Środek Afryki środkowej (V)

Podróż do Burundi cz. II

Zna­le­zie­nie hotelu Ama­horo (co zarówno w obo­wią­zu­ją­cym w Burundi języku kirundi, jak i po kiny­ar­wan­dyj­sku zna­czy „pokój”, ale nie hote­lowy, tylko ten „mię­dzy­na­ro­dowy”) nie było trudne. Co prawda, ilość flag i pro­por­czy­ków powie­wa­ją­cych przed wej­ściem wydała mi się podej­rza­nie duża, ale na pyta­nie, czy są wolne pokoje, recep­cjo­ni­sta odparł niespeszony:

- Chyba tak, zaraz sprawdzę.

I spraw­dzał ze 40 minut aż Bujum­burę zasnuła sadza rów­ni­ko­wej  nocy, bo w mie­ście nie ma latarń ulicz­nych, po czym rzekł:

-  Sorry, mamy wszystko zajęte, bo jest u nas kon­gres tre­ne­rów od bad­ming­tona. Musisz sobie zna­leźć jakieś inne lokum – powie­dział z uśmiechem.

- A gdzie mogę znaleźć?

Roz­ło­żył ręce w debil­nym geście bez­rad­no­ści, odda­jąc się roz­ko­szy oglą­da­nia meczu Inter — Napoli.

Jestem wście­kły, bo prze­cież to wła­śnie czu­łem od samego początku. Zmar­no­wa­łem tyle czasu, żeby się dowie­dzieć tego, co raczej było jasne. Guesthouse’u u Angli­ka­nów nie zna­la­złem, a raczej prze­sta­łem go szu­kać, pod­da­jąc się po tym, jak o mały włos nie wpa­dłem w nie­osło­nięty, nie ozna­ko­wany rów głę­bo­ko­ści dwóch metrów, który podobno służy do odpro­wa­dza­nia wody w cza­sie ulewy. W porze suchej można w nim skrę­cić kark, w porze desz­czo­wej można utonąć.

Z każdą minutą syl­wetka kate­dry ginie w cze­lu­ściach szybko nad­cho­dzą­cego zmroku. Kie­ruję się jed­nak w stronę smu­kłej wieży zakoń­czo­nej nie­wiel­kim krzy­żem, licząc na to, że kogoś pobliżu świą­tyni spo­tkam, kto pomoże mi zna­leźć sie­dzibę misjo­na­rzy. Innego pomy­słu na zna­le­zie­nie noc­legu w Bujum­bura już nie mia­łem, bo w mojej sytu­acji innego pomy­słu po pro­stu nie było. Zresztą następ­nego dnia dowie­dzia­łem od O. Pawła, pol­skiego misjo­na­rza ze Zgro­ma­dze­nia Kar­me­li­tów Bosych, że nawet Robert Mazu­rek, dzien­ni­karz i podróż­nik sły­nący z nie­za­leż­no­ści i indy­wi­du­ali­zmu korzy­stał z noc­legu u misjo­na­rzy. Jazda nocą do Club Tan­ga­nika Hotel jest zbyt ryzykowna.

Komary

Bujum­bura poło­żona jest o ponad 700 metrów niżej niż Kigali (ok. 1480 m n.p.m), a co gor­sza, leży nad potęż­nym jezio­rem Tan­ga­nika, które pod wzglę­dem głę­bo­ko­ści (Tan­ga­nika ma 1435 metrów) ustę­puje tylko naj­więk­szemu zbior­ni­kowi słod­kiej wody, jakim jest jezioro Baj­kał (1680 metrów). Z tych dwóch powo­dów w Bujum­bura jest gorę­cej i wil­got­niej niż w Kigali, a to są wyma­rzone warunki do lęgu chmar paskud­nych moski­tów, które swą naj­więk­szą aktyw­ność osią­gają wła­śnie wie­czo­rem. Wte­dym, kiedy ja szu­ka­łem noclegu.

