­burga”. Zwa­żyw­szy, że archiwa IPN liczą 130 tys. zespo­łów akt, skala zja­wi­ska jest wciąż nieznana.

Cen­trala

Zen­trale Stelle der Lan­de­sju­sti­zver­wal­tun­gen w Ludwigs­burgu (b. Nie­miec Zachod­nich) powstała w listo­pa­dzie 1958 roku, a jej for­mal­nym celem było archi­wi­zo­wa­nie akt pohi­tle­row­skich i prze­ka­zy­wa­nie ich, zgod­nie z rejo­ni­za­cją, do odno­śnych urzę­dów pro­ku­ra­tury powszech­nej. I choć ist­nie­jąca do dzi­siaj Cen­trala miała mieć cha­rak­ter „tym­cza­sowy”, jej sta­tus od początku ist­nie­nia budził spory i kon­tro­wer­sje. Osta­tecz­nie musiał się w tej spra­wie wypo­wie­dzieć aż Try­bu­nał Kon­sty­tu­cyjny RFN, który uznał, że „choć jej byt prawny nie wynika z aktu usta­wo­daw­czego”, Cen­trala „sta­nowi urząd wymiaru spra­wie­dli­wo­ści, dzia­ła­jący zgod­nie z kon­sty­tu­cją”. Pełną pro­ku­ra­turą jed­nak nie była.
Usta­wo­daw­stwo nie­miec­kie prze­wi­duje, że prze­stępca karany jest w miej­scu popeł­nie­nia zbrodni lub w okręgu, w któ­rym zamiesz­kuje. Z oczy­wi­stych wzglę­dów, nie­miec­kie organa ści­ga­nia uznały, że jed­nak nie wyda­dzą swo­ich oby­wa­teli zagra­nicę i wybrały drugą alter­na­tywę. Mimo to, już wio­sną 1959 roku, na prośbę Ludwigs­burga, pol­ska Komi­sja d/s Bada­nia Zbrodni Hitle­row­skich zaczęła potul­nie prze­ka­zy­wać zawar­tość pol­skich akt „sojusz­ni­kom” z RFN. Tylko w latach 1965 – 1989 Polacy prze­ka­zali Niem­com 36 tys. pro­to­ko­łów zeznań, 150 tys. foto­gra­fii, kil­ka­dzie­siąt tysięcy mikro­fil­mów i 12 tys. kom­ple­tów mate­ria­łów z pro­wa­dzo­nych śledztw. W zamian strona pol­ska otrzy­mała z Ludwigsburga…listę pol­skich gajo­wych i leśni­czych, współ­pra­cu­ją­cych z RSHA (Urzę­dem Bez­pie­czeń­stwa Rze­szy). Zda­niem dyrek­tora Głów­nej Komi­sji Ści­ga­nia Zbrodni prze­ciwko Naro­dowi Pol­skiemu, prof. dr. Witolda Kule­szy, ist­niała pod­stawa prawna, żeby tak robić. Sta­no­wiło ją poro­zu­mie­nie pod­pi­sane mię­dzy rzą­dem PRLRFN, zgod­nie z któ­rym Niemcy zapew­niły stronę pol­ską, iż dostęp do ory­gi­na­łów naszych