<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Fijorr Publishing &#187; kryzys</title>
	<atom:link href="http://www.fijor.com/tag/kryzys/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.fijor.com</link>
	<description></description>
	<lastBuildDate>Fri, 30 Jul 2010 20:28:47 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.0</generator>
		<item>
		<title>Dokąd zmierzasz Ameryko</title>
		<link>http://www.fijor.com/dokad-zmierzasz-ameryko/</link>
		<comments>http://www.fijor.com/dokad-zmierzasz-ameryko/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 15 Jan 2010 22:08:59 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jan M. Fijor</dc:creator>
				<category><![CDATA[PUBLICYSTYKA]]></category>
		<category><![CDATA[kryzys]]></category>
		<category><![CDATA[Obama]]></category>
		<category><![CDATA[USA]]></category>
		<category><![CDATA[zawiedzione nadzieje]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fijor.com/?p=1988</guid>
		<description><![CDATA[  Od redakcji: mimo iż nie podzielamy argumentacji  Autora tłumaczącej przyczyny niektórych z poruszanych problemów, zgadzamy się jak chodzi o większość bolączek targających współczesną Ameryką. Tekst ten może być także punktem wyjścia do dyskusji nad przyszlością USA i kapitalizmu. (na zdjęciu Centrum Chicago) Podsumowanie roku 2009 Zawiedzione nadzieje Minął rok rządów Prezydenta Obamy. Entuzjazm, jaki miała młodzież amerykańska [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignleft size-medium wp-image-1992" title="USA MAY 2009 013" src="http://www.fijor.com/wp-content/uploads/2010/01/USA-MAY-2009-013-300x225.jpg" alt="USA MAY 2009 013" width="300" height="225" /></p>
<p> </p>
<p>Od redakcji:</p>
<p>mimo iż nie podzielamy argumentacji  Autora tłumaczącej przyczyny niektórych z poruszanych problemów, zgadzamy się jak chodzi o większość bolączek targających współczesną Ameryką. Tekst ten może być także punktem wyjścia do dyskusji nad przyszlością USA i kapitalizmu.</p>
<p>(na zdjęciu Centrum Chicago)</p>
<p>Podsumowanie roku 2009</p>
<p><strong>Zawiedzione nadzieje</strong></p>
<p>Minął rok rządów Prezydenta Obamy. Entuzjazm, jaki miała młodzież amerykańska w stosunku do niego osłab. Będzie cudem, jeśli wybiorą go ponownie. Ja osobiście, kiedyś oddany konserwatysta, głosowałem na niego, przedstawiciela Partii Demokratycznej, gdyż było dla mnie jasnym, że dwie kadencje prezydenta G W Busha doprowadziły mój kraj do ruiny, głównie przez dwie wojny w Iraku i Afganistanie. W drodze do tych, właściwie przegranych, wojen pomagało mu jego otoczenie agresywnych nowo-konserwatystów, którzy plany do tych wojen spreparowali na długo przed ich wydaniem. Spodziewałem się, na równi z milionami innych, że wybór Obamy wymusi zmianę kierunku w amerykańskiej polityce. Niestety wątpliwości zaczęły się u mnie pojawiać w ciągu pierwszego miesiąca jego rządów. Obama zaczął się otaczać tymi samymi ludźmi, którzy doprowadzili do krachu ekonomicznego nie tylko w USA ale i na świecie, a także kiedy teczkę ministra spraw zagranicznych powierzył Hilary Clinton, osobie która entuzjastycznie przyklaskiwała polityce militarnej agresji, eufeministycznie zwanej: „Obronie z wyprzedzeniem”.</p>
<p><span id="more-1988"></span></p>
<p><strong>Bankierzy </strong><br />
Co do powodów obecnego krachu gospodarzącego, w prasie pojawiają się setki różnych tłumaczeń. Jednymi z nich jest brak finansowego nadzory na machinacjami oligarchów, czyli bankierów. Przystańmy na chwile nad tym wytłumaczeniem i skonfrontujmy go z rzeczywistością<br />