Nie­wielu podróż­ni­ków potrafi sta­wić czoła temu okrop­nemu i co tu ukry­wać, nie­bez­piecz­nemu stwo­rze­niu, które w naj­lep­szym razie jest w sta­nie zatruć naj­pięk­niej­szą wyprawę czy przy­godę. Skar­żył na nie Ryszard Kapu­ściń­ski, skar­żyl Tony Halik, nawet nie­ustra­szony Arkady Fie­dler miał z ich powodu kło­poty zdro­wotne. Mnie komary zatruły nie­jedną noc na wyspie Hol­box, rejs po rzece Igu­azu i w dżun­glach Panamy, przez nie zre­zy­gno­wa­łem z wyprawy po wschod­nim Hon­du­ra­sie, ogra­ni­cza­jąc pene­tra­cję Goa do abso­lut­nego mini­mum. Nie mam na nie siły. Nie jestem w sta­nie ich znieść, zwłasz­cza w tro­pi­kalną noc, gdy krąży mi taki jeden nad uchem i bzyka. Żyć mi się wtedy nie chce. Dostaję ner­wów, a to jesz­cze sytu­ację pogar­sza. Zresztą nie muszę wcale nigdzie jechać. Dopadną mnie wszę­dzie, nawet późną jesie­nią w Tatrach. Swo­istym rekor­dem było uką­sze­nie mnie przez zabłą­ka­nego komara w śnieżną listo­pa­dową noc w Chi­cago. Pew­nym ratun­kiem stały się dla mnie ostat­nio repe­lenty w pły­nie, który roz­py­lane są przy pomocy zmyśl­nego urzą­dze­nia pod­łą­czo­nego do kon­taktu, ale pod­daję się bez­rad­nie, gdy jestem w Bujum­bura, Aguas Calien­tes, czy Che­tu­mal, gdzie aku­rat prąd ele­tryczny wyłą­czono. Mocno rekla­mo­wana, bel­gij­ska Mugga, o któ­rej dalej napi­szę nieco wię­cej w warun­kach afry­kań­skich zupeł­nie się nie sprawdza.

Nie trudno zro­zu­mieć, dla­czego od lat obser­wuję zacho­wa­nie się tych „dra­pież­ni­ków”, jestem nawet auto­rem swo­jej pry­wat­nej teo­rii na ich temat. I to teo­rii nie byle jakiej. Moja teo­rii, kilka mie­sięcy temu, została potwier­dzona przez uczo­nych bry­tyj­skich. Wyja­śnia ona, dla­czego w sytu­acji, gdy jest w pobliżu setka osób do kąsa­nia, one wła­śnie pastwią się nade mną. Bo jestem wybit­nie ulu­bio­nym obiek­tem ata­ków koma­rów. Wystar­czy, że w jakimś pomiesz­cze­niu będzie jeden komar i tuzin osób, jedyną którą zaata­kuje będę ja.

Dla­czego wła­śnie ja? Dla­czego komary wolą jed­nych ludzi od innych? Moim zda­niem, wynika to z cha­rak­teru czło­wieka. Ludzie łatwiej pod­da­wani stre­som, potocz­nie zwani bar­dziej „ner­wo­wymi”, wydzie­lają coś, co te małe bestie są w sta­nie dosko­nale zlo­ka­li­zo­wać i posma­ko­wać. Komary bowiem mają wyjąt­kową zdol­ność roz­po­zna­wa­nia zapa­chów. Spo­śród tych, które potra­fią roz­po­znać, naj­sym­pa­tycz­niej­szy wydaje im się wła­śnie zapach wydzie­lany przez osoby nie­spo­kojne, pod­nie­cone, bar­dziej pobu­dliwe niż inni.

Zapro­szono mnie kie­dyś na pik­nik na rzece La Plata w oko­li­cach Buenos Aires. Przed przy­jaz­dem na jacht, któ­rym tam popły­nę­li­śmy ktoś mnie w hotelu okradł. Byłem tym fak­tem wyjąt­kowo zbul­wer­so­wany, gdyż wśród skra­dzio­nych przed­mio­tów był obiek­tyw do apa­ratu. Na wyspie byłem świad­kiem, jak chmary, ale dosłow­nie, stada koma­rów bez­kar­nie owie­wały zapro­szo­nych, gry­ząc wyłącz­nie mnie. Ten stres, może adre­na­lina, czy jakieś inne sub­stan­cje che­miczne wydzie­lane przez osoby pobu­dzone to ulu­bio­nych ich pokarm.

