<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Fijorr Publishing &#187; Goma</title>
	<atom:link href="http://www.fijor.com/tag/goma/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.fijor.com</link>
	<description></description>
	<lastBuildDate>Fri, 30 Jul 2010 20:28:47 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.0</generator>
		<item>
		<title>Kongo (III)</title>
		<link>http://www.fijor.com/kongo-iii/</link>
		<comments>http://www.fijor.com/kongo-iii/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 09 Jan 2010 14:28:14 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jan M. Fijor</dc:creator>
				<category><![CDATA[MOJE PODRÓŻE]]></category>
		<category><![CDATA[biali]]></category>
		<category><![CDATA[czarni]]></category>
		<category><![CDATA[Gisenyi]]></category>
		<category><![CDATA[Goma]]></category>
		<category><![CDATA[Kongo]]></category>
		<category><![CDATA[Nyiragonga]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fijor.com/?p=1965</guid>
		<description><![CDATA[Symbioza          W żadnym innym zakątku świata nie czułem się tak bardzo uzależniony od tubylców, jak właśnie w Afryce. W żadnym innym zakątku świata nie czułem się tak obcy, zagubiony, ale i wdzięczny miejscowym za to że są obok.            Honore, który podjął się roli mego przewodnika w drodze z Rwandy do wschodniego Kongo wyznał w [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Symbioza</p>
<p>         W żadnym innym zakątku świata nie czułem się tak bardzo uzależniony od tubylców, jak właśnie w Afryce. W żadnym innym zakątku świata nie czułem się tak obcy, zagubiony, ale i wdzięczny miejscowym za to że są obok.</p>
<p>           Honore, który podjął się roli mego przewodnika w drodze z Rwandy do wschodniego Kongo wyznał w czasie jazdy, że choć białych w Afryce na ogół się nie lubi, każdy czarny czuje się przy nich bezpieczniej. Biały, siedzący w samochodzie obok prowadzącego murzyna, jest niejako gwarancją, że byle policjant pojazdu nie zatrzyma. Ledwie to powiedział, gdy jak spod ziemi wyłonił się rosły „Długi”<a href="http://www.fijor.com/wp-admin/#_ftn1">[1]</a> i machnął nam lizakiem przed szybą.</p>
<p><span id="more-1965"></span>Zdaniem policjanta, Honore wywołał zagrożenie na drodze, narażając na niebezpieczeństwo idące do szkoły dzieci. Gdyby to było w Kongo, Burundi czy w Ugandzie, sprawa byłaby jasna; chodzi o łapówkę, ale w Rwandzie policja jest nieprzekupna (sic!). Żartów nie ma, tym bardziej, że Honore, który &#8211; jak sam twierdzi &#8211; do plemienia Hutu nie należy, wygląda jak podręcznikowy przypadek „Krótkiego”. Na szczęście skończyło się na surowej reprymendzie stróża porządku i strachu. Honore był przekonany, że policjant puścił nas wolno właśnie z szacunku dla mnie, czyli dla białego. Niech mu będzie. Nie kłóciłem się, choć dobrze wiedziałem, że gdyby nie moja pospieszna modlitwa do Anioła Stróża, pewnie by nas skasował na duże pieniądze. Mandaty drogowe w Rwandzie sięgają ekwiwalentu kilkuset dolarów, co przy pensji miesięcznej rzędu 80 &#8211; 100 dolarów robi wrażenie.</p>
