<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Fijorr Publishing &#187; Kongo</title>
	<atom:link href="http://www.fijor.com/tag/kongo/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.fijor.com</link>
	<description></description>
	<lastBuildDate>Fri, 30 Jul 2010 20:28:47 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.0</generator>
		<item>
		<title>Kongo (III)</title>
		<link>http://www.fijor.com/kongo-iii/</link>
		<comments>http://www.fijor.com/kongo-iii/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 09 Jan 2010 14:28:14 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jan M. Fijor</dc:creator>
				<category><![CDATA[MOJE PODRÓŻE]]></category>
		<category><![CDATA[biali]]></category>
		<category><![CDATA[czarni]]></category>
		<category><![CDATA[Gisenyi]]></category>
		<category><![CDATA[Goma]]></category>
		<category><![CDATA[Kongo]]></category>
		<category><![CDATA[Nyiragonga]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fijor.com/?p=1965</guid>
		<description><![CDATA[Symbioza          W żadnym innym zakątku świata nie czułem się tak bardzo uzależniony od tubylców, jak właśnie w Afryce. W żadnym innym zakątku świata nie czułem się tak obcy, zagubiony, ale i wdzięczny miejscowym za to że są obok.            Honore, który podjął się roli mego przewodnika w drodze z Rwandy do wschodniego Kongo wyznał w [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Symbioza</p>
<p>         W żadnym innym zakątku świata nie czułem się tak bardzo uzależniony od tubylców, jak właśnie w Afryce. W żadnym innym zakątku świata nie czułem się tak obcy, zagubiony, ale i wdzięczny miejscowym za to że są obok.</p>
<p>           Honore, który podjął się roli mego przewodnika w drodze z Rwandy do wschodniego Kongo wyznał w czasie jazdy, że choć białych w Afryce na ogół się nie lubi, każdy czarny czuje się przy nich bezpieczniej. Biały, siedzący w samochodzie obok prowadzącego murzyna, jest niejako gwarancją, że byle policjant pojazdu nie zatrzyma. Ledwie to powiedział, gdy jak spod ziemi wyłonił się rosły „Długi”<a href="http://www.fijor.com/wp-admin/#_ftn1">[1]</a> i machnął nam lizakiem przed szybą.</p>
<p><span id="more-1965"></span>Zdaniem policjanta, Honore wywołał zagrożenie na drodze, narażając na niebezpieczeństwo idące do szkoły dzieci. Gdyby to było w Kongo, Burundi czy w Ugandzie, sprawa byłaby jasna; chodzi o łapówkę, ale w Rwandzie policja jest nieprzekupna (sic!). Żartów nie ma, tym bardziej, że Honore, który &#8211; jak sam twierdzi &#8211; do plemienia Hutu nie należy, wygląda jak podręcznikowy przypadek „Krótkiego”. Na szczęście skończyło się na surowej reprymendzie stróża porządku i strachu. Honore był przekonany, że policjant puścił nas wolno właśnie z szacunku dla mnie, czyli dla białego. Niech mu będzie. Nie kłóciłem się, choć dobrze wiedziałem, że gdyby nie moja pospieszna modlitwa do Anioła Stróża, pewnie by nas skasował na duże pieniądze. Mandaty drogowe w Rwandzie sięgają ekwiwalentu kilkuset dolarów, co przy pensji miesięcznej rzędu 80 &#8211; 100 dolarów robi wrażenie.</p>
<p>        Ruszyliśmy w drogę, ponieważ jednak Honore nie było pewny, czy ma się cieszyć z pobłażliwości policjanta, czy wstydzić swoich analiz filozoficznych, aby poprawić nastrój zauważyłem, że osobiście czuję się dzięki jego obecności pewniej i spokojniej, dodając w duchu: na tyle, na ile można się czuć pewnie i spokojnie dojeżdżając do granicy z wschodnim Kongo. Zresztą w niczym nie przesadziłem. Napaść murzyna na białego, któremu towarzyszy inny murzyn &#8211; nawet w LA Central czy w Chicago South<a href="http://www.fijor.com/wp-admin/#_ftn2">[2]</a> &#8211; należy do rzadkości. W Afryce Murzyn jest dla „białasa” gwarancją bezpieczeństwa. Tym bardziej w kontaktach z funkcjonariuszami i urzędnikami. Miałem okazję przekonać się o tym po raz kolejny na przejściu granicznym między Rwandą a Kongo, w miasteczku Gisenyi. Piszę o tym, by ostrzec ewentualnych śmiałków, którym przyjdzie do głowy diabelski pomysł przekroczenia granicy z Kongo bez eskorty czarnego.</p>