Uczeni z labo­ra­to­rium Rotham­sted Rese­arch z Wiel­kiej Bry­ta­nii potwier­dzili ten wnio­sek, eks­tra­hu­jąc spo­śród setek związ­ków wydzie­la­nych przez ciało czło­wieka kilka sub­stan­cji,  które moski­tom szcze­gól­nie sma­kują. Gros z nich powstaje w wyniku reak­cji stre­so­wej orga­ni­zmu. Prze­cież, ja to wła­śnie odkry­łem w 1984 roku na wysepce na La Placie.

Leci sobie taki komar i wącha. Wystar­czy, że kom­po­zy­cja zapa­chowa danej osoby różni się od kom­po­zy­cji innych wła­śnie o ten jeden czyn­nik stre­sowy, on pod­la­tuje i zaczyna kąsać, czyli wypi­jać krew. Nie wystar­czy mu, że paso­ży­tuje na moim życio­daj­nym pły­nie, że naraża mnie na nie­wy­godę i cho­roby, to na doda­tek zosta­wia po sobie bole­sny ślad, który mnie swę­dzi od kil­ku­na­stu minut do kil­ku­na­stu godzin.

Komar, mając do wyboru kilku ludzi, z któ­rych wszy­scy pachną mniej wię­cej jed­na­kowo “spo­koj­nie”, wybiera na chy­bił tra­fił. Jeśli jed­nak jest w pobliżu ner­wus, ata­kuje jego. Nie trudno zro­zu­mieć, dla­czego moskity mając do wybory tysiące zwie­rząt, pta­ków, gry­zoni, pła­zów i innych poten­cjal­nych dostaw­ców pokarmu, chęt­niej wybie­rają czło­wieka. Naj­lep­szy dowód, że nie ani krowa ani hiena nie cho­rują na mala­rię, a czło­wiek tak. O ludz­kim, a wła­ści­wie nie­ludz­kim wkła­dzie w tę ciężką cho­robę w kolej­nym odcinku afry­kań­skiej przygody…

Jan M Fijor

www.fijor.com

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Komentarzy: 8

  1. Radek Olszak pisze:

    Witam Pana.

    Pozwo­li­łem sobie napi­sać komen­tarz na maila, ponie­waż ostat­nio
    zamie­ści­łem komen­tarz pod jed­nych z pierw­szych wpi­sów opi­su­ją­cych Pań­ską afry­kań­ską przy­godę i nie­stety komen­tarz nie został zamiesz­czony. Pro­szę o spraw­dze­nie sys­temu komen­ta­rzy czy wszystko jest ok ze strona:).