<p>        Ruszyliśmy w drogę, ponieważ jednak Honore nie było pewny, czy ma się cieszyć z pobłażliwości policjanta, czy wstydzić swoich analiz filozoficznych, aby poprawić nastrój zauważyłem, że osobiście czuję się dzięki jego obecności pewniej i spokojniej, dodając w duchu: na tyle, na ile można się czuć pewnie i spokojnie dojeżdżając do granicy z wschodnim Kongo. Zresztą w niczym nie przesadziłem. Napaść murzyna na białego, któremu towarzyszy inny murzyn &#8211; nawet w LA Central czy w Chicago South<a href="http://www.fijor.com/wp-admin/#_ftn2">[2]</a> &#8211; należy do rzadkości. W Afryce Murzyn jest dla „białasa” gwarancją bezpieczeństwa. Tym bardziej w kontaktach z funkcjonariuszami i urzędnikami. Miałem okazję przekonać się o tym po raz kolejny na przejściu granicznym między Rwandą a Kongo, w miasteczku Gisenyi. Piszę o tym, by ostrzec ewentualnych śmiałków, którym przyjdzie do głowy diabelski pomysł przekroczenia granicy z Kongo bez eskorty czarnego.</p>
<p>       Europejczycy mieszkający w Afryce z nieskrywaną dumą chełpią się tym, że każdy murzyn chce mieć swojego białego. I to jest fakt. Murzyn posiadający białych przyjaciół, cieszy się statusem porównywalnym do tego, jaki posiadał Polak z PRL, który miał rodzinę na Zachodzie. Sprawiedliwiej jednak byłoby stwierdzić, że korzyść jest obopólna. Biali, zwłaszcza zamieszkali na stałe w Afryce, to wyjątkowo nieprzyjemna rasa ludzi; nadęte, aroganckie bubki przekonane o swej rzekomej wyższości. Najgorsi są pracownicy agencji rządowych i instytucji pomocowych, którzy przeważnie zapominają, że nie tylko afrykańskie kacyki, do których trafia gros funduszy pomocowych z Europy, USA, Japonii, a ostatnio także z Chin, lecz również oni sami żyją z pieniędzy białych podatników przekazywanych rzekomo dla ratowania Afryki. Ojciec George, amerykański pastor od Adwentystów Dnia Siódmego z Kisoro w Ugandzie rzucił mi się z radością na szyję, gdy z uśmiechem odpowiedziałem na jego pozdrowienia. W Afryce do rzadkości należy biały, który się drugiemu białemu odkłoni. Czy trudno się potem dziwić murzynom, że patrzą na nas spojrzeniem nienawistnych gburów? Wystarczy jednak uśmiechnąć się, powiedzieć: halo, how are you? by te nieufne na pozór istoty odpowiedziały szczerym uśmiechem i poczęstowały nas swym ostatnim bananem bądź plastrem mango.</p>
<p>      <br />
Granica</p>
<p> </p>
<p>       Honore jest Kongijczykiem. Mieszka od 10 lat poza krajem, najpierw uczył się w Kenii, teraz pracuje w Rwandzie. W Goma mieszka całe jego rodzeństwo, dwie siostry i trzech braci, a szczególnie brat Leon. Leon jest dumą rodziny, jej kasą i mózgiem finansowym. Bo Leon jest celnikiem, i to właśnie na przejściu w Gisenyi. Jakie to ma znaczenie, napiszę za chwilę. Co prawda, gdyby Honore nie miał brata celnika, tylko na przykład cieślę albo elektryka, też byśmy granicę przekroczyli, ale trwałoby to co najmniej o trzy, cztery godziny dłużej, kosztowało sporo nerwów, strachu i ze sto dolarów w gotówce więcej. Zresztą, kto tam wie, jakie inne koszty trzeba by ponieść. Grupce niemieckich turystów, którzy bez eskorty miejscowego przewodnika wybrali się do Kongo na goryle, skradziono pożyczony samochód i bagaże, zanim jeszcze wjechali na teren Virunga National Park. Osobiście winien jestem Leonowi wdzięczność za to także, że poświęcił mi czas, cierpliwość i gościnę, pokazując swoje miasto, opowiadając o jego losach i rozjaśniając mroki afrykańskich zawiłości.</p>