<p>       Europejczycy mieszkający w Afryce z nieskrywaną dumą chełpią się tym, że każdy murzyn chce mieć swojego białego. I to jest fakt. Murzyn posiadający białych przyjaciół, cieszy się statusem porównywalnym do tego, jaki posiadał Polak z PRL, który miał rodzinę na Zachodzie. Sprawiedliwiej jednak byłoby stwierdzić, że korzyść jest obopólna. Biali, zwłaszcza zamieszkali na stałe w Afryce, to wyjątkowo nieprzyjemna rasa ludzi; nadęte, aroganckie bubki przekonane o swej rzekomej wyższości. Najgorsi są pracownicy agencji rządowych i instytucji pomocowych, którzy przeważnie zapominają, że nie tylko afrykańskie kacyki, do których trafia gros funduszy pomocowych z Europy, USA, Japonii, a ostatnio także z Chin, lecz również oni sami żyją z pieniędzy białych podatników przekazywanych rzekomo dla ratowania Afryki. Ojciec George, amerykański pastor od Adwentystów Dnia Siódmego z Kisoro w Ugandzie rzucił mi się z radością na szyję, gdy z uśmiechem odpowiedziałem na jego pozdrowienia. W Afryce do rzadkości należy biały, który się drugiemu białemu odkłoni. Czy trudno się potem dziwić murzynom, że patrzą na nas spojrzeniem nienawistnych gburów? Wystarczy jednak uśmiechnąć się, powiedzieć: halo, how are you? by te nieufne na pozór istoty odpowiedziały szczerym uśmiechem i poczęstowały nas swym ostatnim bananem bądź plastrem mango.</p>
<p>      <br />
Granica</p>
<p> </p>
<p>       Honore jest Kongijczykiem. Mieszka od 10 lat poza krajem, najpierw uczył się w Kenii, teraz pracuje w Rwandzie. W Goma mieszka całe jego rodzeństwo, dwie siostry i trzech braci, a szczególnie brat Leon. Leon jest dumą rodziny, jej kasą i mózgiem finansowym. Bo Leon jest celnikiem, i to właśnie na przejściu w Gisenyi. Jakie to ma znaczenie, napiszę za chwilę. Co prawda, gdyby Honore nie miał brata celnika, tylko na przykład cieślę albo elektryka, też byśmy granicę przekroczyli, ale trwałoby to co najmniej o trzy, cztery godziny dłużej, kosztowało sporo nerwów, strachu i ze sto dolarów w gotówce więcej. Zresztą, kto tam wie, jakie inne koszty trzeba by ponieść. Grupce niemieckich turystów, którzy bez eskorty miejscowego przewodnika wybrali się do Kongo na goryle, skradziono pożyczony samochód i bagaże, zanim jeszcze wjechali na teren Virunga National Park. Osobiście winien jestem Leonowi wdzięczność za to także, że poświęcił mi czas, cierpliwość i gościnę, pokazując swoje miasto, opowiadając o jego losach i rozjaśniając mroki afrykańskich zawiłości.</p>
<p>         Przejście z Gisenyi do Goma pełni rolę strategiczną &#8211; między Unią Wschodniej Afryki a rejonem Wielkich Jezior. Turystycznego znaczenia właściwie nie ma, choć odkąd Rwandyjczycy podnieśli opłatę za wejście do rezerwatu goryli w parku Virunga do 500 dolarów od osoby (i to bez gwarancji zobaczenia bliskiego przodka), coraz więcej turystów korzysta z wejścia od strony kongijskiej, gdzie goryle są o 400 dolarów tańsze. Co prawda, w Kongo należy się liczyć z ryzykiem ostrzału ze strony rebeliantów, który może te inteligentne stworzenia wypłoszyć na droższą, rwandyjską stronę, ostatnio jednak chroni szlaku prywatna policja turystyczna, z którą rebelianci zadzierać nie chcą.</p>