Bankierzy nie urodzili się dzisiaj ani wczoraj. Ich wpływ rósł od wielu lat poprzez kolejne rządy Demokratów i Republikanów. To stało się dzisiaj nie jest winą ostatniej generacji finansowych „talentów”. Ich syreni głos uwodził kolejne rządy od wielu lat, być może od czasów Prezydenta Kennediego, który popierał globalizację i walczył o zniesienie cel. Trudno się było oprzeć ich argumentacji, która łechtała próżność Amerykanów. My Amerykanie nie jesteśmy stworzeni do pracy umorusanymi rękoma. My mamy największy stopień inteligencji. My będziemy zarządzać światem poprzez system bankowych powiązań. My zainwestujemy pożyczone pieniądze w fabryki w dalekich krajach o taniej sile roboczej, a zyski spłyną do nas bez specjalnego wysiłku. Internet ułatwił i potwierdził możliwość tego konceptu.<br />
Kiedyś Niemcy uważali, że są Narodem Panów. Podobny zarzut można postawić kolejnym amerykańskim administracjom. Koncepcja Narodu Panów kosztowała Niemców 8 milionów zabitych, nie mówiąc o 50 milionach innych obywateli, uśmierconych przez hitlerowska maszynę wojenna. Koszt koncepcji „Narodu Panów” dla Ameryki ciągle czeka na podliczenie, jako że problem jest, jak to się mówi, rozwojowy.</p>
<p><strong>Nomenklatura</strong><br />
Jeszcze w czasie II wojny światowej, jako dziecko, widziałem hitlerowski rysunek amerykańskich bankierów, jako pejsatych Żydów, siedzących na workach złota, palących grube cygara. Ta satyra była powtarzana z pewnymi zmianami przez sowietów. Prawda dzisiejsza jest jednak inna. Bankierami nie są bogaci właściciele banków. Bankierami są absolwenci amerykańskich szkol biznesu, którzy są niczym innym niż najemnym urzędnikami, w gruncie rzeczy proletariuszami. Ci z górnej półki stanowią nic innego niż Amerykańską Nomenklaturę, czyli są ludźmi którzy raz wyznaczeni na role finansowych geniuszy nigdy nie mogą spaść poniżej tego poziomu. Czasy i rządy się mogą zmieniać, ale Nomenklatura jest zawsze gotowa służyć nowej władzy. Jest za to sowicie wynagradzana, wielomilionowymi, jeśli nie miliardowymi bonusami.<br />
Nomenklatura Bankierów oszukuje akcjonariuszy, czyli kapitalistów, przez wypłacanie sobie horrendalnych uposażeń w momencie, kiedy ich banki plajtują.</p>
<p><strong>W Ameryce mamy Marksizm postawiony na głowie. </strong><br />
<strong>Proletariusze- bankierzy, wykorzystują kapitalistów!</strong></p>
<p>Pazerność komunistycznych sekretarzy blednie w ich świetle.<br />
Jeśli zirytowani akcjonariusze (kapitaliści), korporacji które bankrutują próbują ukrócić ich bonusy, wtedy krzyk się podnosi, że ich banki mogą stracić wielkie talenty. Co to za talenty, które nie przewidziały katastrowy ekonomicznej wynikającej w dawania pożyczek tym, którzy jak było wiadomo, nie mogli ich spłacić, albo tworzeniem skomplikowanych „produktów finansowych”, którymi handlowanie zakrawa na oszustwo?<br />
<strong>Oto kwiatuszek z finansowej łączki.</strong><br />
W dniu 13 stycznia 2010 odbyło się przesłuchanie przez Komisję Kongresu czterech prezesów wielkich banków odpowiedzialnych za złamanie się amerykańskiego systemu finansowego w roku 2009.</p>
<p><em><strong>W czasie przesłuchania, przewodniczący panelu, Pan Phil Angelides, powiedział prezesowi wielkiej firmy inwestycyjnej, Goldman Sachs, Panu</strong></em><br />
<em><strong>Lloyd C.Blankfein, że moralność jego banku można porównać do moralności sprzedawcy samochodów z uszkodzonymi hamulcami, który jednocześnie kupuje ubezpieczanie na życie nabywców (będąc pewny ich śmierci). </strong></em></p>
<p>W tym wypadku chodziło o sprzedaż drobnym inwestorom długów hipotecznych, o których banki wiedziały, że są bezwartościowe z jednoczesnym inwestowaniem własnych pieniędzy w ubezpieczenia na wypadek ich bankructwa. Po załamaniu się rynku nieruchomości, firma Goldman Sachs zarobiła na tej operacji niebywałą fortunę i podzieliła się nią w postaci premii ze swymi pracownikami z „górnej półki”.<br />