akt potrzebny jest tylko w celu sku­tecz­niej­szego ści­ga­nia zbrod­nia­rzy wojen­nych za zbrod­nie popeł­nione na tere­nie Pol­ski. Odmien­nego zda­nia są pro­ku­ra­to­rzy pionu śled­czego IPN, według któ­rych, śla­dów pod­pi­sa­nia takiego poro­zu­mie­nia dotąd nie zna­le­ziono, a zgoda strony pol­skiej, zwa­żyw­szy, że RFN była nam wów­czas kra­jem wyjąt­kowo wro­gim ide­owo, poli­tycz­nie i mili­tar­nie, jest czymś kurio­zal­nym, trud­nym do zro­zu­mie­nia. Opi­nię tę potwier­dza wybitny praw­nik, spe­cja­li­sta od spraw polsko-niemieckich z uni­wer­sy­tetu poznań­skiego, prof. dr Jan San­dor­ski, twier­dząc że żad­nego takiego poro­zu­mie­nia nie było.
W każ­dym razie, otrzy­mane z Pol­ski doku­menty słu­żyć miały uru­cho­mie­niu wewnętrz­nego śledz­twa w Cen­trali, a ponie­waż nie miała ona upraw­nień pro­ku­ra­tor­skich, wysy­łano je póź­niej, jako pod­stawę ewen­tu­al­nych aktów oskar­że­nia, do urzę­dów pro­ku­ra­tury powszech­nej w miej­scu zamiesz­ka­nia podej­rza­nych. Pikan­te­rii dodaje fakt, że Ludwigs­burg ani razu nie wystą­pił do żad­nego z poszko­do­wa­nych o potwier­dze­nie zeznań czy cho­ciażby zło­że­nie jakich­kol­wiek wyja­śnień, nie mówiąc o tym, że po wyko­rzy­sta­niu mate­riału dowo­do­wego, ani jed­nego z pol­skich ory­gi­na­łów nie zwró­cono wła­ści­cie­lowi. Zmarły nie­dawno, tro­pi­ciel zbrodni hitle­row­skich, Szy­mona Wie­sen­thala, nie mógł zro­zu­mieć, jak to się dzieje, że foto­gra­fie ss – manów mor­du­ją­cych Pola­ków, zare­je­stro­wane w aktach GKBZH, odnaj­dy­wane są, albo i nie, w archi­wach nie­miec­kich. Podej­rze­wał nawet foul play.
Bez­po­śred­nią winę za taki stan rze­czy ponosi wie­lo­letni pre­zes Głów­nej Komi­sji, nie­ży­jący już prof. Cze­sław Pili­chow­ski. O wysyłce akt wie­działo jed­nak znacz­nie wię­cej osób. Co wię­cej, nie­które z nich, jak choćby aktu­alny wice­dy­rek­tor IPN, prof. Kule­sza, są zda­nia, że nic złego się nie stało. Dopiero w stycz­niu 2005, po 46 latach oga­ła­ca­nia pol­skich zbio­rów archi­wal­nych, ktoś zwró­cił na to uwagę.