<p>         Przejście graniczne z Rwandy do Goma to szlak przemytników, złodziei i handlarzy bronią. Wszystko, co w Kongo cenne, przerzucane jest tą właśnie trasą. Znany globtroter, redaktor Robert Mazurek z <em>Wprost</em>, napisał niedawno, że aż 90 procent czarnego rynku kongijskich diamentów przechodzi przez rynek rwandyjski. W Kigali przecinają się szlaki handlarzy uranem, licencjami na wydobycie ropy naftowej, złotem i innymi surowcami naturalnymi, od których w Kongo aż się roi. Już choćby z tego powodu granica, którą przekraczaliśmy to żyła złota. Leon twierdzi, że gdyby nie kontrabanda i towarzyszące jej profity, celnicy, „wopiści” i inni funkcjonariusze graniczni już dawno by z posterunku zeszli i granicę zamknęli. Tym bardziej, że coraz częściej zdarza się, iż pogranicznicy nie otrzymują zapłaty za swoją pracę przez dwa, trzy miesiące.</p>
<p>- Gdybym żył z pensji – wyznał mi Leon po trzech piwach – moje dzieci już by z głodu pomarły. I dlatego, Leon i jego koledzy granicy pilnują, jak swego własnego biznesu. W ich kieszeniach ląduje połowa opłat wizowych, sięgających od 100 do 30 dolarów od osoby &#8211; za trzydniową wizę. Jako znajomy Leona zapłaciłem najniższą stawkę. Do celników należą opłaty celne, skonfiskowane przedmioty i drobna kontrabanda. Poważni przemytnicy, oficerowie sił pokojowych ONZ i inne VIP-y, jak choćby Honore i ja, przechodzą granicę poza kontrolą i kolejnością.</p>
<p>          Formalnie do Kongo samochodem wjechać może każdy, pod warunkiem, że jego cudzoziemski właściciel zapłaci opłatę tranzytową, sięgającą niekiedy ceny tego samochodu. Z tego powodu większość zmotoryzowanych zostawia samochody na przygranicznym parkingu. Zresztą gdyby nawet takiej opłaty nie było, kongijskie drogi i zachłanna policja są skuteczną barierą odstręczającą od wjazdu. Na granicy czekał na nas przyjaciel Leona, Bonifacy z potężnym Land Cruiserem. Z Bonifacym czułem się znowu pewniej.</p>
<p>  </p>
<p>Wikt i opierunek</p>
<p> </p>
<p>       W normalnym kraju, niech to będzie nawet Birma czy Boliwia, znajdujesz hotel na każdą kieszeń, o dowolnym standardzie higienicznym. Są też bary, pizzerie, restauracje, dzięki którym z głodu nie zejdziesz. Jeśli nawet zorganizowanej gastronomii chwilowo nie ma, są bazary, rynki, targowiska, na których każdy znajdzie coś do zjedzenia.</p>
<p>        Jednakże Afryka, jak się pewnie zorientowaliście, normalnym światem nie jest. O hotelach już pisałem przy okazji wizyty w Burundi. Nie jest z nimi łatwo, bo albo bardzo drogie, albo bardzo złe, ale jednak są. Gorzej z jedzeniem. Poza większymi skupiskami ludzkimi restauracji o standardzie porównywalnym z naszym przeważnie brak. Ludzie nie maja tam pieniędzy, po knajpach nie chodzą, a jeśli już, to przeważnie od święta, żeby wypić i pohulać. Tanie bary roją się od robactwa i gryzoni, targowiska zlokalizowane są na odległych peryferiach, w miejscach dla turysty niedostępnych i niebezpiecznych, więc znalezienie czegoś zjadliwego – ze względu na lokalne gusta i obyczaje kulinarne trudne. Żyzne Kongo, które mogłoby być zapleczem żywnościowym świata przedstawia pod tym względem wyjątkowe wyzwanie.<br />