Nomenklatura Finansowa i Korporacyjna wymienia swe stołki okazyjnie z Nomenklatura Rządową, zajmując poczesne stanowiska i administracji i wracając do banków jak ich zadania w rządzie się skończyły, albo się tam skompromitowali. Przykładem takiej osoby może być niejaki „myśliciel”, Paul Wolfowitz, vice minister obrony w rzadze G.W. Busha, architekt wojny w Iraku. Prezydent Bush „za jego zasługi” próbował go wcisnąć do Banku Światowego, gdzie Wolfowitz szybko się skompromitował zatrudniając tam swoją przyjaciółkę, Panią Shaha Riza, z pensją przekraczającą poziom przyzwoitości. Członkowie Banku Światowego nie mogli znieść Wolfowitza impertynencji, co nie znaczy że został bezrobotnym. Jest teraz wizytującym naukowcem w American Enterprice Institute, zwanym Zbiornikiem Myśli (Thinktank), gdzie się „konserwuje” takich jakich on dla celów późniejszego użycia. Teraz zajmuje się on walką z głodem w Afryce i konsultuje na temat rozwoju amerykańskiego biznesu z Tajwanem. Nawiasem mówiąc w latach 2002-2005 polski polityk, Radek Sikorski, był członkiem tego samego Instytutu.</p>
<p><strong>Problem Podstawowy-Bezrobocie</strong><br />
Znany dziennik międzynarodowej finansjery, Financial Times, w ostatnim wydaniu z dnia 9-10 stycznia 2010, podaje grubym drukiem: „USA pod uderzeniem 85 tysięcy nowych bezrobotnych”. Jednocześnie prasa amerykańska i TV zaciemniają tragiczny obraz stanu amerykańskiej gospodarki przez podawanie, że już odbiliśmy się od dna kryzysu, albo, że „zmniejsza się szybkość wzrostu bezrobocia”. Rząd używa rożnych trików aby zaciemnić tragiczny obraz sytuacji. Jedna z metod fałszowania rzeczywistego stanu bezrobocia jest sposób jego kalkulacji. Do bezrobotnych zalicza się jedynie tych, którzy pobierają zasiłek dla bezrobotnych i szukają aktywnie pracy. Oficjalne statystyki podają, że mamy 10% bezrobotnych, aczkolwiek po podliczeniu tych, którzy przestali szukać pracy albo zatrudnieni są jedynie czasowo, podnosi procent ilość bezrobotnych do 17%.<br />
Finacial Times podaje, że w grudniu 661 tysięcy Amerykanów zrezygnowało z szukania pracy, gdyż stracili nadzieję na jej znalezienie. Ci ludzie nie zaliczają się do statystyki bezrobotnych. Ocenę gazety potwierdzają moje własne obserwacje z bliskiego otoczenia. Bezrobocie stało się podstawowym problemem Ameryki i odsuwa na dalszy plan inne problemy, nawet gloryfikowaną, chroniczną, „wojnę z terrorem”.</p>
<p><strong>Korupcja</strong><br />
Prasa i rząd amerykański trąbią na cały świat, że walczą z korupcją. Hilary Clinton jeździ po świecie i sprzedaje receptę na korupcyjne antidotum. Jej receptą jest system demokratyczny-dwupartyjny. Rzecz polega na tym, że oligarchia polityczno finansowa Ameryki wypracowała sobie niezawodną metodę kontroli krajów „demokratycznych” nie skorumpowanych, czyli przestrzegających litery prawa.<br />
Mało kto zauważa, że litera prawa w krajach tak zwanych demokratycznych, jest ustalana przez Nomenklaturę i dla Nomenklatury. Oczywiście ich działalność nie jest „skorumpowana”, gdyż odbywa się zgodnie z literą prawa. Tak zresztą zawsze było od stuleci, aczkolwiek wtedy w czasie rządów feudalizmu albo nawet komunizmu, dla społeczeństwa było jasne, że klasy wyższe włącznie z wierchuszką partyjną maja inne, lepsze, uprawniania.<br />
Rozdzieranie szat na korupcją marionetkowych rządów w Afganistanie i Iraku, zakrawa na szyderstwo. Wynika to z tego, że społeczeństwa tamtych krajów od stuleci rządziły się metodami feudalnymi i szczepowymi, które nie są zrozumiale dla amerykańskich „specjalistów” od ustawiania wasalnych rządów. Po prostu nie udaje się nam wcisnąć ich w Amerykański kaftan bezpieczeństwa. Dla porównania, metody sowieckie, oparte na pseudo ideologii bratnich partii komunistycznych były dużo bardziej efektywne we Wschodniej Europie, chociaż także, na szczęście, zawiodły na innych kontynentach.</p>
<p><strong>Wolność Słowa</strong><br />
