Stopa na oku

Przy­jęty przez NBP „cel infla­cyjny” w wyso­ko­ści 2,5 pro­centa rocz­nie uwa­żany jest w świa­do­mo­ści publicz­nej jako coś pożą­da­nego. W rze­czy­wi­sto­ści jest to zezwo­le­nie na zra­bo­wa­nie nam w skali jed­nego poko­le­nia ponad połowy majątku.

Obci­na­nie palców

Cel infla­cyjny, to mak­sy­malna wiel­kość infla­cji, jaką wła­dze mone­tarne, czyli Rada Poli­tyki Pie­nięż­nej i Naro­dowy Bank Pol­ski gotowe są akcep­to­wać. Zda­niem carów od pie­nię­dzy, taka infla­cja gwa­ran­tuje wzrost eko­no­miczny bez naru­sze­nia deli­kat­nej rów­no­wagi pie­niężno — ceno­wej. Wła­dze mone­tarne są dumne z sie­bie, jeśli infla­cja zawiera się w gra­ni­cach celu infla­cyj­nego, wyno­szą­cego obec­nie ok. 2,5 pro­cent; to ich zda­niem jesz­cze nie infla­cja i nie ma powo­dów do obaw. To mniej wię­cej tak, jak gdyby lekarz pocie­szał pacjenta cho­rego na cho­robę Buer­gera, który wła­śnie stra­cił pół palca, że bez połowy palca można żyć. I to jest prawda, jed­nakże lekarz zapo­mina, że te pół palca pacjent tra­cić będzie, co roku. Po czte­rech latach zosta­nie mu 18 pal­ców, po 12 latach — 14, a w wieku eme­ry­tal­nym będzie miał tylko dło­nie i kikuty stóp.
Pobłaż­li­wość wobec infla­cji wiąże się z błęd­nym rozu­mie­niem ter­minu infla­cja. W potocz­nym sen­sie, od któ­rego nie stroni nie­stety więk­szość zawo­do­wych eko­no­mi­stów, z aka­de­mi­kami włącz­nie, infla­cja utoż­sa­miana jest ze wzro­stem cen i płac. Rosną ceny ropy naf­to­wej i robią nam infla­cję. Ludzie chcą zara­biać wię­cej, rosną pen­sje – mamy infla­cje. Rośnie cena mie­dzi – rośnie infla­cja. Mało komu przy­cho­dzi do głowy spy­tać: dla­czego te ceny rosną? Co do płac, panuje raczej zgod­ność, płace rosną bo wzro­sły ceny; płace gonią ceny. Lecz za czym w takim razie gonią ceny? Takiego pyta­nia więk­szość eko­no­mi­stów sobie nie sta­wia, bo szu­ka­jąc na nie odpo­wie­dzi musie­liby okryć, że ceny gonią pie­niądz tra­cący na war­to­ści, zna­nej też jako siła nabyw­cza. A dla­czego pie­niądz traci na war­to­ści? Przy­czyn jest kilka, główna jed­nak to nad­miar kre­dytu i pie­nią­dza papie­ro­wego w sto­sunku do majątku, jaki jest przy uży­ciu tego pie­nią­dza kupo­wany i sprze­da­wany, czyli wymieniany.