       Od wyjazdu z Kigali minęło sześć godzin. Skończyła nam się woda i kupione w stolicy płatki ziemniaczane. Pragnienie współzawodniczy z głodem. Upalna pogoda wzmaga dyskomfort. Zatrzymujemy się przy budzie z szyldem <em>Fanta</em>. Jest tylko ciepłe piwo i żywy drób. Z odrażą rezygnujemy z jednego i drugiego. Dwa kilometry dalej sytuacja się powtarza. Z żywej kury rezygnuję, ale z ciepłego piwa już nie. Ulga jest niewielka, bo pół minuty później, całe piwo wsiąknęło w mojego T-shirta. Pod katedrą sprzedają wodę, kupujemy dużą butlę, znika w czeluściach gardeł trzech mężczyzn. Głodu wciąż nie mamy gdzie zaspokoić. W końcu jest barak z napisem „Restaurante”. Z szaszłyczków piekących się na prymitywnym grillu przed barakiem wydobywa się dość przyjemny aromat. Proponuję, żeby tu coś przekąsić. Bonifacy odradza, proponując jakieś „swojskie miejsce” poza miastem. Udaję, że nie słyszę. Honore też. Jesteśmy już naprawę głodni.</p>
<p>- Spytaj go z czego ten szaszłyk – rzucam kompromisowo. Bonifacy pyta. Kucharz – nastolatek coś odpowiada.</p>
<p>- Co powiedział?</p>
<p>- Że z mięsa…</p>
<p>- No, dobrze, spytaj go, z jakiego zwierzęcia to mięso? Bonifacy pyta.</p>
<p>- Chłopiec mówi, że nie wie. Bonifacy tłumaczy.</p>
<p>- No, to niech chociaż powie, jakie zwierzęta wchodzą w grę – upieram się, chociaż jeść mi się chce jak diabli. Bonifacy pyta. Chłopiec odpowiada. Bonifacy dziwnie na mnie patrzy.<br />
- I co ci powiedział? Że jakie zwierzęta?</p>
<p>- Nie chciałbyś wiedzieć jakie wymienił. Kucharz widząc moje zakłopotanie zawołał radośnie:</p>
<p>- This is good! Very good!</p>
<p>      Nie uwierzyłem mu. Przełknąłem ślinę, wsiedliśmy do Land Cruisera i głodni odjechali. Godzinę później, w jakiejś wiosce w drodze pod wulkan Nyiragonga zatrzymujemy się przy podobnym grillu. Bonifacy z dumą pokazuje, że to jest właśnie to „jego miejsce”. Nie chcę mu robić przykrości, rezygnuję z przesłuchania kucharza; zjadamy po trzy szaszłyczki. Są dość smaczne. Staram się nie myśleć z jakiego zwierzątka zostały sporządzone. Na wszelki wypadek proponuję zakupić butelkę dobrej irlandzkiej whisky, którą po powrocie z wycieczki obficie dezynfekujemy systemy trawienne.<br />
      Duch święty nad nami czuwał. Następnego ranka, w schludnym pensjonacie miejscowych pallotynów zbudził mnie zapach jajecznicy na boczku, dopiero co ubitego masła, pachnącego chleba i świeżo parzonej kongijskiej kawy.</p>
<p>       Jeśli się wie gdzie, nawet w Kongo można dobrze zjeść.</p>
<p> </p>
<p>Cdn.</p>
<p> </p>
<p>Jan M Fijor</p>
<p><a href="http://www.fijor.com/">www.fijor.com</a></p>
<p> </p>
<p> </p>
<p> </p>
<hr size="1" /><a href="http://www.fijor.com/wp-admin/#_ftnref1">[1]</a> Jest to oględne – a właściwie poprawne politycznie &#8211; określenie na członka plemienia Tutsi używane przez białych w rejonie „wielkich jezior”. W przeciwieństwie do długich, ludzie Hutu są nazywani „krótkimi”.</p>
<p><a href="http://www.fijor.com/wp-admin/#_ftnref2">[2]</a> Zarówno LA Central, jak i Chicago South są dzielnicami niemal w stu procentach zamieszkałymi przez czarnych, słynącymi z wysokiej przestępczości.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fijor.com/kongo-iii/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Kongo (II)</title>
		<link>http://www.fijor.com/kongo-2/</link>
		<comments>http://www.fijor.com/kongo-2/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 05 Nov 2009 15:01:01 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jan M. Fijor</dc:creator>
				<category><![CDATA[MOJE PODRÓŻE]]></category>
		<category><![CDATA[Kongo]]></category>
		<category><![CDATA[politycy]]></category>
		<category><![CDATA[wojna]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fijor.com/?p=1883</guid>
		<description><![CDATA[Kompleksy           Kongo, zwłaszcza wschodnia jego część to dziś jeden z najmniej bezpiecznych obszarów na Ziemi. Nie jest tam, co prawda, tak groźnie jak w Somalii czy Darfurze, choć kto wie.  Opowiadał mi w czasie lotu z Kigali do Entebbe belgijski dyplomata, pracujący w Mogadiszo, że w Somalii biały człowiek cieszy się respektem i, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Kompleksy</p>