W porównaniu z wieloma innymi krajami, tradycja wolności słowa została zapisana w konstytucji amerykańskiej i niezwykle trudna ją z tej konstytucji skreślić, chociaż kolejne rządy i wpływowe grupy starają się o zwężenie tego, co wolno pod przykrywką zarzutów pornografii, mowy „nienawistnej”, rasizmu, ksenofobi lub antysemityzmu. Ograniczenie wolności słowa jest w interesie zarówno rządu jak i wpływowych grup, które poprzez monopolizacje mediów, ograniczają dyskusję do tematów im przyjaznych i dla nich korzystnych. W ostatnim dziesięcioleciu pojawił się jednak czynnik, który niezwykle trudno poddać kontroli. Jest nim Internet. Internet ogranicza rolę prasy i pozwala na dostęp do wiadomości z krajów odległych a nawet nam wrogich. Ostatni rozwój technologii automatycznego tłumaczenia z jednego języka na drugi, umożliwia korzystanie z wiadomości publikowanych w innych krajach w innych niż angielski językach. W gruncie rzeczy Internet w dużej mierze zniweczył inwestycje grup rządzących w media, a w każdym razie ich wpływ znacznie ograniczył. Ciągle wzrastająca popularność Internetu jako metody przekazywania informacji politycznej zagroziła także kontroli rządu nad umysłami podległych im społeczeństw.<br />
Zjawisko jest podobne do wynalezienia druku który odebrał monopol pisanego słowa kościołowi i zakonom.<br />
Czy wiec w Ameryce mamy wolność słowa i dlaczego rząd nie eliminuje tej wolności w sytuacji w ramach „walki z terrorem”, w czasie, kiedy kraj nasz prowadzi dwie wojny a do trzeciej się szykuje. Dlaczego więc agenci poprawności politycznej nie rekwirują nam komputerów w nocnych rewizjach?<br />
Pochodzi to chyba z tego, że większość wyborców jest zbyt leniwa, aby korzystać z Internetu i źródeł w nim zawartych i ogranicza się do oglądania telewizji.<br />
Tak długo jak przeciętny Amerykanin spędza 5 godzin dziennie przed telewizorem, oglądając sport lub opery mydlane, tak długo wąska gruba politycznych rebeliantów czerpiąca informacje z Internetu może być ignorowana i cieszyć się będzie tymczasowo wolnością słowa.<br />
Sytuacja może się radykalnie zmienić, jeśli procent bezrobotnych przekroczy masę krytyczną i głodni bezrobotni zaczną palić domy tych którzy ciągle pracują.</p>
<p><strong>Przemysł Amerykański</strong><br />
W statystykach PNB (Produktu Narodowego Brutto) przemysł wytwórczy stanowi 14% PNB i zatrudnia 11 % wszystkich pracowników. Udział „usług” rożnego rodzaju jak bankowość, ubezpieczenia, restauracje, szpitalnictwo i usługi rządowe stanowią 80% PNB. Z 14% udziału przemysłu wytwórczego w 80% stanowi udział przemysłu zbrojeniowego. Z tego wynika, że udział produkcji dóbr cywilnego użytku stanowi około 2,4% Produktu Narodowego Brutto.<br />
Skąd się wiec bierze to zatłoczenie sklepów obfitością towarów. Bierze się z importu głownie z Chin. Jak my za to płacimy? Płacimy im papierowymi dolarami, za które Chińczycy kupują nasze obligacje pożyczkowe. Wszyscy udają, że taki iluzoryczny biznes może trwać w nieskończoność, aczkolwiek wiadomo, że dni jego są policzone i bieżący kryzys jest jedynie przedwiośniem wielkiej katastrofy.<br />
Export pracy do krajów trzeciego świata, głównie Chin i Meksyku, spowodował rosnące bezrobocie, ponieważ bezrobocie w produkcji przenosi się na bezrobocie w usługach.</p>
<p><strong>Wojsko</strong><br />
Kto wiec zyskał na bezrobociu? Zyskało wojsko najemne, jako że brak pracy spowodował napływ młodych ludzi do wojska jako jedynej alternatywy.<br />
Najemne wojsko, wprowadzane także ostatnio w Polsce, ma tą zaletę polityczną, że rząd nie musi się liczyć z opinią społeczeństwa przy organizowania kolejnych wojen „prewencyjnych” na świecie.<br />
Przy starej armii opartej na powszechnym obowiązku wojskowym, rząd spotkał by się z opozycją społeczeństwa, którego dzieci mieliby być wysyłani na awanturnicze eskapady, których wartości trudno wytłumaczyć.<br />
Dzisiaj, 12 stycznie 2010, w dzienniku The New York Times, znajduje się wielkie ogłoszenie Gwardii Narodowej, gdzie obok zdjęcia umundurowanego młodego mężczyzny i kobiety napisano:<br />
<strong>„Gdziekolwiek interesy Ameryki są zagrożone Gwardia Narodowa ciężko pracuje”.</strong><br />