Na oko

Czy ten nad­miar pie­nią­dza i kre­dytu to jakiś dopust boży? Skądże znowu! Ilość pie­nią­dza w obiegu i poli­tyka kre­dy­towa ban­ków regu­lo­wana jest przez poli­tykę mone­tarną banku cen­tral­nego (czyli rząd). I to ten sam, który z taką ener­gią z infla­cją wal­czy. Głów­nym narzę­dziem słu­żą­cym regu­la­cji jest pro­ce­dura pole­ga­jąca na usta­la­niu przez Radę Poli­tyki Pie­nięż­nej (RPP) poziomu tzw. opro­cen­to­wa­nia bazo­wego, czyli kre­dytu refe­ren­cyj­nego, po jakim naj­lepsi klienci NBP mogą od banku cen­tral­nego poży­czyć pie­nią­dze. Obec­nie wynosi ona 5,25 pro­centa.
Jeśli ceny rosną, RPP uważa, że jest infla­cja i docho­dzi do wnio­sku, że opro­cen­to­wa­nie trzeba pod­nieść. Jeśli ceny spa­dają, opro­cen­to­wa­nie bywa obni­żane. Ponie­waż infla­cja wywo­łana jest spad­kiem siły nabyw­czej pie­nią­dza, a spa­dek nad­mierną ilo­ścią pie­nię­dzy w obiegu, pod­nie­sie­nie stóp pro­cen­to­wych polega na ogra­ni­cze­niu podaży pie­nią­dza. I odwrot­nie, spa­dek stóp to zwięk­sze­nie podaży pie­nią­dza w gospo­darce. Zasada ta mówi o kie­runku poli­tyki mone­tar­nej. Nie mówi jed­nak o wiel­ko­ści zmian, jakich w podaży pie­nią­dza trzeba doko­nać. Nie wia­domo wła­ści­wie skąd Rada Poli­tyki Pie­nięż­nej wie, ile pie­nię­dzy powinno być w obiegu. Nie wie­dział tego nawet jeden z naj­tęż­szych umy­słów od pie­nię­dzy, ame­ry­kań­ski nobli­sta, Mil­ton Fried­man. Naprawdę trudno zgad­nąć jaka powinna być wyso­kość stopy bazo­wej wyznał nie­dawno repor­te­rowi radia TOK FM jeden z wybit­nych człon­ków RPP. I dla­tego stopy bazowe usta­lane są na…oko. Tak naprawdę nikt nie zna ich pra­wi­dło­wej wyso­ko­ści. Jeśli tra­fią w cel infla­cyjny, suk­ces. Jeśli nie tra­fią, rząd pró­buje nadal. Podob­nie po omacku działa pre­zes Banku Rezerwy Fede­ral­nej, zarówno poprzedni Alan Gre­en­span, jak i obecny, Ben Ber­nanke. Iden­tyczne kło­poty ma pre­zes Euro­pej­skiego Banku Cen­tral­nego, Banku Anglii etc. Jedyną insty­tu­cją, która jest bli­ska prawdy w oce­nie poziomu podaży pie­nią­dza — pisał Ludwig von Mises – jest rynek. A rynek to dla poli­tyka wróg.

Zemsta złota

W cza­sach poprze­dza­ją­cych usta­no­wie­nie banku cen­tral­nego w USA, przed rokiem 1913, a nawet do 1933 roku, do kiedy ist­niał tzw. stan­dard złota, rece­sji było mniej i były krót­kie. Rząd nie inter­we­nio­wał, nie obni­żał stóp bazo­wych, zaj­mo­wał się wpraw­dzie dru­kiem pie­nią­dza, ale nie mógł jego ilo­ścią mani­pu­lo­wać. Podaż pie­nią­dza regu­lo­wana była przez rynek i wyno­siła dokład­nie tyle, ile war­tość złota znaj­du­ją­cego się w skarbcu kraju. Pie­nią­dza papie­ro­wego było tylko tyle, by mógł być w każ­dej chwili wymie­niony na złoto. Poli­ty­kom taki mecha­nizm wią­zał ręce, wymy­ślili więc bank cen­tralny, defi­cyty i cele infla­cyjny. Odtąd pie­niądz prze­stał być w ryzach. Za namową nie­ja­kiego Johna May­narda Key­nes złoto uznano za zbędny prze­ży­tek i oddano rzą­dowi prawo decy­do­wa­nia o ilo­ści pie­nię­dzy znaj­du­ją­cych się w obiegu. Na efekty nie trzeba było długo cze­kać. Krach 1929 – 1933, kry­zys 1973 – 74, 1987, 2000 – 2001 i obecny. Mimo prze­ko­na­nia, że poli­tyka mone­tarna jest w sta­nie tak regu­lo­wać podażą pie­nią­dza, że kry­zy­sów nie będzie, każdy kolejny jest głęb­szy i bar­dziej dłu­go­trwały. Pre­lu­dium do każ­dego z nich jest infla­cja. Podob­nie dzieje się od kilku mie­sięcy. Wojna z ter­ro­ry­zmem w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, pań­stwo socjalne w Euro­pie, głę­boki inter­wen­cjo­nizm w Azji spra­wiły, że rządy potrze­bują wię­cej pie­nię­dzy niż mogą ich ode­brać w postaci podat­ków oby­wa­te­lowi. A że nie mogą otwar­cie opo­wia­dać się za infla­cją, two­rzą jej eufe­mi­zmy: infla­cja bazowa, kosz­towa, albo cel infla­cyjny. Tym­cza­sem cel infla­cyjny w wyso­ko­ści 2,5 pro­cent to jed­nak infla­cja. Celem pożą­da­nym nie jest bowiem poziom 2,5 pro­centa lecz…zero! Dopiero wtedy nie ma infla­cji. Przy­po­mnę tylko za Ame­ri­can Col­lege Dic­tio­nary, że infla­cja to „Szko­dliwa eks­pan­sja lub wzrost ilo­ści waluty, wywo­łany w szcze­gól­no­ści dru­kiem pie­nią­dza papie­ro­wego, nie dają­cego się wymie­nić na twardy pie­niądz”. Dla­tego, dla złota nie ma celu infla­cyj­nego. Jeśli ktoś nie wie­rzy niech rzuci okiem na tabele cen żół­tego kruszcu, które jesz­cze trzy, cztery lata temu trak­to­wano jak relikt prze­szło­ści i zabo­bonu, a dziś kosz­tuje ok. 1000 dola­rów za uncję.