<p> </p>
<p>        Kongo, zwłaszcza wschodnia jego część to dziś jeden z najmniej bezpiecznych obszarów na Ziemi. Nie jest tam, co prawda, tak groźnie jak w Somalii czy Darfurze, choć kto wie.  Opowiadał mi w czasie lotu z Kigali do Entebbe belgijski dyplomata, pracujący w Mogadiszo, że w Somalii biały człowiek cieszy się respektem i, poza drobnymi kradzieżami czy postrzeleniem przez zabłąkaną kulę jakiegoś watażki, nic poważniejszego mu nie grozi. W Kongo nawet takiego szacunku ze strony miejscowych nie ma.</p>
<p> </p>
<p>Kompleks reportera</p>
<p> </p>
<p>        Po co więc pojechałem do kraju, w którym – poza garstką goryli w rezerwacie Virunga, jeśli ma się szczęście &#8211; niczego ciekawego obejrzeć nie można, niczego wartościowego kupić, gdzie są nawet problemy z codziennym wyżywieniem, a przy tym koszty pobytu – ze względu na drogie bilety lotnicze, brak bezpieczeństwa i inne niedogodności, które trzeba pokonywać na każdym kroku są porównywalne z tym, co by się wydało w cudownym Rzymie czy na Fiji? Wiem, co mówię. I w jednym i w drugim miejscu byłem tuż przed wyjazdem do Kongo.</p>
<p>      Ja do Kongo pojechałem na wojnę. Po prostu chciałem coś przeżyć. Zrobiłem to z pełną świadomością, z zabezpieczeniem, ale nie ukrywam, że ta podróż była „szukaniem guza”. Dlaczego? Aby leczyć się z kompleksu.</p>
<p>     Nigdy nie byłem korespondentem wojennym. Facetem z dużą ilością adrenaliny i charakteru, który nie waha się pakować na linię strzału jakichś rozjuszonych rebeliantów z Timoru Wschodniego, czy talibów z Pakistanu. Który każdego dnia, tygodnia, ba, godziny ryzykując życie, niewygody i cierpienia przebija się przez linie wroga, żeby móc na żywo przekazać jakiś szczegół na temat stanu zabitych i rannych w danej potyczce. Z zazdrością czytałem doniesienia korespondentów wojennych czy sprawozdawców z walki z <em>narcotraficantes </em>z najbardziej niedostępnych i niebezpiecznych rejonów globu. Sam nie miałem takiego „szczęścia” i, co najwyżej, koło wojny przejeżdżałem (Bośnia, Chorwacja, Salwador), handlarzy narkotyków widziałem z okna autokaru w Copocabana w Boliwii i w Tijuana (Meksyk), a świadkiem trzęsienia ziemi (Kostaryka) czy zamachu bombowego (Argentyna, 1978) stałem się przez czysty przypadek i to mimo woli.</p>
<p>       Chciałem więc chociaż raz uczestniczyć w takiej akcji, albo przynajmniej być w jej pobliżu. Mniej więcej rok temu byłem tuż tuż, ale w ostatniej chwili ominęła mnie („ze względu na wysokie zagrożenie utratą życia” – napisał organizator, jedna z amerykańskich organizacji dziennikarskich) „wycieczka” do Mogadiszu; do Iraku czy Afganistanu nie mam szans wyjechać, poza tym tamtejsza wojna pozbawiona jest krzty romantyzmu, w Darfurze i Erytrei nie miałem kontaktów, a z braku innych bliższych wojen, najbliższa, jaką mogłem zobaczyć z bliska, rozgrywała się w Kongo.</p>
<p>      <span id="more-1883"></span>   Co tam korespondentem wojennym! Ja nie byłem nigdy nawet regularnym korespondentem pokojowym. Do wyjazdu z Polski w 1985 roku nie wysłano mnie w charakterze korespondenta zagranicznego żadnej gazety, radia czy telewizji. Moi przełożeni nie brali mnie do takiej roli pod uwagę, mimo iż do tej pracy chyba się nadaję. Znam języki, łatwo nawiązuję kontakty, jestem uparty, pomysłowy, znam świat i, co ważniejsze, mam tzw. szczęście. Wychodziłem z nie lada opałów; z peruwiańskiego więzienia, śmiertelnego cyklonu na meksykańskiej wysepce, z zasadzki na turystów przygotowanej przez bandziorów w pobliżu Sabana Grande w Caracas, czy z szarży oszalałego słonia w Johor Bahru (Malezja).</p>