Gwardia Narodowa wedle oryginalnych założeń miała zajmować się bezpieczeństwem wewnętrznym Ameryki a także interwencja w wypadkach katastrof naturalnych.<br />
Dzisiaj jednak zatarła się różnica miedzy regularna armią i gwardią narodową, która dzisiaj walczy w Afganistanie i Iraku.<br />
Ciekawe jest jednak użycie słowa <strong>„interesy”</strong> w tym ogłoszeniu. Ci, którzy pisali tekst po prostu powiedzieli nieprzyzwoitą prawdę, że nie chodzi nam o bezpieczeństwo albo wolność Ameryki, ale o partykularne interesy. Mimo wielkich ogłoszeń i wielkiego bezrobocia Ameryka ciągle nie ma wystarczająco dużo żołnierzy, aby pokryć swoje globalne ambicje. Oczywiście sojusznicy, jak Polska, pomagają jak mogą, niemniej ciągle żołnierzy brakuje. Wynajmuje się, zatem kontraktowych najemników, którym się dobrze płaci poprzez specjalizujące się w rekrutacji firmy „ochroniarskie”. Ciekawym jest jak długo będziemy mogli rozszerzać sferę naszych „interesów” bez powrotu do powszechnej, obowiązkowej rekrutacji?</p>
<p><strong>Kredyty</strong><br />
Od rana do nocy wszystkie amerykańskie media a także politycy, łącznie Prezydentem Obamą nawołują banki do ułatwienia kredytów dla przemysłu wielkiego i drobnego. Kredyt ma być lekarstwem na wszystkie gospodarcze bolączki. Ludziom już tak wyprano umysły, że nie wyobrażają sobie, że można zarabiać pieniądze bez szczudła kredytu. Zarówno rząd jak i media zapomnieli, na czym polega system kapitalistyczny. Może Lenin miał racje, że system kapitalistyczny poprzez konsolidacje przestał działać wedle założeń jego twórców i filozofów, jak Adam Smith.</p>
<p><strong>Konkluzja</strong><br />
Jeśli moje opinie są krytyczne, nie wynika to z osobistych uprzedzeni do Stanów Zjednoczonych, w których żyłem dłużej niż w jakimkolwiek innym kraju i którego dobro leży mi głęboko na sercu. Raczej chodzi mi o utrzymaniu jego wielkości i przyzwoitości. w opinii świata i przyszłych pokoleń. Zjawisko megalomanii, które ostatnio obserwuję w polityce amerykańskiej nigdy nikomu nie wyszło na dobre i szybka interwencja psychiatryczna dla takiego pacjenta jest najbardziej zalecana. Miejmy nadzieję, że destrukcyjny trend zostanie na czas zatrzymany i dalszy wzrost mego kraju obywać się będzie na zdrowych kapitalistycznych zasadach.</p>
<p> <img class="alignleft size-medium wp-image-1993" title="USA MAY 2009 065" src="http://www.fijor.com/wp-content/uploads/2010/01/USA-MAY-2009-065-300x225.jpg" alt="USA MAY 2009 065" width="300" height="225" />Jan Czekajewski, Columbus, Ohio</p>
<p> </p>
<p>(na zdjęciu: terminal międzynarodowy lotniska O&#8217;Hare,  potencjalni współpracownicy Osamy w kolejce do rewizji)</p>
<p> </p>
<p>P.S. <strong>Kto ja zacz?</strong></p>
<p>Zapytacie się Państwo, jakie mam prawo wyrażania krytycznych opinii o mym wielkim kraju, jedynym mocarstwem globalnym XXI wieku, jakim są Stany Zjednoczone?<br />
Nie jestem przecież politykiem, doradcą prezydentów, politologiem, biskupem albo rabinem. Nie jestem nawet habilitowanym profesorem. Może jednak fakt, że nie jestem tak zwanym „autorytetem” pozwala mi jaśniej widzieć sytuację w jakiej znalazły się Stany Zjednoczone, gdyż obrazu nie zaciemniają mi detale, do których nie mam dostępu. Jestem kapitalistą starego typu, który wierzy, że pieniądze zarabia się a nie pożycza i że dochód jest wytworem pracy rąk i umysłu, a nie z przelewania z pustego w próżne. Niestety model amerykańskiej gospodarki odstał daleko od modelu kapitalistycznego i jedynie, co pozostało z kapitalizmu to naklejka i frazeologia.<br />
Poniżej podzielę się z Państwem mymi noworocznymi obserwacjami na temat zaledwie kilku elementów amerykańskiej ekonomii i polityki.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fijor.com/dokad-zmierzasz-ameryko/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Timing w nieruchomościach</title>
		<link>http://www.fijor.com/timing-w-nieruchomosciach/</link>
		<comments>http://www.fijor.com/timing-w-nieruchomosciach/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 26 Sep 2009 07:53:21 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jan M. Fijor</dc:creator>
				<category><![CDATA[EDUKACJA]]></category>
		<category><![CDATA[korekta cenowa]]></category>
		<category><![CDATA[kryzys]]></category>
		<category><![CDATA[nieruchomości]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.fijor.com/?p=1718</guid>
		<description><![CDATA[Czego nam bank i pośrednik nie powiedzą Mimo iż winę za krach na amerykańskim rynku nieruchomości ponosi głównie  wadliwa polityka monetarna i kredytowa (niskie oprocentowanie, monopol pieniądza i brak standardu złota), krachu można by uniknąć, gdyby uczestnicy rynku nieruchomości przestrzegali zasad rządzących tym rynkiem od lat. Zwracam na to uwagę, gdyż podobne błędy popełniane są w [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Czego nam bank i pośrednik nie powiedzą</p>
<p>Mimo iż winę za krach na amerykańskim rynku nieruchomości ponosi głównie  wadliwa polityka monetarna i kredytowa (niskie oprocentowanie, monopol pieniądza i brak standardu złota), krachu można by uniknąć, gdyby uczestnicy rynku nieruchomości przestrzegali zasad rządzących tym rynkiem od lat. Zwracam na to uwagę, gdyż podobne błędy popełniane są w innych krajach, w tym i w Polsce.<span id="more-1718"></span></p>
<p>1.            Amerykanie nie wymyślili powiedzenia, że “na nieruchomościach nigdy nie można stracić”. Oni je tylko spopularyzowali. Powstało ono w osiemnastowiecznej Europie, kiedy w wyniku gwałtownego wzrostu gospodarczego wywołanego rozwojem kapitalizmu, ceny ziemi, a pośrednio nieruchomości, zaczęły systematycznie rosnąć. Mimo wojen, rewolucji i kryzysów gospodarczych, towarzyszących gospodarczemu rozwojowi świata, średni wzrost cen domów (i nieruchomości w ogóle) najpierw na rynkach europejskich, od połowy XIX stulecia w Stanach Zjednoczonych, a w drugiej połowie ubiegłego stulecia także w Azji przekroczył 6 procent rocznie, skutkiem czego ceny te podwajały się mniej więcej co 10 &#8211; 12 lat. Nieruchomości stały się nie tylko życiową koniecznością, ale i wehikułem inwestycyjnym, szansą, w którą lokowano nadmiar gotówki, w oczekiwaniu bezpiecznych i systematycznych zysków. Nawet w PRL, gdzie rynek był hamowany przez absurdalne przepisy, ceny mieszkań na wolnym rynku rosły w tempie 8-10 procent rocznie. Wzrost jest skutkiem fundamentalnego prawa rynku: przy stałej (lub malejącej) podaży gruntów i rosnącym popycie na mieszkania, wywołanym wzrostem ludności, ceny muszą rosnąć.</p>
<p>2.      Sytuacja uległa zmianie w ostatnich 20 – 30 latach, a pierwszym jej sygnałem było załamanie się światowego rynku nieruchomości w początkach lat 1970, wywołane manipulacjami stopami procentowymi, ktorych efektem był wzrost inflacji i nasilenie się cykli koniunkturalnych.   To nie kryzys energetyczny, lecz nadmiar pieniądza kredytowego i inflacja doprowadziły do sztucznego <em>boomu</em>, który w pewnym momencie wymknął się spod kontroli. W latach 1976 – 78 ceny nieruchomości w USA, Japonii, Wielkiej Brytanii, w Hongkongu, a nawet na wolnym rynku w Polsce (epoka Gierka budowana za kredyty, których zachód miał w bród) rosły w tempie dwucyfrowym. Potem był krach pierwszej połowy lat 1980., który odebrano jako naturalną konsekwencje okresu prosperity, albo cenę zimnej wojny. Mówiło się wprawdzie o inflacji, ale raczej podkreślając jej dobroczynny charakter. Kryzys dotknął całą gospodarkę, jednakże perturbacje na rynku nieruchomości były najsilniejsze, gdyż jest to tradycyjnie największy rynek kapitałowy. Charakterystyczne było to, że sygnał ostrzegawczy, jakim był pierwszy w warunkach pokojowych globalny spadek cen nieruchomości został zlekceważony. Zasada „nieograniczonego wzrostu” cen pozostała niezachwiana. Krach uznano za skutek istnienia „cykli koniunkturalnych”, czyli rzekomo przejaw naturalnej przypadłości kapitalizmu.</p>
<p>3.        Tymczasem  na rynku kredytowym, który jest fundamentem rynku nieruchomości muszą obowiązywać żelazne rygory, jak chodzi o kwalifikacje i zdolność kredytową, a także jakość oferowanego „zastawu”. Najważniejszy z nich to wysokość wkładu własnego kupującego, przyjmowana na poziomie 20 procent, bezpieczna zdolność spłaty, której wysokość nie powinna przekroczyć 35 – 38 procent zarobków brutto, a także cena domu (mieszkania) nie przekraczająca piętnastokrotnej ceny rocznego czynszu mieszkaniowego. Nie trzeba być ekspertem, aby zauważyć, że na większości rynków świata zasady te zostały pogwałcone. Banki wciąż pożyczają przy wkładzie własnym kupującego wynoszącym mniej niż dwadzieścia procent. Nierzadko, i to nawet w Polsce, gdzie rynek kredytów hipotecznych raczkuje, nie wymaga się wkładu własnego w ogóle.</p>
<p>4.      W Polsce roczny czynsz za mieszkanie waha się od 200 zł za metr kwadratowy rocznie (Grudziądz, Bytom, Kielce) do 600 zł za m. kw. w stolicy. Wartościom tym odpowiadać powinna cena kupna powierzchni mieszkaniowej od 3000 zł za m. kw. w rejonach mniej atrakcyjnych, do 9000 zł w Warszawie. Przy czym polski rynek wynajmu mieszkań jest rachityczny i w dużym stopniu zaniżony regulacjami utrudniającymi stosowanie wolnych cen wynajmu, a także istnieniem budownictwa komunalnego. Mimo tańszych czynszów częściej niż Amerykanie czy Japończycy rezygnujemy z wynajęcia na rzecz kupna nieruchomości.</p>
<p>5.       Co prawda, posiadacz nieruchomości, mimo iż płaci za jej kupno więcej niż wynosi czynsz (wynajęcie), ma okazję do zarobku wynikającego z jej aprecjacji. Ostatnie doświadczenia wskazują jednak, że aprecjacja jest tyleż prawdopodobna, co i deprecjacja. Co gorsze, najczęściej nie mamy wpływu na przebieg tych procesów, które są – niestety – sterowane przy pomocy mechanizmów politycznych (np. monopol polityki monetarnej). Rzadko też, w przeciwieństwie do Amerykanów czy Niemców, kalkulujemy opłacalność wynajmu vs. kupno nieruchomości na własność. A przecież wynajęcie mieszkania wartości miliona złotych nawet za 4000 zł miesięcznie może być znacznie bardziej opłacalne niż kupowanie go.</p>
<p>6.        Zdolność kredytowa dłużników amerykańskich i brytyjskich sięga dziś dna; średnia rata miesięczna kredytu mieszkaniowego w USA dochodzi do 50 procent dochodu, niewiele lepiej jest w Wielkiej Brytanii, Japonii i Niemczech. W Polsce wypłacalność dłużników też jest zagrożona, przekraczając bezpieczne kryterium (jedna trzecia zarobków miesięcznych) o 20 – 25 procent. Jesteśmy tutaj w nieco lepszej sytuacji, gdyż u nas nie ma jeszcze podatku od nieruchomości, który w rozwiniętych krajach Zachodu nierzadko sięga 2 procent wartości podatkowej (wynoszącej ok. 60 procent wartości rynkowej) nieruchomości, rocznie. Mniej płacimy za wywóz śmieci, wodę, kanalizację i inne świadczenia komunalne.</p>
<p>7.        Regułą jest, że w czasach taniego kredytu ceny rosną. Przy niższym oprocentowaniu zakwalifikowanie się do kredytu bywa także łatwiejsze, a przynajmniej tak nam się wydaje.       Równocześnie przyjęło się uważać, że pożyczanie pieniędzy na niższy procent &#8211; mimo wyższej jego wartości – jest korzystniejsze, bo koszt pożyczanego pieniądza spada. Tymczasem tani kredyt rodzi szereg zagrożeń, spośród których dwa są wyjątkowo  niebezpieczne.</p>
<p>8.        Luźna polityka kredytowa, a więc okres taniego kredytu trwa zwykle krótko. Po czym następuje „korekta”, której rezultatem jest wzrost oprocentowania kredytu, czyli spadek cen. Kupiliśmy mieszkanie w depresji oprocentowania, ale to oznacza szczyt cenowy. Gdybyśmy chcieli (albo raczej: musieli) je sprzedać w okresie wzrostu oprocentowania, cena będzie niższa. Spadek ceny może nam także uniemożliwić refinansowanie kredytu. Co więcej, wyższy wolumen kredytu wymaga wyższej spłaty kapitału pożyczki. Innymi słowy, przy niższej racie oznaczać to będzie wolniejszy – przynajmniej w okresie początkowych pięciu do dziesięciu lat – spadek wolumenu kredytu.</p>
<p>9.     Niejeden właściciel nieruchomości, którą wielkim wysiłkiem finansowym spłacał przez dziesięć lat – odkrywa, że z pół miliona, które pożyczył (nawet w okresie niskiego oprocentowania) pozostanie mu wciąż do spłacenia ponad 400 tysięcy. Kupując taniej mamy większą szansę spłacić kredyt przed terminem. W Stanach Zjednoczonych nie bez znaczenia jest także możliwość odliczenia sobie od dochodu do opodatkowania kosztów kredytu (odsetek). W Polsce taki przywilej jest możliwy w bardzo ograniczonym zakresie.</p>
<p>10.          Dlatego przebiegli inwestorzy interesują się nieruchomościami tylko wtedy, gdy kredyty są drogie, bo właśnie wtedy ceny domów spadają. Żaden rozsądny i przedsiębiorczy człowiek nie kupuje „majątku” w okresie prosperity. Odpowiedzialny inwestor wie, że na rynku obowiązuje fundamentalna zasada: kupuj gdy inni sprzedają, a sprzedawaj, gdy kupują. Nigdy odwrotnie! Peter Schiff, sławny amerykański finansista, ten który jako pierwszy (już w 2006 roku) oznajmił mediom, że nadchodzi wielki kryzys, od lat mieszka w wynajętym  domu, czekając na spadek cen nieruchomości do poziomu uzasadniającego ich kupno. W Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Japonii poziom ten jest co najmniej o połowę za wysoki.</p>
<p>Wnioski</p>
<p>Czy wobec tego w okresie boomu należy się powstrzymać od kupowania nieruchomości?</p>
<p>O ile nie mamy jakiejś palącej potrzeby – moim zdaniem tak. Sztucznie wywołany okres prosperity, zwłaszcza w warunkach manipulacji stopami procentowymi, może się gwałtownie skończyć. To właśnie miało miejsce w 2006 roku na rynku amerykańskim i później w Wielkiej Brytanii, Japonii czy Hongkongu. Coś podobnego, tyle że na mniejszą skalę, dzieje się w Polsce. W kręgu pośredników nazywa się to korektą cenową, ale naprawdę jest reakcją rynku na wzrost inflacji, która jest skutkiem manipulowania pieniądzem. Wprawdzie ludzi przybywa a ziemi nie, więc ceny mają nadal tendencję rosnąca, jednakże polityka banku centralnego prawidłowość tę okresowo zaburza. <strong>Ceny doprowadzone do poziomu kryzysowego muszą nieuchronnie zacząć spadać.</strong> Spadek ten jest lekarstwem na kryzys. I choć traktuje się go jak nieszczęście, bez obniżki cen nieruchomości rynek nigdy nie wyjdzie z zapaści. Po prostu, w którymś momencie stanie. Po czym poznać, że już nadszedł czas kupowania? O tym nie powie nam ani pośrednik, ani bankier. Nie wie tego nawet prezes FED, Bob Bernanke, który od ośmiu miesięcy trąbi zakończenie recesji, a kryzys jak był, tak jest. Prawdy nie dowiemy się też z wypowiedzi polityków, którzy raz, że jej nie znają, a dwa, mają skłonność do chciejstwa i lukrowania rzeczywistości. Mark Faber, amerykański finansista, który od lat potrafi trafnie przewidywać trendy rynkowe, uważa że „od odkrycia właściwego momentu kupowania i sprzedawania zależy rentowność inwestycji. Dlatego jest to wiedza dla wtajemniczonych.” <em>Timing</em> (czyli odkrycie własściwego momentu) nie jest łatwy, ale przecież możliwy. Wystarczy patrzeć na to co dzieje się na rynku pieniądza. Jeśli inflacja maleje, spada ogólny poziom cen, a także podaż pieniądza, a jednocześnie zaczyna drożeć kredyt – można kupować. Nie bez znaczenia są relacje między ceną domu a ceną czynszu.</p>
<p>Wszystkie dane do analizy można znaleźć na portalach banku centralnego. Ich analiza wymaga jednak dużej pracy i uwagi. Doradzam także lekturę książek ekonomicznych, których listę mozna znaleźć na <a href="http://www.fijor.com">www.fijor.com</a>.</p>
<p>Owocnych inwestycji!</p>
<p>Jan M Fijor</p>
<p>www.fijor.com</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.fijor.com/timing-w-nieruchomosciach/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>5</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