    Chciał­bym poru­szyć temat koma­rów i postać pol­skiej podróż­niczki Kingi Choszcz. Nie­stety zmarła na mala­rię w Gha­nie w 2006 roku. Jest to naprawdę wspa­niała postać i zachę­cam pana do zapo­zna­nia się z
    jej doko­na­niami. Kinga wraz ze swoim chło­pa­kiem w 1998 roku wyru­szyła w podróż auto­sto­pem
    dookoła świata. Podróż trwała 5 lat i podróż­nicy odwie­dzili prak­tycz­nie wszyst­kie kraje
    świata oprócz kon­ty­nentu afry­kań­skiego. Kinga pro­wa­dziła dzien­nik i pra­wie każdy dzień ich podróży jest opi­sany i dostępny w inter­ne­cie na stro­nie http://www.geocities.com/kingachopin/ dział pamięt­nik kingi. Przy­gody które są tam opi­sane są popro­stu nie­by­wałe. Kinga była bar­dzo dobrą osobą , nie­zwy­kłą ‚ze wspa­nia­łym sto­sun­kiem do świata i bar­dzo cie­ka­wie wszystko opi­suje.
    Wyszła też książka „Pro­wa­dził nas los”. Ja książki nie czy­ta­łem do tej pory. Ale podej­rze­wam że w książce sa popro­stu frag­menty z pamięt­nika dostęp­nego na stro­nie.
    Kinga po powro­cie ze swo­jej wiel­kiej 5 let­niej podróży, w 2006 roku wybrała się do Afryki.
    Tam prze­mie­rzyła saharę na wiel­błą­dzie i wyku­piła z „nie­woli” dziew­czynkę w chyba Mali.
    I razem z dziew­czynką wybrała się do Ghany. Dziew­czynka wró­ciła do rodziny. A kinga nie­stety zacho­ro­wała na mala­rię mózgową i po 2 tygo­dnio­wym poby­cie w Gha­nie zmarła.
    Rodzina kingi powo­łała do życia fun­da­cję free spi­rit. Która to fun­da­cja pomaga dzie­ciom z Moree. Miasteczku(w Gha­nie) ‚z któ­rego pocho­dzi ta ura­to­wana przez Kingę dziew­czynka.
    Stwo­rzyli biblio­tekę, opła­cają edu­ka­cję dla dzieci(szkoły są płatne). Chyba zaku­pili tam kawa­łek ziemi i chyba będzie budo­wana (lub już jest) szkoła dla dzieci.
    Wie­cej pod stro­nami http://www.fundacjafreespirit.pl –fun­da­cja http://www.kingafreespirit.pl/ –pod­roz kingi do afryki Ja oso­bi­ście ze wzglę­dów finan­so­wych za wiele nie podró­żo­wa­łem, ale wspa­niale jest wir­tu­al­nie podró­żo­wać czy­ta­jac w inter­ne­cie lub książ­kach
    opisy z podróży. Przy­kre jest to ‚że cza­sami za reali­za­cję swo­ich marzeń trzeba zapła­cić
    naj­więk­szą cenę. Panie Janie, Pro­szę więc uwa­żać na komary i wystrze­gać się obsza­rów
    „bar­dzo” malarycznych.

    Uści­ski dłoni
    Radek Olszak

  2. Jan M. Fijor pisze:

    Po lek­tu­rze dzien­nika Kingi aż się dalej pisać nie chce.
    Pozdrawiam

    Jan M Fijor

  3. Marek T pisze:

    Niech pan nie będzie taki skromny. Czy­ta­łem pań­skie repor­taze podróż­ni­cze z Ame­ryki Polu­nio­wej w chi­ca­gow­skim „Relak­sje” i chyba takim pismie kobie­cym, Kobieta czy moze Kobieta i zycie. pamie­tam, jak pan wycia­gal jakie­gos Polaka z wie­zie­nia.
    Ja na komary mam jeden spo­sob; pale w pokoju swia­tlo cala noc. Pomaga.

    Szcze­sli­wej pod­rozy
    Marek (Palo Alto, USA

  4. Jan M Fijor pisze:

    Swoją drogą, jakie my w Pol­sce mamy marne media. Prze­cież w USA taka Kinga mia­laby w NYT, ABC a namar­niej w ogól­no­kra­jo­wym radio swoją audy­cję ze świata. Wczo­raj prze­czy­ta­łem w jakimś kra­jo­wym dzien­niku wstrzą­sa­jący, ale za to obszerny arty­kuł o tym, że jakiś poseł zamie­rza odcho­dzic z PiS, a także, że w Gór­niku Kozia­wólka zmie­niono tre­nera piłki noż­nej. Pła­kać się chce! Żad­nego wyczu­cia. A może czy­tel­ni­ków takie pamięt­niki i podróże nie interesują?

    Pozdra­wiam z Goma (Kongo)

  5. Radek pisze:

    Ja jak zna­la­złem tą stronę Kingi i Cho­pina w 2004 roku to byłem naprawdę byłem pod wielki wra­że­niem ich podróży. Napewno jest w świe­cie wielu podróż­ni­ków „back­pac­ke­row”. Ale to co oni zro­bili jest naprawdę nie­zwy­kłe. Podróż przez 5 lat. Prak­tycz­nie bez więk­szych pie­nię­dzy. Mieli limit i wyda­wali tylko 4 dolary dziennie.(chyba na osobę)
    Podró­żo­wali wie­rząc w dobry los i przy­chyl­ność ludzi. Noco­wali u osob przyj­mu­ją­cych za darmo podróż­ni­ków (orga­ni­za­cja servas teraz jest np. http://www.couchsurfing.com) ‚lub popro­stu pod chmurką. Faj­nego stopa zła­pali z chi­cago na florydę.Płyneli ze star­szym panem łodzią kana­łami i rze­kami przez stany. Cie­ka­wie im też się tra­fił stop z nowej zelan­dii do austra­lii przez wyspy pacy­fiku (jach­tem). Oni podró­żo­wali bez zegarka ‚na luzie. Przedew­szyst­kim sta­rali się o kon­tatky z ludzmi a nie zali­cze­nie wszyst­kich tury­stycz­nych „miej­scó­wek”.
    Myslę ‚że w przy­padku podróży Kingi do Afryki tro­chę zabra­kło czuj­no­ści i zdro­wego roz­sądku. Miała taką filo­zo­fię ‚że nie robiła sobie szcze­pień ani nie brała leków prze­ciw­ma­la­rych. Może podró­żu­jąc długo nie byłoby ja stać na leki np prze­ciw­ma­la­ryczne. Chyba 200zł za 10 table­tek. Jedna tabletka na dzień. Poza tym dłu­żej bio­rąc takie leki to wykań­cza orga­nizm.
    A do mediów to zga­dzam się z panem Fijo­rem. Słu­cham cza­sami radia Tok Fm. Poziom dzien­ni­kar­stwa jest tam żenu­jąco niski. Cham­stwo ‚buta szy­dze­nie z kościoła, pre­zy­denta, Pisu.
    Ostat­nio było prze­za­baw­nie. Pan Cezary Łasiczka zapro­sił do audy­cji eks­perta od Savoir-vivre. Eks­pert mówił ‚że jest w złym tonie mówić o oso­bie duchow­nej na „Pan”. Ponie­waż zazwy­czaj tytu­łuje się osobę zgod­nie z peł­nioną przez nią funk­cją. Prze­za­baw­nie było ponie­waż panu Ceza­remu Łasiczce czę­sto zda­rza się tytu­ło­wać osoby duchowne na Pan. Jakaś podwójna moral­ność bije od tych panów dzien­ni­ka­rzy i stron­ni­czość.
    Ostat­nio też zabrało się kilku dzien­ni­ka­rzy. Bie­żące roszady i roz­grywki w Pisie i Plat­for­mie roz­trzą­sali przez godzinę czy dłu­żej. Na boga kogo to inte­re­suje poza samymi dziennikarzami?

  6. Kamil Przeorski pisze:

    Czy­ta­jąc te rela­cje Twoje Janku i Kingi, aż chce się żyć. Świat jest piękny;)

  7. Gerard Boehnke pisze:

    Inte­re­suje sie Kigali i Ruandą .
    Gdzie znajdę aktu­alne infor­ma­cje o tym mie­ście i kraju ?

  8. Jan M. Fijor pisze:

    Naj­wię­cej infor­ma­cji znaj­dzie pan na http://www.lonelyplanet.com
    Można się­gnąć po pismo misjo­na­rzy Pal­lo­ty­nów, Posy­łam was.
    Ostrze­gam, że nie będzie łatwo. Jaka­kol­wiek wygoda czy wyż­szy stan­dard bez­pie­czen­stwa kosz­tuje mają­tek. W budyn­kach zgro­ma­dzeń misyj­nych zna­leźć można tanie i bez­pe­iczne lokum, a także życz­li­wych ludzi i radę.
    Dal­szy ciąg przy­gód wsta­wię w miarę wol­nego czasu.

    Dosiego Roku! W 2010 pole­cam Afrykę subsaharyjską.

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*