<p>      Przez całe swoje dziennikarskie życie, jeśli kiedykolwiek nadawałem jakieś relacje zagarniczne, to tylko wtedy, gdy sam je sobie zorganizowałem. Nawet na Mundiale do Argentyny, Hiszpanii i w Meksyku wyjechałem za swoje pieniądze. Wprawdzie raz obiecano mi wyjazd jako sprawozdawcy „Słowa Powszechnego” towarzyszącego pielgrzymce Jana Pawła II do USA, ale gdy przyszło co do czego, pojechał ktoś inny. Nie miałem szczęścia? Nie wierzyli we mnie? Pewnie też. Może byłem za słaby, może nie umiałem się do przełożonych umizgiwać, zabiegać o ich względy, przekonywać.</p>
<p>       Wtedy w 1979 roku też, to ja miałem więcej doświadczenia, a zwłaszcza udany chrzest reporterski na Mundialu w Argentynie, gdzie nie dość że sam za siebie płaciłem, to jeszcze organizowałem sobie akredytację, hotele, kontakty, a nawet połączenie teleksowe. Mimo to zamiast mnie wysłali za papieżem faceta, który był tłumaczem tekstów teologicznych i którego przerażała perspektywa wyjazdu w delegację do Białej Podlaskiej. Efekt był taki, że w ciągu siedmiodniowej pielgrzymki ani raz papieża nie widział. W czasie, gdy Ojciec Święty był w Bostonie, „korespondent” oczekiwał Go Nowym Jorku, gdy papież poleciał do Filadelfii, korespondent szukał Jana Pawła II w Bostonie, w końcu po trzech dniach takiej zabawy w papieża i myszkę załamał się, ugrzązł w którymś z hotelików przy 42nd Street i Times Square, gdzie pił na okrągło do końca pielgrzymki. Po powrocie napisał potężny materiał, który okazał się być plagiatem reportażu z Osservatore Romano.</p>
<p>       W czasach, w których mogłem wyjeżdżać, nie brano mnie pod uwagę, bo nie pasowałem do klucza. Kiedy już mogłem pasować, wyjechałem z Polski. Nosiłem w sobie kompleks niespełnionego reportera. Dlatego możliwość wyjazd do Kongo potraktowałem jak swoisty chrzest bojowy. Co prawda, od późnej wiosny 2009, tocząca się tam od dwóch lat wojna domowa nieco przycichała, świadomość zagrożenia jest wciąż duża. Zetknąłem się z nią już w Burundi, gdy wybrałem się z Bujumbura drogą prowadzącą do granicy z Kongo wzdłuż jeziora Tanganika, by obejrzeć z bliska stado hipopotamów i krokodyli zamieszkujące graniczną rzekę Ruzizi (na zachód od Bujumbura). Do Konga jednak nie dojechałem, nie widziałem nawet dzikich zwierząt w rezerwacie, gdyż właśnie tam, w końcu września (2009) pojawiły się „pojedyncze oddziały rebeliantów” spod znaku rwandyjskiego FNL, którzy w trójkącie Bukavu-Goma-Gisenyi urządzili sobie bazę wypadową, skąd już od kilku lat paraliżują prawie dwa miliony zamieszkujących tam ludzi. I nie ma znaczenia czy to Hutu terroryzują Tutsi, czy odwrotnie, z braku możliwości zajęcia się czymś pożytecznym liczą się zrabowane łupy i „rozkosz” zabijania. Informował o tym podróżujących strażnik rzecznego rezerwatu hipopotamów i tabliczka z napisem „Danger! Zone Protegee!” umieszczona kilka kilometrów za miasteczkiem Gatumba, opodal granicy z Kongiem.</p>
<p>      Mimo to nie dałem za wygraną i kiedy dwa tygodnie później nadarzył się wyjazd do Goma, z entuzjazmem się nań zgłosiłem.</p>
<p> </p>
<p>Kompleks militarny</p>
<p> </p>
<p>      Pytają mnie nieraz znajomi, czy nie boję się dzikich zwierząt. Nie, nie boję się.</p>