Legalne bez­pra­wie

Utrzy­my­wa­nie przez prof. Kule­szę, że pro­ce­der był jak naj­bar­dziej legalny, jest co naj­mniej ryzy­kowne. Z punktu widze­nia pol­skiego prawa, udo­stęp­nia­nie ory­gi­na­łów akt – co jest skąd­inąd zła­ma­niem świa­to­wego stan­dardu wymiaru spra­wie­dli­wo­ści — było nie tylko kary­god­nym nie­dbal­stwem, ale wręcz bez­pra­wiem! Naru­sze­niem prawa było cho­ciażby wysy­ła­nie „stro­nie trze­ciej” zeznań, foto­gra­fii i innych mate­ria­łów dowo­do­wych bez powia­do­mie­nia samych poszko­do­wa­nych — ofiar lub ich rodzin. Tym bar­dziej, że bez ory­gi­na­łów tych doku­men­tów, doma­ga­nie się jakie­go­kol­wiek zadość­uczy­nie­nia ze strony spraw­ców nie jest dziś moż­liwe; więk­szo­ści dowo­dów nie da się odtwo­rzyć, a świad­ko­wie tych zda­rzeń prze­waż­nie zmarli. Nie wyjdą więc nigdy na jaw oko­licz­no­ści zamor­do­wa­nia przez Niem­ców 11 Pola­ków w Dme­ni­nie k/Radomska, w lipcu 1942 roku; roz­strze­la­nia 20 Pola­ków w Olku­szu w lipcu 1940 roku; zbrodni popeł­nio­nych w obo­zie jeniec­kim w Kró­lewcu, czy mor­derstw doko­na­nych w latach 1943 –45 przez gestapo w Tucholi. Akta tych, jak i tysięcy innych spraw zostały w latach 70., w cało­ści prze­ka­zane do Ludwigs­burga. Ofiary nie otrzy­mają satys­fak­cji, nie mówiąc o zadość­uczy­nie­niu.
O ile strona nie­miecka od początku chro­niła zbrod­nia­rzy, spraw­ców, o tyle pol­skie wła­dze pań­stwowe, nie zatrosz­czyły się nawet o ele­men­tarny inte­res ofiar. W PRL takie postę­po­wa­nie było normą. Dziwi jed­nak tole­ro­wa­nie go w III RP.
 – Pol­ska może być dumna z tego co zro­biła! – powie­dział Wprost prof. Witold Kule­sza – Otrzy­ma­li­śmy za współ­pracę z Ludwigs­bur­giem same pochwały, m.in. od Fritza Bau­era, jed­nego z nie­licz­nych pro­ku­ra­to­rów naprawdę ści­ga­ją­cych zbrod­nia­rzy nie­miec­kich.
Na pyta­nie, dla­czego ani Rosja­nie, ani Fran­cuzi z Ludwigs­bur­giem nie współ­pra­co­wali, prof. Kule­sza odpo­wiada:
 – Bo oni nie mają tego w zwy­czaju. Przy­kła­dem może być cał­ko­wite utaj­nie­nie liczą­cych grubo ponad 50 lat akt katyń­skich.
A dla­czego nie mają w zwy­czaju? Na to pyta­nie prof. Kule­sza nie potrafi odpo­wie­dzieć. A prze­cież posia­da­jąc w ręku ory­gi­nały dowo­dów winy, nie­mieccy pro­ku­ra­to­rzy mogli śledz­two prze­wle­kać, zwle­kać ze skła­da­niem wnio­sków. I to robili.
 – Prawdą jest, że Niemcy nie pałali żądzą ści­ga­nia zbrod­nia­rzy – przy­znaje sam prof. W. Kule­sza – mimo wszystko to dobrze, że im pomo­gli­śmy.
A więc wąt­pliwa ta współ­praca. Wąt­pliwe zaszczyty jakie nas za nią spo­tkały. Prof. Kule­szy to nie zraża, nadal jest za współ­pracą z Ludwigs­bur­giem. Wręcz do niej zachęca. W 2005 roku pra­cow­nicy IPN otrzy­mali pod­pi­saną przez niego notatkę służ­bową, w któ­rej ape­luje o pomoc dla Cen­trum w Ludwigs­burgu „w związku z ten­den­cjami likwi­da­cyj­nymi tej insty­tu­cji”. Innymi słowy, cho­dzi o wysy­ła­nie do Ludwigs­burga jak naj­więk­szej ilo­ści akt, gdyż w prze­ciw­nym razie cen­trum zosta­nie zamknięte. Nie zraża go niska sku­tecz­ność współ­pracy z Niem­cami, prze­ja­wia­jąca się zni­komą karal­no­ścią spraw­ców; w latach 1959 – 69 ska­zano w RFN za zbrod­nie hitle­row­skie 320 osób, w następ­nej deka­dzie już tylko 189 osób, w do końca lat 1980. jedy­nie 33 osoby. W uzna­niu zasług dla współ­pracy pol­sko – nie­miec­kiej prof. Kule­sza zapra­szany jest czę­sto do RFN na wykłady, pre­lek­cje, ostat­nio został także nagro­dzony meda­lem przyjaźni.

Foul play?

