Szpital na perypetiach
Od dłuższego już czasu, prezydent Polski, bądź co bądź państwa dobrej średniej wielkości, zamieszkałego przez blisko 39 milionów ludzi, którzy muszą jeść, pić, gdzieś mieszkać, pracować, odpoczywać, a niekiedy też korzystać z opieki medycznej powiedział, że szpitale nie mogą przynosić zysku, bo tak będzie lepiej.
Wypowiedź była wyrazem sprzeciwu p. prezydenta wobec planów komercjalizacji placówek służby zdrowia, zaproponowanych przez PO. W kręgach nieżyczliwych prezydentowi uważa się, że sprzeciw ten ma wyłącznie charakter polityczny. Wiadomo bowiem, że ten, kto skomercjalizuje szpitale, to je również sprywatyzuje. A ponieważ zrobi to rządząca koalicja, której p. prezydent nie darzy sympatią, ona będzie mieć nad nimi władzę. I trudno się prezydentowi dziwić. Co to, nagle prywatyzacja szpitali miałaby się odbyć lege artis, czyli sprawiedliwie? Nauczony doświadczeniami z III RP, Lech Kaczyński nie tylko nie chce, aby rządzący (czyli prywatyzujący) mieli wpływ na skomercjalizowane szpitale, lecz ponadto stara się działać w interesie prawa i sprawiedliwości, a więc przeciwdziałać ewentualnym nadużyciom. Moim zdaniem, posądzanie prezydent o niskie, polityczne pobudki, zmierzające do utrzymania obecnego status quo, to jest szpitali państwowych (bez zysku, ze stratami), jest niesłuszne. Sprzeciw głowy państwa ma charakter merytoryczny i jest wyrazem Jego troski o praworządność.
Problem w tym, że pozostawienie istniejącego status quo wiąże się z nadużyciami, tyle że innej natury. Być może są one mniej bolesne, bo korzyści korupcyjne rozłożone są na większą liczbę koruptantów, reprezentujących całe spektrum polityczne kraju, jednakże ze społecznego punktu widzenia nie są wcale mniej groźne niż skutki ewentualnej komercjalizacji. I z tego p. prezydent także zdaje sobie sprawę. Zamiast więc szukać mniejszego zła (utrzymać status quo czy komercjalizować?) stara się znaleźć złoty środek. Czyli co? Czyli rozwiązanie ekonomiczne, jakim jest komercjalizacja bez motywu zysku. Czyż nie taniej będzie – myśli prezydent – prowadzić szpital, który zrezygnuje z zysku? Produkt, którego producent rezygnuje z zysku musi być tańszy od produktu obarczonego zyskiem. Jeśli szpital X leczy (bez zysku) po kosztach K, a szpital Y po kosztach K, ale z zyskiem Z, to gdyby nawet ograniczyć ten jego zysk do 1 złotówki, leczenie w szpitalu Y będzie kosztować K plus 1 złoty, a więc więcej niż w przypadku szpitala X, w którym wyniesie ono K, czyli będzie więc o złotówkę niższa. Nie zapominajmy, że takich złotówek – grosz do grosza – uzbierają się corocznie miliony.
Z podobnego założenia 160 lat temu wyszedł niejaki Karol Marks, a później jego naśladowcy: Lenin, Stalin, Rokossowski, konstruując system, w którym żyliśmy w latach 1944 – 1989. Wtedy też zrezygnowano z zysku, żeby było taniej. Problem w tym, że pomimo tej rezygnacji nie tylko nie było taniej, ale wręcz drożej i gorzej. Dlaczego? Ponieważ człowiek jest z natury chciwy i jeśli już ma zrezygnować z zysku, to woli odpoczywać niż pracować. Odpoczywając też nie osiągnie zysku, ale się przynajmniej nie namęczy. Niestety, efekty odpoczywania są mizerne; nie będzie z niego ani szpitali, ani leczenia. I dlatego, socjalizmowi, który był bez zysku, brakowało pracy, produktów, a w efekcie pieniędzy i system ten na szczęście zbankrutował.