<p>         Przejście z Gisenyi do Goma pełni rolę strategiczną &#8211; między Unią Wschodniej Afryki a rejonem Wielkich Jezior. Turystycznego znaczenia właściwie nie ma, choć odkąd Rwandyjczycy podnieśli opłatę za wejście do rezerwatu goryli w parku Virunga do 500 dolarów od osoby (i to bez gwarancji zobaczenia bliskiego przodka), coraz więcej turystów korzysta z wejścia od strony kongijskiej, gdzie goryle są o 400 dolarów tańsze. Co prawda, w Kongo należy się liczyć z ryzykiem ostrzału ze strony rebeliantów, który może te inteligentne stworzenia wypłoszyć na droższą, rwandyjską stronę, ostatnio jednak chroni szlaku prywatna policja turystyczna, z którą rebelianci zadzierać nie chcą.</p>
<p>         Przejście graniczne z Rwandy do Goma to szlak przemytników, złodziei i handlarzy bronią. Wszystko, co w Kongo cenne, przerzucane jest tą właśnie trasą. Znany globtroter, redaktor Robert Mazurek z <em>Wprost</em>, napisał niedawno, że aż 90 procent czarnego rynku kongijskich diamentów przechodzi przez rynek rwandyjski. W Kigali przecinają się szlaki handlarzy uranem, licencjami na wydobycie ropy naftowej, złotem i innymi surowcami naturalnymi, od których w Kongo aż się roi. Już choćby z tego powodu granica, którą przekraczaliśmy to żyła złota. Leon twierdzi, że gdyby nie kontrabanda i towarzyszące jej profity, celnicy, „wopiści” i inni funkcjonariusze graniczni już dawno by z posterunku zeszli i granicę zamknęli. Tym bardziej, że coraz częściej zdarza się, iż pogranicznicy nie otrzymują zapłaty za swoją pracę przez dwa, trzy miesiące.</p>
<p>- Gdybym żył z pensji – wyznał mi Leon po trzech piwach – moje dzieci już by z głodu pomarły. I dlatego, Leon i jego koledzy granicy pilnują, jak swego własnego biznesu. W ich kieszeniach ląduje połowa opłat wizowych, sięgających od 100 do 30 dolarów od osoby &#8211; za trzydniową wizę. Jako znajomy Leona zapłaciłem najniższą stawkę. Do celników należą opłaty celne, skonfiskowane przedmioty i drobna kontrabanda. Poważni przemytnicy, oficerowie sił pokojowych ONZ i inne VIP-y, jak choćby Honore i ja, przechodzą granicę poza kontrolą i kolejnością.</p>
<p>          Formalnie do Kongo samochodem wjechać może każdy, pod warunkiem, że jego cudzoziemski właściciel zapłaci opłatę tranzytową, sięgającą niekiedy ceny tego samochodu. Z tego powodu większość zmotoryzowanych zostawia samochody na przygranicznym parkingu. Zresztą gdyby nawet takiej opłaty nie było, kongijskie drogi i zachłanna policja są skuteczną barierą odstręczającą od wjazdu. Na granicy czekał na nas przyjaciel Leona, Bonifacy z potężnym Land Cruiserem. Z Bonifacym czułem się znowu pewniej.</p>
<p>  </p>
<p>Wikt i opierunek</p>
<p> </p>