W związku z podej­rze­niami o brak pod­stawy praw­nej do prze­ka­zy­wa­nia mate­ria­łów, o nie­dbal­stwo, a także naru­sze­nie przez pań­stwo pol­skie prawa, naczel­nik Antoni Kura wraz z pod­le­głym mu pro­ku­ra­to­rem, Lucja­nem Nowa­kow­skim, zwró­cili się w kwiet­niu 2005 roku do ówcze­snego dyrek­tora IPN, prof. Leona Kie­resa z wnio­skiem o doko­na­nie oceny sytu­acji, a także wyja­śnie­nie jej przy­czyn. Zarówno prof. Kule­sza, jak i dr Kura są zda­nia, że trudno podej­rze­wać, iż prze­ka­zy­wa­nie ory­gi­na­łów akt do Ludwigs­burga miało cha­rak­ter kry­mi­nalny, stąd podej­rze­wa­nie kogo­kol­wiek o korup­cję, szpie­go­stwo czy inną foul play jest abso­lut­nie wyklu­czone. Gwa­ran­tem uczci­wo­ści dzia­ła­nia GKBZH, miałby być jej wie­lo­letni prze­wod­ni­czący, prof. Cze­sława Pili­chow­ski, „który by nie mógł na coś takiego pozwo­lić”.
 – A poza tym, skąd by Niemcy wzięli pie­nią­dze na prze­ku­pie­nie pol­skich archi­wi­stów? – pyta z roz­bra­ja­jącą szcze­ro­ścią prof. Kule­sza.
Mimo to, naj­pierw pre­zes IPN, Leon Kie­res, a póź­niej sam Witold Kule­sza powo­łali komi­sje do zba­da­nia oko­licz­no­ści utraty doku­men­tów. Jej spo­strze­że­nia i wnio­ski zostały prze­ka­zane mini­strom spra­wie­dli­wo­ści, naj­pierw Andrze­jowi Kal­wa­sowi (SLD), póź­niej Zbi­gnie­wowi Zio­bro (PiS). Pierw­szy z nich w piśmie z 5 lipca 2005 pocie­sza pre­zesa IPN, że utrata doku­men­tów „nie ma miej­sca”, że prze­cież „ory­gi­nał akt i dowody rze­czowe (…) pod­le­gają zwro­towi, chyba że organ wysy­ła­jący się tego zrzek­nie” oraz, że „nic nie sprze­ci­wia się wystę­po­wa­niu o zwrot doku­men­tów”. W podob­nie opty­mi­stycz­nym tonie utrzy­mane jest pismo mini­stra Zio­bro, z dnia 12 stycz­nia 2006. Przy czym mini­ster Zio­bro zachęca dodat­kowo do „odtwa­rza­nia zagi­nio­nych doku­men­tów”.
Tym­cza­sem akta zostały stra­cone na dobre. Na jaką­kol­wiek prośbę czy choćby suge­stię ich zwrotu, Ludwigs­burg naj­pierw reago­wał roz­kła­da­niem rąk w geście bez­sil­no­ści, dziś już tylko reaguje znie­cier­pli­wie­niem: „Nie pisz­cie do nas! Akt już w Ludwigs­burgu nie ma”! A gdzie są? Tego wła­ści­wie nikt nie wie. Dyrek­tor nie­miec­kiej Cen­trali, dr Joachim Reidel w piśmie do IPN suge­ruje, że część ich może się znaj­do­wać w archi­wach Bun­de­sar­chiv w Koblen­cji, Fry­burgu, Ber­li­nie czy jesz­cze gdzie indziej. Pewna ilość została naj­praw­do­po­dob­niej znisz­czona, uległ bowiem przedaw­nie­niu okres ich prze­cho­wy­wa­nia. Co z resztą? Nikt tego nie wie. Co gor­sza, nikt tego nie chce wie­dzieć. Rów­nież moje kil­ka­krotne próby połą­cze­nia się z sekre­ta­ria­tem Cen­trali zakoń­czyły się fia­skiem.
 – Jeśli w całej tej spra­wie mie­li­śmy wyłącz­nie do czy­nie­nia z uży­cze­niem akt dla dobra nie­miec­kiego śledz­twa, jak zapew­nia Cen­trala w Ludwigs­burgu – powie­dział Wprost prof. San­dor­ski – to czym prę­dzej należy się zwró­cić do strony nie­miec­kiej o ich zwrot. W przy­padku, gdyby strona nie­miecka, z jakichś powo­dów zwrotu odmó­wiła, trzeba wystą­pić do sądu o odszko­do­wa­nie. Innego wyj­ścia nie ma”.
Marna to pocie­cha, ale być może takie sta­no­wi­sko zmo­ty­wuje Niem­ców do ener­gicz­niej­szego dzia­ła­nia. W prze­ciw­nym razie, trudno się dzi­wić, że Eryka Ste­in­bach obar­cza Pola­ków współ­od­po­wie­dzial­no­ścią za tra­ge­dię Niem­ców, a zachod­nie media piszą o pol­skich obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych, zarzu­ca­jąc Pola­kom współ­pracę z nazi­stami, a zwłasz­cza współ­udział w zbrodni holo­kau­stu. Nie posia­da­jąc dowo­dów, nie potra­fimy się nawet przed tymi zarzu­tami bronić.

Jan M. Fijor
„Wprost” 2006-05-03

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Komentarzy: 7

  1. Jeneral Kiszczak pisze:

    Za PRL-u byli­smy glupi i teraz tez nic nie wska­zuje, ze jeste­smy lepsi.