Jan M. Fijor
„różne” 2008-02-15

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Komentarzy: 6

  1. makgajwer pisze:

    Pytanie:Jeżeli usta­lono by raz na zawsze stałe opro­cen­to­wa­nie bazowe,np.wspomniane 5,25% i nikt nigdy tego poziomu nie zmieniał…no wła­śnie to co wtedy?Co dzia­łoby się z inflacją?

  2. Jan M. Fijor pisze:

    Nie mozna usta­lic sta­lego opro­cen­to­wa­nia, nie mozna opro­cen­to­wa­nia usta­lac odgor­nie. Ono sie samo ustala w zale­zno­sci od tego, czy ludzie wola wyda­wac swoje pie­nia­dze dzi­siaj, czy za rok, dwa. To sie nazwya pre­fe­ren­cja cza­sowa i jest kry­te­rium zmien­nym, roz­nym dla roz­nych ludzi. pisze o tym obszer­nie Roth­bard w Zloto, banki ludzie oraz Eko­no­mia wol­nego rynku. Uklony Jan M Fijor P.S. Pie­niadz jest towa­rem, dla­tego jego cena (opro­cen­to­wa­nie) zalezy od rela­cji podazy i popytu. Cena kre­dytu zalezy od podazy pie­nia­dza i popytu na kredyty.

  3. Adam Krukowski pisze:

    Pro­blem mani­pu­lo­wa­nia pie­nią­dzem przez rządy dotyka nas wszyst­kich. Mam jedy­nie nadzieję, że świa­towy rynek odbije się od obec­nego dna :/ oby jak najszybciej…

    Panie Janie, kolejny bar­dzo cie­kawy tekst, będę tu czę­ściej zaglądał…

  4. Wojciech Czarniecki pisze:

    To nie jest, takie proste.Proszę zasta­no­wić co się sta­nie, gdy przy sta­łej ilo­ści pie­nią­dza gwał­tow­nie spad­nie podaż towa­rów np. klę­ska nie­uro­dzaju, wzrost ceny ropy itp? Na infla­cję możemy tylko reago­wać po fak­cie, bo jest to zachwia­nie rela­cji suma pie­nią­dza do suma towa­rów + suma usług, a przy­czyn wywo­łu­ją­cych tę nie­rów­no­wagę może być wiele. Real­nym pro­ble­mem są rządy reszta to nie­za­mie­rzone skutki.

  5. Jan M. Fijor pisze:

    Co sie sta­nie? Ceny spadna, bo wzro­snie sila nabyw­cza pie­nia­dza. Czy nar­twia pana spa­da­jace ceny lap topow? Albo miesz­kań? Ilość pie­nią­dza nie ma zna­cze­nia o tyle, o ile ma on pokry­cie w towa­rach. W sytu­acji defla­cji spada popyt na gotowke, jej cena spada, ludzie wydaja wie­cej, rosnie sprze­daz, pro­duk­cja. Jest super! Pod warun­kiem, ze rzad nie inter­we­niuje, tak jak to miało mie­sjce w ‘1929 roku, kiedy rzad wal­czył ze spad­kiem cen i płac. Przy defla­cji mniej się mno­mi­nal­nie zara­bia, ale ceny spa­dają i jest OK. Ukłony Jan M Fijor http://www.fijor.com

  6. Wojciech Czarniecki pisze:

    Nie­stety i Pan rów­nież popeł­nił powszechny wśród Kyne­si­stów błąd.Gdy z jakiś powo­dów maleje ilość towa­rów na rynku to ceny muszą rosnąć mimo, że ilość pie­nie­dzy się nie zmieniła.Z defla­cją mie­li­śmy do czy­nie­nia w XIX w. gdy wydo­by­cie złota nie nadą­żało za nie­spo­ty­ka­nym wzro­stem pro­duk­tyw­no­ści w przemyśle(jeszcze funk­cjo­no­wał pie­niądz kruszcowy).Ujmując ina­czej: bra­ko­wało dosta­tecz­nej ilo­ści pie­nię­dzy do obsłu­że­nia rosną­cej wymiany.
    Pozdrawiam

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*