<p>       W normalnym kraju, niech to będzie nawet Birma czy Boliwia, znajdujesz hotel na każdą kieszeń, o dowolnym standardzie higienicznym. Są też bary, pizzerie, restauracje, dzięki którym z głodu nie zejdziesz. Jeśli nawet zorganizowanej gastronomii chwilowo nie ma, są bazary, rynki, targowiska, na których każdy znajdzie coś do zjedzenia.</p>
<p>        Jednakże Afryka, jak się pewnie zorientowaliście, normalnym światem nie jest. O hotelach już pisałem przy okazji wizyty w Burundi. Nie jest z nimi łatwo, bo albo bardzo drogie, albo bardzo złe, ale jednak są. Gorzej z jedzeniem. Poza większymi skupiskami ludzkimi restauracji o standardzie porównywalnym z naszym przeważnie brak. Ludzie nie maja tam pieniędzy, po knajpach nie chodzą, a jeśli już, to przeważnie od święta, żeby wypić i pohulać. Tanie bary roją się od robactwa i gryzoni, targowiska zlokalizowane są na odległych peryferiach, w miejscach dla turysty niedostępnych i niebezpiecznych, więc znalezienie czegoś zjadliwego – ze względu na lokalne gusta i obyczaje kulinarne trudne. Żyzne Kongo, które mogłoby być zapleczem żywnościowym świata przedstawia pod tym względem wyjątkowe wyzwanie.<br />
       Od wyjazdu z Kigali minęło sześć godzin. Skończyła nam się woda i kupione w stolicy płatki ziemniaczane. Pragnienie współzawodniczy z głodem. Upalna pogoda wzmaga dyskomfort. Zatrzymujemy się przy budzie z szyldem <em>Fanta</em>. Jest tylko ciepłe piwo i żywy drób. Z odrażą rezygnujemy z jednego i drugiego. Dwa kilometry dalej sytuacja się powtarza. Z żywej kury rezygnuję, ale z ciepłego piwa już nie. Ulga jest niewielka, bo pół minuty później, całe piwo wsiąknęło w mojego T-shirta. Pod katedrą sprzedają wodę, kupujemy dużą butlę, znika w czeluściach gardeł trzech mężczyzn. Głodu wciąż nie mamy gdzie zaspokoić. W końcu jest barak z napisem „Restaurante”. Z szaszłyczków piekących się na prymitywnym grillu przed barakiem wydobywa się dość przyjemny aromat. Proponuję, żeby tu coś przekąsić. Bonifacy odradza, proponując jakieś „swojskie miejsce” poza miastem. Udaję, że nie słyszę. Honore też. Jesteśmy już naprawę głodni.</p>
<p>- Spytaj go z czego ten szaszłyk – rzucam kompromisowo. Bonifacy pyta. Kucharz – nastolatek coś odpowiada.</p>
<p>- Co powiedział?</p>
<p>- Że z mięsa…</p>
<p>- No, dobrze, spytaj go, z jakiego zwierzęcia to mięso? Bonifacy pyta.</p>
<p>- Chłopiec mówi, że nie wie. Bonifacy tłumaczy.</p>
<p>- No, to niech chociaż powie, jakie zwierzęta wchodzą w grę – upieram się, chociaż jeść mi się chce jak diabli. Bonifacy pyta. Chłopiec odpowiada. Bonifacy dziwnie na mnie patrzy.<br />
- I co ci powiedział? Że jakie zwierzęta?</p>
<p>- Nie chciałbyś wiedzieć jakie wymienił. Kucharz widząc moje zakłopotanie zawołał radośnie:</p>
<p>- This is good! Very good!</p>
<p>      Nie uwierzyłem mu. Przełknąłem ślinę, wsiedliśmy do Land Cruisera i głodni odjechali. Godzinę później, w jakiejś wiosce w drodze pod wulkan Nyiragonga zatrzymujemy się przy podobnym grillu. Bonifacy z dumą pokazuje, że to jest właśnie to „jego miejsce”. Nie chcę mu robić przykrości, rezygnuję z przesłuchania kucharza; zjadamy po trzy szaszłyczki. Są dość smaczne. Staram się nie myśleć z jakiego zwierzątka zostały sporządzone. Na wszelki wypadek proponuję zakupić butelkę dobrej irlandzkiej whisky, którą po powrocie z wycieczki obficie dezynfekujemy systemy trawienne.<br />
      Duch święty nad nami czuwał. Następnego ranka, w schludnym pensjonacie miejscowych pallotynów zbudził mnie zapach jajecznicy na boczku, dopiero co ubitego masła, pachnącego chleba i świeżo parzonej kongijskiej kawy.</p>
<p>       Jeśli się wie gdzie, nawet w Kongo można dobrze zjeść.</p>
<p> </p>
<p>Cdn.</p>
<p> </p>
<p>Jan M Fijor</p>
<p><a href="http://www.fijor.com/">www.fijor.com</a></p>
<p> </p>
<p> </p>
<p> </p>
<hr size="1" /><a href="http://www.fijor.com/wp-admin/#_ftnref1">[1]</a> Jest to oględne – a właściwie poprawne politycznie &#8211; określenie na członka plemienia Tutsi używane przez białych w rejonie „wielkich jezior”. W przeciwieństwie do długich, ludzie Hutu są nazywani „krótkimi”.</p>
<p><a href="http://www.fijor.com/wp-admin/#_ftnref2">[2]</a> Zarówno LA Central, jak i Chicago South są dzielnicami niemal w stu procentach zamieszkałymi przez czarnych, słynącymi z wysokiej przestępczości.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fijor.com/kongo-iii/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Kongo (I)</title>
		<link>http://www.fijor.com/kongo-i/</link>
		<comments>http://www.fijor.com/kongo-i/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 23 Oct 2009 10:55:12 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jan M. Fijor</dc:creator>
				<category><![CDATA[MOJE PODRÓŻE]]></category>
		<category><![CDATA[bandyci]]></category>
		<category><![CDATA[Goma]]></category>
		<category><![CDATA[wojna]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fijor.com/?p=1813</guid>
		<description><![CDATA[Kongo (I) Kupa gruzu Z potężnej katedry pozostała tylko jedna ściana Bonifacy i siostra Małgorzata Nawet z globtroterskiego punktu widzenia Gomę można sobie darować. No, chyba, że ktoś ma w sobie temperament misjonarza lub korespondenta wojennego. Lawa Kongo, krajobrazowo, to jeden z najpiękniejszych krajów świata, a Kongijczycy ludzie ciepli i rozśpiewani. Goma w czasach kolonialnych [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Kongo (I)</p>
<p><img class="aligncenter size-medium wp-image-1816" title="KONGO 2009 131" src="http://www.fijor.com/wp-content/uploads/2009/10/KONGO-2009-131-300x225.jpg" alt="KONGO 2009 131" width="300" height="225" /><span id="more-1813"></span>Kupa gruzu</p>
<p><img class="aligncenter size-medium wp-image-1817" title="KONGO 2009 108" src="http://www.fijor.com/wp-content/uploads/2009/10/KONGO-2009-108-300x225.jpg" alt="KONGO 2009 108" width="300" height="225" /></p>
<p>Z potężnej katedry pozostała tylko jedna ściana</p>
<p><img class="aligncenter size-medium wp-image-1818" title="KONGO 2009 112" src="http://www.fijor.com/wp-content/uploads/2009/10/KONGO-2009-112-300x225.jpg" alt="KONGO 2009 112" width="300" height="225" /></p>
<p>Bonifacy i siostra Małgorzata</p>
<p>Nawet z globtroterskiego punktu widzenia Gomę można sobie darować. No, chyba, że ktoś ma w sobie temperament misjonarza lub korespondenta wojennego.</p>
<p>Lawa</p>
<p>Kongo, krajobrazowo, to jeden z najpiękniejszych krajów świata, a Kongijczycy ludzie ciepli i rozśpiewani. Goma w czasach kolonialnych była perełką Kongo; luksusowym kurortem nad brzegiem jeziora Kivu, majestatycznego lustra wody rozlanego pośród wulkanicznych wzgórz i dolin. Dzisiaj trudno to sobie nawet wyobrazić. Miasto jest wyniszczone, wygląda groźnie i ponuro. Pokryte jest skamieniałą lawą pochodzącą z ostatniej erupcji wulkanu Nyiragonga, jaka miała miejsce osiem lat temu, gdy ziemia wypluła z siebie miliony ton piekielnej mazi, w której Goma zatonęła po raz kolejny.</p>
<p>Mimo upływu czasu połowa domostw rozpada się, reszta to albo zgliszcza, albo walące się budy sklecone z desek i zardzewiałej blachy. Jakby tych nieszczęść było mało, miasto – a raczej to co z niego pozostało – udzieliło „gościny” obozom dla ponad 80 tysięcy uchodźców z toczącej się od prawie 20 lat wojny domowej. Z monumentalnej katedry mogącej pomieścić ponad 2500 wiernych pozostała goła ściana i plac pokryty strupem lawy. W Goma nie ma ani jednej normalnej, równej ulicy. Nawet główną arterią miasta, Aleją Niepodległości, jeździ się jak po ścieżce na Kondratową. Brakuje prądu. Jedyna elektrownia w promieniu dwustu kilometrów ma moc 50 megawatów, z których pracuje najwyżej jedna trzecia. Instytucje rządowe, nieliczne hoteliki mają własne generatory, a ci, których na to stać, załatwiają sobie dostawy energii bezpośrednio w elektrowni, za łapówkę, a i to nie częściej niż dwie trzy godziny dwa razy na dobę. Reszta żyje jak sto lat temu. Nie ma prądu, to nie ma i wody, i kanalizacji, nie ma kin, teatrów, Internetu, a nawet telewizji i telefonów stacjonarnych. Po górach zastygłej lawy uganiają się szczury i głodne, pół nagie i bose dzieci. Takiej biedy nie widziałem nawet w okolicach Potosi, w Boliwii, które dotychczas uważałem za Olimp nędzy. Nie dość, że wszędzie brud i skrajne ubóstwo, to na dodatek wciąż toczy się tam wojna domowa.</p>
<p>W rejonie Goma wataszki z Rwandy i Ugandy, występujące pod buńczucznymi szyldami armii wyzwoleńczych, a ostatnio także żołnierze regularnej armii kongijskiej, która rzekomo z buntownikami walczy, urządzili sobie tutaj strzelanie do żywego człowieka. Nie pomaga piętnastotysięczny korpus wojsk ONZ, kosztujący nas, podatników ponad 5 milionów dolarów dziennie, czyli mniej więcej tyle, ile mieszkańcy Gomy wydają na życie tygodniowo. Pół biedy jeśli akurat panuje zawieszenie broni. Wystarczy jednak, że wojsko i rebelianci, czyli pospolici bandyci schodzą do miasta, bo przyszła im ochota postrzelać i pokraść, albo poczuli wolę Bożą i chcą sobie pogwałcić, wtedy „błękitne hełmy” znikają w koszarach i schronach, skąd – jak mówią świadkowie – mierzą z karabinów w niebo, żeby wystrzelać swój przydział amunicji. Bonifacy, który służy mi za przewodnika, wcale im się nie dziwi. Przyjechali tu z Urugwaju, Indii, Egiptu i kilku innych krajów o „tradycjach” militarnych i są szczęśliwi, jeśli uda im się „turnus” w – nomen omen – Demokratycznej Republice Kongo przeżyć.</p>
<p>Spojrzenie Murzyna</p>
<p>Po co więc pojechałem do Goma?</p>
<p>Z dwóch powodów. Pierwszym była z pewnością ciekawość. Miejsce jest egzotyczne. Wyjątkowe. Trudno dostępne. Przeklęty los i ludzkie cierpienia zawsze przyciągają uwagę i zainteresowanie. Kongo jest do tego mało znane. Nawet podróżnicy omijają ten kraj wielkim łukiem. Dla globtrotera taka charakterystyka to wyzwanie, które wzbudza pragnienie przeżycia przygody. Zwłaszcza, że z wjazdem do Kongo nawet akredytowani dziennikarze mają problemy. Dariusz Rosiak z „Rzeczpospolitej” ewakuował się po dniu pobytu, podobnie jak dwóch – poznanych po rwandyjskiej stronie &#8211; dziennikarzy kanadyjskich. Wszystkim im groził proces o szpiegostwo. Powód? Robili zdjęcia w miejscach publicznych. Szpiegostwo to w Kongo częste i ciężkie przestępstwo, za które grożą srogie kary, z karą śmierci włącznie. Dwóch norweskich przedsiębiorców, którzy w maju 2009 roku przyjechali do Konga rekrutować pracowników dla firmy ochroniarskiej mającej strzec bezpieczeństwa pracowników firmy poszukującej na terenie kraju złóż nafty, skazano za szpiegostwo na karę 500 milardów (sic!) euro, z zamianą na…karę śmierci. Po procesie, który nawet kongijska prasa nazwała farsę, od dwóch miesięcy oczekują w Kinszasie na jej wykonanie. Mam nadzieję, że się dogadają z sędzią i skończy się na jakiejś rozsądnej kwocie łapówki. W Kongo łapówka jest formą wynagrodzenia pracowników publicznych, na których pensje nie ma pieniędzy. I można się targować. Przekonałem się o tym już w godzinę po przybyciu do Goma.</p>
<p>Podjechaliśmy właśnie pod bogato zaopatrzony sklep z alkoholem. Bonifacy, Kongijczyk, mój przewodnik wszedł do środka, ja zostałem na zewnątrz fotografować. Wiedziałem od Rosiaka i Kanadyjczyków, że robienie zdjęć jest w Kongo niebezpieczne, ale jak tu się powstrzymać, kiedy okoliczności tak niepowtarzalne. Na wprost Toyota wyjeżdżająca z dziury o głębokości leja po bombie, z lewej garstka dzieci obsiadła pojazd z napisem UN i nie chce z niego zejść nawet po groźbą karabinu, a na placu po prawej, przed prowizorycznym sklepem dwie Murzynki karmią piersią parę niemowląt. Wszystko w jednym kadrze.</p>
<p>Zwróciłem uwagę na tych dwóch facetów w białych koszulach. Oni też mi się przyglądali. Byłem już przyzwyczajony do tych zagadkowych spojrzeń, jakimi obrzucają Murzyni białego. Pewnie tak lubią &#8211; pomyślałem. Zresztą wszędzie w Afryce na białego w taki sposób patrzą. Nie jest to zaciekawienie, zdziwienie, ani tym bardziej podziw czy wrogość. To coś innego. Patrzą tak, jakby chcieli cię przeszyć wzrokiem, ale nie mogli. Jakby pragnęli zaglądnąć ci w serce bez twojej zgody. Początkowo myślałem, że to spuścizna kolonialna; patrzą z wyrzutem, aby wzbudzić w <em>mosongo</em> poczucie winy? Ale nie, oni nie myślą o nas w kategoriach winy i rekompensaty. Zauważyłem, że w identyczny sposób patrzą się Murzyni na Hindusa, Chińczyka, a nawet na czarnoskórego inżyniera ze Stanów Zjednoczonych. Dopiero w Kongo uświadomiłem sobie, o co z tym patrzeniem chodzi.</p>
<p>Dyskretnie kontrolowałem co się wokół mnie dzieje. Byłem biały, na dodatek sam. Musiałem być czujny. Kątem oka przyglądałem się też tym dwóm. Stali i coś między sobą szeptali. Gdy Bonifacy wyszedł z zakupów z flaszką rzucili się w jego stronę z wrzaskiem w miejscowym narzeczu, wymachując kawałkiem pomiętej kartki papieru i pokazując coś w moim kierunku. Chyba nie chcą mu ukraść whisky? – pomyślałem.</p>
<p>Mimo iż mój cicerone dawał mi znaki, żebym się nie ruszał i czekał, ruszyłem mu na odsiecz. I to był błąd. Wyższy z dwójki podbiegł do mnie, szarpnął za pasek aparatu fotograficznego, usiłując zerwać go z szyi. Udało mi się go powstrzymać. Złodzieje? – przemknęła mi myśl. Wtedy drugi sięgnął po komórkę, odgrażając się już po francusku, że dzwoni po policję.</p>
<p>- Może wezwę tego żołnierza z Toyoty? – spytałem przez zęby.</p>
<p>Bonifacy spojrzał na mnie jak zraniony nosorożec, wykrzykując:</p>
<p>- Are you nuts?! Nie wystarczy ci, że mamy do przekupienia dwóch tajniaków!?</p>
<p>W mgnieniu oka wcisnął jednemu z nich garść banknotów, jakie zostały mu po zakupach, dając znak do ucieczki.</p>
<p>- Ile mu dałeś? – spytałem, gdy dobiegliśmy zdyszani do samochodu.</p>
<p>- Półtora tysiąca – odparł opanowany.</p>
<p>- Dolarów? – wykrzyknąłem przerażony. Nawet, gdybym chciał, to takiej kwoty p;rzy sobie nie miałem.</p>
<p>- Coś, ty! Dałem im resztę ze sklepu; tysiąc pięćset franków kongijskich.</p>
<p>- To znaczy…dwa dolary?</p>
<p>- Dwa, a po cóż ja się z nimi tak długo targowałem? – mruknął zadowolony z siebie &#8211; Na przyszłość w takiej sytuacji do mnie nie podchodź. Oni nie lubią świadków. I nie rób więcej zdjęć.</p>
<p>Już w samochodzie, w drodze do pensjonatu zapytałem Bonifacego o to dziwne spojrzenie:</p>
<p>- No, właśnie! Na przyszłość musisz uważać, na czarnych, którzy szacują cię wzrokiem. Musisz wiedzieć, że on ci się przyglądają, licząc w duchu ile mogą na tobie trafić.</p>
<p>I wtedy dotarło do mnie. Murzyni patrząc na białego szacują go wzrokiem. I to jest cała tajemnica ich spojrzenia. Wyobraziłem sobie, co by mnie czekało, gdybym do miasta udał się sam.</p>
<p>Zresztą nawet z Bonifacym nie byłem bezpieczny. Jeśli nawet wykupisz się za grosze nieopłacanemu od roku policjantowi czy żołnierzowi, który z braku żołdu musi zdobyć na utrzymanie sam, to w lasach czyhają na ciebie bandy uzbrojonych po zęby rabusiów, którzy co kilka miesięcy schodzą do miast i rabują dobytek cywilnej ludności, pozwalając na krótkie zawieszenia broni tylko po to, by ci ostatni mieli czas na odbudowanie splądrowanych domów, kupienie mebli, garnków, roweru, a niekiedy nawet komputera czy telewizora. Życie toczy się tutaj od rabunku do rabunku. Mimo iż wszyscy wiedzą, że ich dorobek zostanie prędzej czy później zrabowany, uparcie go odbudowują. Dlaczego?</p>
<p>- Ludzie mają nadzieję, że kiedyś to piekło się skończy! – wyjaśnia siostra Małgorzata, polska zakonnica – lekarz, prowadząca od kilku lat, założony przez polskie pallottynki, ośrodek zdrowia. Bez tej nadziei już dawno by stąd odeszli.</p>
<p>A dokąd by poszli? – chciałem zapytać siostrę Małgorzatę, ale ugryzłem się w język.  Problem w tym, że Afrykanie nie mają gdzie się wyprowadzić!</p>
<p>Cdn.</p>
<p>Jan M Fijor</p>
<p><a href="http://www.fijor.com/">www.fijor.com</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fijor.com/kongo-i/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