  2. Kolendo pisze:

    I dla­tego tak chet­nie odda­jemy w rece pan­stwa swoje eme­ry­tury, zdro­wie, bez­pie­czen­stwo, porza­dek, a nawet maja­tek. Czy ten narod nie ma instynktu samo­za­cho­waw­czego? Podobno jeste­smy nie­po­praw­nymi indy­wi­du­ali­stami.
    wk

  3. Jarema pisze:

    A ja mysle, Panie Kolendo, ze wcale nie jeste­smy nie­po­praw­nymi indy­wi­du­ali­stami, bo gdy­by­smy nimi byli, to nie dali­by­smy sie pro­wa­dzic jak stado odda­jac te swoje eme­ry­tury, zdro­wie, czy maja­tek w rece opie­kuna tj. pan­stwa. Z bez­pie­czen­stwem to juz jest ina­czej. Tutaj role powinno spra­wo­wac pan­stwo, jak row­niez i usta­lony zakres do utrzy­my­wa­nia porzadku publicz­nego. Bo jak nie, to bedzie to instna anar­chia. Zapewne pozwo­le­nie na posia­da­nie broni powi­nien miec kazdy, przy zdro­wym umy­sle, bo w przy­pad­kach naglych naj­cze­sciej nie ma czasu nawet, zeby zawo­lac poli­cje, aby ura­to­wac zycie zycie np. przed wla­my­wa­czem z bro­nia w reku. Row­niez pewne prawne zasady utrzy­my­wa­nia porzadku publicz­nego konieczne, cho­cia­zby prze­strze­ga­nie prze­pi­sow dro­go­wych. Gdy­by­smy byli nie­po­praw­nymi indy­wi­du­ali­stami, to zro­zu­mie­li­by­smy na czym polega praw­dziwa wol­nosc indy­wi­du­alna, a nie jakas tam spo­leczna, kolek­tywna, naro­dowa. Prze­cie spo­le­czen­stwo czy narod, to zbior jed­no­stek i te sa bytem nama­cal­nym a nie jakies kupy spo­le­czene w postaci gejow, les­bi­jek czy lewo­recz­nych. Tym tez sie naleza rowne prawa, ale tylko i wylacz­nie te indy­wi­du­alne, a nie spe­cjalne (do daze­nia do szcze­scia row­niez). Gdy­by­smy byli takimi nie­po­praw­nymi, to stwo­rzy­li­by­smy kon­sty­tu­cje, ktora bro­nila by praw jed­nostki do zycia, prawa do daze­nia do szcze­scia (nie gwa­ran­to­wa­laby jed­nak szcze­scia w postaci uty­tu­lo­wan z powodu uro­dze­nia, czy czlo­wie­czen­stwa, jak np. prawo do edu­ka­cji, czy opieki zdro­wot­nej) Kon­sty­tu­cja taka gwa­ran­to­wala by wol­nosc slowa, a przede wszyst­kim, gwa­ran­to­wa­laby prawo do wla­sno­sci, w kto­rym to Pra­wie, nasze zarobki, nasze dochody bylyby chro­niona przez pan­stwo war­to­scia. Odbie­ra­nie wla­sno­sci podat­kami, tary­fami czy infla­cja byloby pogwal­ca­niem kon­sty­tu­cyj­nych praw do wla­sno­sci. Straj­ko­wa­nie na tere­nie czy­jejs wla­sno­sci tj. fabryki wla­sci­ciela czy kor­po­ra­cji byloby row­niez pogwal­ce­niem kon­sty­tu­cyj­nych praw do wla­sno­sci. A tak, to jako narod, jako kupy spo­leczne to lubimy sie spusz­czac na Opie­kuna rza­do­wego, na par­tie, na ide­olo­gie, na ksie­dza Rydzyka, Walese, czy inna jakas stara zakon­nice, ktora wyj­dzie nam na prze­ciwko z rze­koma pomoca zba­wie­nia nas. Nie powiem, spusz­cza­nie sie nie jest zle, ale tylko wtedy jezeli bedzie wybior­cze, w/g ocen indy­wi­du­al­nych, bo jak nie to orgia bez­my­sl­nego, naro­do­wego tj. gru­po­wego Hedo­ni­zmu, co qurna spra­wia ucie­che, no bo do tego nie potrzeba nad­wy­re­zac sie glow­ko­wa­niem. Moze tutaj bym sie sko­ry­go­wal, bo wszakze indy­wi­du­alizm, to prze­ciez nie jakis tam prag­ma­tyczny pomy­slu­nek. Indy­wi­du­alizm jest filo­zo­fia i aby mial miej­sce, aby prze­ko­ny­wal, aby sie mogl bro­nic to musi miec row­niez i swoja ide­olo­gie, wyra­zona w moral­no­sci, w etyce, w este­tyce tj. w sztuce, w teo­rii pozna­nia w meta­fi­zyce, ale tylko w takiej z odnie­sie­niem do fak­tow, do ota­cza­ja­cej nas rzeczywistosci(bez neu­ro­tycz­nych misty­cy­zmow). Aby zache­cac, aby prze­ko­ny­wac do filo­zo­fii, do moral­no­sci, do etyki, do poli­tyki, do eko­nomi indy­wi­du­ali­zmu potrzeba znacz­nie wie­cej, ale to juz jest rola indy­wi­du­ali­stycz­nej, ochot­ni­czej edu­ka­cji. Bedzie row­niez potrzebna dobra fik­cja, ktora jak powie­dzial Ary­sto­te­les, jest wazniej­sza od histo­rii natu­ral­nej, bo powiesc natu­ralna poka­zuje czlo­wieka jakim byl a powiesc fik­cyjna pokaze czlo­wieka jakiego nie ma, jakiego nie bylo, a jaki moglby byc i jaki powi­nien byc. To takich ponie­dzial­ko­wych mysli kilka. Przy­jem­nej wio­senki. Jarema