Niestety, nie zbankrutowała utopia, która się za nim kryła, czego dowodem jest apel prezydent Kaczyńskiego o rezygnację z zysku. Pan prezydent zapomina, że pod nieobecność motywu zysku motywacją do pracy może być tylko strach albo poświęcenie. Strach nie jest dobrym motywatorem (z niewolnika nie ma pracownika), a liczenie na poświęcenie, to zgoda na wyniszczenie narodu. Poświęcają się przeważnie ci, którym nikt nie chce normalnie za pracę zapłacić, albo ludzie ideowi, a takich w Polsce może starczyłoby na dwa, trzy szpitale, tymczasem w kraju naszej wielkości musi być ich co najmniej 100 razy więcej.
Co nam ze szpitali, które nie przynoszą zysku, jeśli nie będzie miał tam kto ludzi leczyć? Zysk szpitala nie jest wrogiem pacjenta, jest nim monopol państwa, bo wraz z nim zysk staje się rabunkiem. Jeśli tego obawia się pan prezydent, to całkiem słusznie, ale wówczas zamiast domagać się likwidacji zysku powinien czym prędzej dążyć do otwartej prywatyzacji (a nie żadnej zagmatwanej komercjalizacji) całej służby zdrowia, odcięcia jej od polityków i poddania wolnej, bezlitosnej konkurencji. Ta ostatnia gwarantuje, że zysk osiągną tylko ci, którzy dobrze zadbają o pacjentów. A temu przecież służą szpitale.
Jan M. Fijor
„różne” 2008-10-14



Nazywam się Jan Maria Fijor, w 1985 roku wyemigrowałem do Ameryki gdzie byłem m. in. barmanem, handlowcem, sprzedawałem okna, komputery, nieruchomości, ubezpieczenia, byłem także maklerem w Metlife Financial Services. Po 20 latach wróciłem do kraju, gdzie prowadzę wydawnictwo Fijorr Publishing. | 



















Zgadzam sie z Panem !!!Pamietam jak moj dziadek prowadzil sklepik z farbami-prywatna incjatywa tak to sie za komuny zwalo.Tylko u niego mozna bylo kupic farby,pedzle i akcesoria malarskie.Znalo go cale miasteczko i okoliczni wiejscy gospodarze, wdzieczni ze ktos o nich dba !!!
Bo jakby Dziadek nie zadbał o okoliczną klientelę, to by zbankrutował i na jego miejsce przyszedłby ktoś, kto dba.Na tym polega mechanizm konkurencji, której panowie profesorowie Religowie i politycy boją się jak ognia, gdyż wtedy okazałoby się, że nam żadnej polityki nie trzeba, a jedynie wolności wyboru.
Pozdrawiam naszych mądrych Dziadków
Jan M Fijor
Kiedyś na goniec.net było wyliczenie z Kanady ile kosztują leki. Okazało się że leki , gdzie substancja czynna kosztuje 60 centów , w aptece kosztują ponad 100 dolarów.Nasuwa się samo przez się , że gdyby np. w szpitalu był „pigularz” przygotowujący preparaty , to koszty lekarstw spadłyby znacznie. Jednakże koncerny farmaceutyczne dobrze żyją z drogich lekarstw. Podobnie jak dostawcy sprzętu medycznego i inni.A w polskiej służbie zdrowia najbardziej mnie wkurza , że jest ona zaprzeczeniem systemu ubezpieczeń.Pieniądze wydaje się na tanie i dostępne dla każdego usługi ( np. wizytę w przychodniach ) , a rzadkie i kosztowne choroby nie są w ogóle leczone lub leczone za granicą i finansowane przez publiczne zbiórki.
1 gram wegla kosztuje mniej wiecej 0,1 grosza, a 1 gram tegoż węgla w formie diamentu, aż 10000 zł. Być może pigularz zrobiłbny lekarstwa taniej, ale jakby mu różne Instytuty Leków, Ministerstwa, Urzędy Kontroli i inne placówki kazały prowadzić 5 lat badania na myszach, potem 5 lat na szczurach i kolejne 5 lat na ludziach, to lekarstwa byłyby jeszcze droższe niż są dzisiaj. Gdyby się dało taniej, to by firmy farmaceutyczne produkowały taniej. Tam jednak jest konkurencja. Co do marnotrawstwa środków to się zgadzam; trudno o większe niż to, jakie ma miejsce w słubie zdrowia. Tak się dzieje wtedy, gdy urzędnicy dostają pieniądze od podatnika, czy go leczą czy nie leczą. Trzeba zlikwidować monopol państwa – poprawi się. Ukłony JM Fijor
Co co lekarstw… Lek jest substancja chemiczna. Przy obecnym stanie wiedzy
nie ma wiekszych trudnosci w znalezieniu „wzoru chemicznego” leku przez
analize chemiczna. Co wiecej wzor chemiczny, jest zwykle powszechnie znany,
bo zanim dojdzie do sprzedazy to musi jego sklad byc podany do publicznej
wiadomosci. Drogie leki to te leki ktore albo sa objete ochrona patentowa
(a wiec konkurencja nie moze zrobic „podrobki” i nie ma konkurencji),
albo sa drogie w produkcji (np. niektore preparaty naturalne, np. interferon),
albo lek jest ryzykowny (np. raz pomaga, raz zabija i ma dzialania
uboczne — np. wiele lekow stosowanych w leczeniu raka) i firma sie musi
ubezpiecyc od mozliwych procesow o odszkodowania.
Patent chroni lek przez 21 lat. Do momentu opatentowania skladnik leku
jest tajemnica firmy, i dlatego nie mozna prowadzic badan klinicznych.
W Hameryce (i podobnie jest w innych krajach) lek sie patentuje jak
najwczesniej, gdyz rejestracja leku w Federal Drug Administration (FDA)
zajmuje kilka lat i musi byc poprzedzona dlugotrwalymi badaniami
toksykologicznymi, klinicznymi, itp. Koszt badan naukowych i klinicznych
oraz rejestracji dla przecietnego leku to 5 miliardow dolarow
(tak: 5*10^9 dolarow). Zanim wprowadzono rejestracje w formie komputerowej,
calosc dokumentacji badan i wlasnosci leku wymagana przez FDA, zajomowala
pokazniej wielkosci ciezarowke. Poniewaz lek zwykle wchodzi do sprzedarzy
w chwili gdy zostalo juz tylko kilka lat ochrony patentowej, w ciagu tego
czasu firma farmaceutyczny musi „odbic sobie” koszty badan i rejestracji.
Stad cena.
Po uplywie ochrony patentowej kazda firma moze zaczac produkowac i sprzedawac
lek, i wtedy lek z dnia na dzien tanieje 10 razy. Wymog uzyskania pozwolenia
na sprzedaz lekow syntetycznych w USA to sprawa ostatnich 100 lat. Przedtem
mozna bylo sprzedawac co sie chcialo i podawac jakie sie chcialo cudowne
wlasnosci leku na etykietkach. Na poczatku 20-wieku szachrajstwo
„medykamentami” osiagnelo taki poziom, ze zaczeto sie domagac kontroli
lekow i oficjalnego potwierdzenia ich wlasnosci leczniczych przez
agencje rzadowa. Dotyczy to jednak tylko lekow syntetycznych. Leki naturalne
(np. ziolka) nie musza byc sprawdzane przez FDA. Jednak, jaki wytwor natury,
nie moga byc tez patentowane.
FDA to miecz obosieczny. Nie ma juz wlasciwie malych firm farmaceutycznych
ktore produkowalyby nowe leki. Na spelnienie wymogow rejestracji leku
pozwolic sobie moga tylko kolosy. Male firmy albo sprzedaja preparaty
ziolowe, tran, witaminki, albo robia „generics”, czyli kopie lekow ktorych
ochrona patentowa minela. Co wiecej, rejestracja leku w FDA zapewnia ochrone
firmie farmaceutycznej, jesli niczego nie zataili i zrobili wszystko zgodnie
z tasiemcowymi instrukcjami i wymogami FDA. Tutaj trzeba podkreslic, ze
coraz trudniej jest firmom farmaceutycznym skutecznie wejsc na rynek z nowym
lekiem, ktory bylby wystarczajaco konkurencyjny aby ludzie chcieli placic
za niego 10x wiecej niz za podobny w dzialaniu „generic”. W niektorych
przypadkach nikt nawet juz nie szuka nieczego nowego, bo wiadomo, ze
istniejace leki nie moga miec istotnie poprawionej skutecznosci i
lepszej toksykologii. Sa praktycznie optymalne w stopniu jak na to natura
pomaga. Dlatego nie kupowal bym za wszystkie pieniadze akcji farmaceutycznych
bo ich problemy zacznaja byc widoczne. Na mnostwo popularnych chorob sa
juz doskonale leki na ktore patenty wygasly, a na choroby niepopularne
nie ma sensu wydawac firmie 5 miliardow na badania, bo straci na inwestycji
ze wzgledu na niewielki popyt.