<p>      Poza wężami, a i to trzeba mieć pecha, żeby trafić na okaz jadowity, a dodatkowo zdeterminowany do ataku na tyle, by chciało mu się tracić energię na atak na człowieka, zwierzęta zachowują się na ogół „racjonalnie”. Jeśli są głodne, to chcą coś zjeść. Przy czym nawet żarłoczne rekiny za ludziną nie przepadają. Wolą zdecydowanie dziczyznę, a z niej mięso swoich roślinożernych sióstr i braci. Jeśli ktoś lub coś je wystraszy, to albo uciekają w popłochu, albo w popłochu atakują. To samo, gdy ktoś im dokuczy albo zburzy spokój ogniska rodzinnego lub sjesty. Atakujące zwierzę działa impulsywnie, nie jest jednak mściwe. Stara się usunąć przyczynę „dyskomfortu” najmniejszym nakładem energii i czasu. Tylko pojedynki godowe, walka o samicę może trwać dłużej albo do ostatniej kropli krwi. Szarżująca, rozwścieczona lwica – czy to ze strachu czy, częściej, w obronie potomstwa &#8211; pacnie zagrażającego jej człowieka i jeśli nie ma szczególnego apetytu, ryknie kilkakrotnie i odejdzie. Chyba, że została dodatkowo przez swego nieprzyjaciela zraniona. Wtedy szaleje i w tym napadzie szału może nawet zabić. Opowiadał mi amerykański pastor Lane Custor, misjonarz z Kisoro w Ugandzie, że w świecie zwierząt tylko raniony nosorożec, hipopotam i oszalały z samotności słoń atakują z mściwą pasją i nawet po zabiciu swej ofiary jeszcze się nad jej zwłokami pastwić. Ale nawet w takiej sytuacji zabijają humanitarnie; szybko i sprawnie. Żeby ofiara się nie męczyła?</p>
<p>      Co innego człowiek. Ten jest nieprzewidywalny. Zanim tuzin rozwrzeszczanych bandytów zabił w końcu Ndole, wieśniaczkę z Keshero na przedmieściach Goma i jej rocznego synka, znęcali się nad dziewczyną kilka godzin, gwałcąc ją, kopiąc i oblewając uryną. Nie pomagały błagania matki o śmierć, żeby tylko zostawili w spokoju dziecko. Nie zostawili. Dla zabawy? Z głupoty, a może okrucieństwa? Nikt tego nie wie. Dlatego pewnie Arkady Fiedler mówił, że żadne zwierzęcia nie jest tak groźne jak człowiek.</p>
<p>     Nie skarżę się, nie. Nie uważam też, że ludzie są dzicy czy źli. Bo nie są, czego dowodem jest chociażby fakt, że z każdej podróży wracam cały i zdrowy. Po prostu przekazuję obserwację. Agresja wstępuje najczęściej u tych, którzy mają pilnować porządku i pomagać innym; wojsko, policję, urzędników granicznych i innych przedstawicieli państwa. To oni agresję organizują i podsycają. W imię walki politycznej, idei, rasy którą reprezentują. Nie trzeba jechać do Afryki czy Ameryki Południowej, żeby się o tym przekonać.</p>
<p>      Gdyby świat sprywatyzować, zabrać z rąk polityków i przekazać biznesowi nie byłoby wojen. Czy izraelski piekarz strzelałby do swoich palestyńskich klientów? Albo sklepikarz z Goma, czy byłby w stanie podpalić wieśniakom z Kibati dom i zgwałcić ich córki, wiedząc, że oni przecież mogą być klientami jego sklepu z dżinsami? Najlepszy dowód, że między biznesami, jeśli nie liczyć wojen konkurencyjnych, agresywnych wojen nie ma. Nie zdarzyło się, jak dotąd, żeby zarząd Hondy wydał rozkaz zbombardowania fabryk BMW, albo „McDonald’s” zatruł wodę „Burger Kingowi”. Za dużo mają do stracenia. Nie dość, żeby poszkodowani wzięli ich do sądu i zażądali gigantycznych odszkodowań, to na dodatek, o takich praktykach dowiedziałaby klientela i natychmiast od nich odsunęła. Co to za biznes, który nie potrafi funkcjonować na zasadach fair play? A jakie konsekwencje ponosi rząd,  prezydent tego czy innego państwa, który bez wahania wysyła na bój swoich żołnierzy, aby zabijali wojaków prezydenta innego kraju.</p>
<p>       Biznes nie jest agresywny, politycy tak, bo biznes na zabijaniu swoich potencjalnych klientów traci, a politycy nie. Nie tylko nie tracą, oni na wojnie zyskują. George W. Bush, w nagrodę za wywołanie dwóch agresywnych wojen został wybrany na drugą kadencję! Dla niego, dla Hugo Chaveza, do niedawna też dla Fidela Castro agresja była okazją do pokrycia swej nieudolności i miernoty. Argentyńscy generałowie w 1983 roku napadli na Wyspy Falklandzkie należące do Wielkiej Brytanii, aby odwrócić uwagę od kryzysu gospodarczego targającego krajem. Putin, Arafat, czy junta birmańska w działaniach agresywnych usiłuje ukryć własne grzechy i zbrodnie. Po „zwycięskiej” wojnie dostaną order, po śmierci, a czasem nawet wcześniej, rozpalony „patriotyzmem” i szowinistyczny tłum zbuduje im pomniki.</p>
<p>      Wojna, z politycznego punktu widzenia jest intratnym zajęciem. Opowiadał mi kiedyś w Kanadzie pewien Serb, z zawodu krawiec, że wojna na Bałkanach, w której brał udział, wybuchła – podobnie zresztą jak niemal wszystkie wojny &#8211; z biedy i beznadziei:</p>
<p>- Nie mieliśmy pracy, pieniędzy, zainteresowań, więc dla zabicia czasu i trochę dla rozrywki zabijaliśmy i gwałcili. Wstawało się rano, myło, goliło i ubierało, i zamiast do pracy, szliśmy powalczyć. Postrzelać sobie do żywego człowieka.</p>
<p>         Politycy dorobili mu ideologicznego usprawiedliwienia dla łajdactwa. Z krawca stał się zabijaką. Szyć nie było dla kogo, ale on miał zajęcie. Nie dość tego, był podziwiany. Ludzie częstowali go śliwowicą, dawali jedzenie, czasem nawet odstępowali sypialnię wraz z córką lub małżonką, bo uważali, że walczy za ich sprawę. Kiedy był krawcem nikt go nawet nie zauważał, a tak stał się bohaterem! Karadżić, Miloszewicz byli zdziwieni, kiedy im zarzucono zbrodnię ludobójstwa. Jakie ludobójstwo!? Chronili świat przez islamem, Jugosławię przed rozpadem. Co tu się dziwić Afrykanom, że z takim entuzjazmem do siebie strzelają, skoro od wieków robią tak Europejczycy, ostatnio także Amerykanie. Prezydent Obama w czasie kampanii prezydenckiej, kiedy jeszcze nie wierzył w swoje zwycięstwo powiedział, że „wojna jest dla rządu Busha przykrywką do walki z kryzysem gospodarczym”. Nie jest przyczyną kryzysu, lecz dobrodziejstwem, które ma go zredukować. Po wyborze Barracka Obamy na prezydenta niewiele się nie zmieniło. Obietnica zakończenia wojny pozostaje obietnicą. Tajemnicą poliszynela jest to, że w obliczu dwucyfrowego bezrobocia Biały Dom nie wie, co zrobić z trzystoma tysiącami zdemobilizowanych żołnierzy, doradców, kontraktorów, dostawców i pracującym na ich potrzeby zapleczem militarnym. I dlatego mami się opinię publiczną „potrzebą kontynuowania budowy demokracji w Iraku”. Wystarczyło jednak dać Irakijczykom, Afgańczykom swobodę, postawić na ich przedsiębiorczość, chciwość i pracowitość; pozwolić im się bogacić i zapomnieć o demokracji. Tak jak to uczynili po II wojnie światowej najpierw Niemcy, Japonia, potem Hongkong, Tajwan, Singapur, a ostatnio Chiny.<br />
      Ale skąd prezydent Bush, Obama, Blair, Barroso, czy Brown mają to wiedzieć, jeśli nie przepracowali w swoim życiu ani godziny na swoim. To samo dotyczy tysięcy doradców, personelu wojskowego, dyplomatów i tym podobnych etatystów – nieudaczników. Oni nikogo przedsiębiorczości czy wolności nie nauczą. Zamiast tego uczą ich salonów, biurokracji, poprawności politycznej, czy takich wynalazków Zachodu jak feminizm i gejowskich małżeństw. Trzeba ludzi zająć pracą, handlem, spekulacją, a nie polityką i zabijaniem.  Czy trudno się dziwić, że w Bagdadzie, Gomie, Bujumbura czy Mogadiszu nie ma wody, światła, pracy, jest za to przemoc i beznadzieja.</p>
<p> </p>
<p>Cdn.</p>
<p> </p>
<p>Jan M Fijor</p>
<p><a href="http://www.fijor.com/">www.fijor.com</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fijor.com/kongo-2/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>6</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