  4. Winston Churchill pisze:

    Jak barany, mocno powie­dziane” bez wzgledu, to pan­ski arty­kul spo­wo­do­wal duze zamie­sza­nie. Wciaz go prze­ka­zuje dalej bo to naro­dowa koniecz­nosc i SPRAWA HONORU, ksiazki napi­sa­nej o Dywi­zjo­nie 303 Kosciusz­kow­skim, o Zapo­mnia­nych Boha­te­rach II Wojny Swia­to­wej autor­stwa Lynne Olson i Stan­ley Cloud wlacz­nie.
    Win­ston Chrur­chill powie­dziel cho­ciaz nie spel­nil, ze
    Jeden jest prze­wod­nik, ktory pomoga naro­dowi dotrzy­mac slowa i wypel­niac zobo­wia­za­nia wobec sprzymierzencow.Tym prze­wod­ni­kiem jest honor

  5. Jan M. Fijor pisze:

    Nie­stety, jak dotad pies z kulawa noga nie zain­te­re­so­wal sie pro­ble­mem. Moim zda­niem to co wie­cej niz honor, to pan­stwo pozba­wia nas ele­men­tar­nego bez­pe­iczen­stwa. Mimo iz tak sobie slono liczy za swoje ist­nie­nie. Z powa­za­niem Jan M Fijor

  6. Winston Ch. pisze:

    Tak, ma Pan sluszna racje, to przede wszyst­kim sprawa bez­pie­czen­stwa. I za takie wla­snie bez­pie­czen­stwo kaza sobie slono pla­cic. No ale na zmiany potrzeba pocze­kac, zeby spo­le­czen­stwo doj­rzalo. Ale gdyby tak zyto na make i do mlyna tyle lat doj­rze­walo to mozna sobie wyobra­zic. Z pew­no­sci ist­nieje cus takiego jak przy­czyna i sku­tek. Przy­czyna jest, a sku­tek moze jesz­cze nie na hory­zon­cie, ale przyj­dzie z pew­no­scia. Taka jest wla­snie roz­nica pomie­dzy pryn­cy­pial­nym mysle­niem, a prag­ma­tycz­nym mysle­niem. A Polacy uwiel­biaja sie poslu­gi­wac mod­nym zawsze prag­ma­ty­zmem. Cho­ciaz jak trza to poim­pro­wi­zo­wac nie zaszko­dzi. Byleby to byla impro­wi­za­cja doryw­cza i chwi­lowa, w przy­pad­kach naglych. No ale z tymi doku­men­tami, to byl kom­pletny brak wyobra­zni, albo ktos spory za to szmal wzial. Czy sie kie­dy­kol­wiek o tym dowiemy? Watpie.

  7. małgorzata lis pisze:

    Skan­dal .….…..

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*

Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts