Timing w nieruchomościach

Czego nam bank i pośred­nik nie powiedzą

Mimo iż winę za krach na ame­ry­kań­skim rynku nie­ru­cho­mo­ści ponosi głów­nie  wadliwa poli­tyka mone­tarna i kre­dy­towa (niskie opro­cen­to­wa­nie, mono­pol pie­nią­dza i brak stan­dardu złota), kra­chu można by unik­nąć, gdyby uczest­nicy rynku nie­ru­cho­mo­ści prze­strze­gali zasad rzą­dzą­cych tym ryn­kiem od lat. Zwra­cam na to uwagę, gdyż podobne błędy popeł­niane są w innych kra­jach, w tym i w Polsce.

1.            Ame­ry­ka­nie nie wymy­ślili powie­dze­nia, że “na nie­ru­cho­mo­ściach nigdy nie można stra­cić”. Oni je tylko spo­pu­la­ry­zo­wali. Powstało ono w osiem­na­sto­wiecz­nej Euro­pie, kiedy w wyniku gwał­tow­nego wzro­stu gospo­dar­czego wywo­ła­nego roz­wo­jem kapi­ta­li­zmu, ceny ziemi, a pośred­nio nie­ru­cho­mo­ści, zaczęły sys­te­ma­tycz­nie rosnąć. Mimo wojen, rewo­lu­cji i kry­zy­sów gospo­dar­czych, towa­rzy­szą­cych gospo­dar­czemu roz­wo­jowi świata, średni wzrost cen domów (i nie­ru­cho­mo­ści w ogóle) naj­pierw na ryn­kach euro­pej­skich, od połowy XIX stu­le­cia w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, a w dru­giej poło­wie ubie­głego stu­le­cia także w Azji prze­kro­czył 6 pro­cent rocz­nie, skut­kiem czego ceny te podwa­jały się mniej wię­cej co 10 — 12 lat. Nie­ru­cho­mo­ści stały się nie tylko życiową koniecz­no­ścią, ale i wehi­ku­łem inwe­sty­cyj­nym, szansą, w którą loko­wano nad­miar gotówki, w ocze­ki­wa­niu bez­piecz­nych i sys­te­ma­tycz­nych zysków. Nawet w PRL, gdzie rynek był hamo­wany przez absur­dalne prze­pisy, ceny miesz­kań na wol­nym rynku rosły w tem­pie 8 – 10 pro­cent rocz­nie. Wzrost jest skut­kiem fun­da­men­tal­nego prawa rynku: przy sta­łej (lub male­ją­cej) podaży grun­tów i rosną­cym popy­cie na miesz­ka­nia, wywo­ła­nym wzro­stem lud­no­ści, ceny muszą rosnąć.

2.      Sytu­acja ule­gła zmia­nie w ostat­nich 20 – 30 latach, a pierw­szym jej sygna­łem było zała­ma­nie się świa­to­wego rynku nie­ru­cho­mo­ści w począt­kach lat 1970, wywo­łane mani­pu­la­cjami sto­pami pro­cen­to­wymi, kto­rych efek­tem był wzrost infla­cji i nasi­le­nie się cykli koniunk­tu­ral­nych.   To nie kry­zys ener­ge­tyczny, lecz nad­miar pie­nią­dza kre­dy­to­wego i infla­cja dopro­wa­dziły do sztucz­nego boomu, który w pew­nym momen­cie wymknął się spod kon­troli. W latach 1976 – 78 ceny nie­ru­cho­mo­ści w USA, Japo­nii, Wiel­kiej Bry­ta­nii, w Hong­kongu, a nawet na wol­nym rynku w Pol­sce (epoka Gierka budo­wana za kre­dyty, któ­rych zachód miał w bród) rosły w tem­pie dwu­cy­fro­wym. Potem był krach pierw­szej połowy lat 1980., który ode­brano jako natu­ralną kon­se­kwen­cje okresu pro­spe­rity, albo cenę zim­nej wojny. Mówiło się wpraw­dzie o infla­cji, ale raczej pod­kre­śla­jąc jej dobro­czynny cha­rak­ter. Kry­zys dotknął całą gospo­darkę, jed­nakże per­tur­ba­cje na rynku nie­ru­cho­mo­ści były naj­sil­niej­sze, gdyż jest to tra­dy­cyj­nie naj­więk­szy rynek kapi­ta­łowy. Cha­rak­te­ry­styczne było to, że sygnał ostrze­gaw­czy, jakim był pierw­szy w warun­kach poko­jo­wych glo­balny spa­dek cen nie­ru­cho­mo­ści został zlek­ce­wa­żony. Zasada „nie­ogra­ni­czo­nego wzro­stu” cen pozo­stała nie­za­chwiana. Krach uznano za sku­tek ist­nie­nia „cykli koniunk­tu­ral­nych”, czyli rze­komo prze­jaw natu­ral­nej przy­pa­dło­ści kapitalizmu.

3.        Tym­cza­sem  na rynku kre­dy­to­wym, który jest fun­da­men­tem rynku nie­ru­cho­mo­ści muszą obo­wią­zy­wać żela­zne rygory, jak cho­dzi o kwa­li­fi­ka­cje i zdol­ność kre­dy­tową, a także jakość ofe­ro­wa­nego „zastawu”. Naj­waż­niej­szy z nich to wyso­kość wkładu wła­snego kupu­ją­cego, przyj­mo­wana na pozio­mie 20 pro­cent, bez­pieczna zdol­ność spłaty, któ­rej wyso­kość nie powinna prze­kro­czyć 35 – 38 pro­cent zarob­ków brutto, a także cena domu (miesz­ka­nia) nie prze­kra­cza­jąca pięt­na­sto­krot­nej ceny rocz­nego czyn­szu miesz­ka­nio­wego. Nie trzeba być eks­per­tem, aby zauwa­żyć, że na więk­szo­ści ryn­ków świata zasady te zostały pogwał­cone. Banki wciąż poży­czają przy wkła­dzie wła­snym kupu­ją­cego wyno­szą­cym mniej niż dwa­dzie­ścia pro­cent. Nie­rzadko, i to nawet w Pol­sce, gdzie rynek kre­dy­tów hipo­tecz­nych racz­kuje, nie wymaga się wkładu wła­snego w ogóle.

4.      W Pol­sce roczny czynsz za miesz­ka­nie waha się od 200 zł za metr kwa­dra­towy rocz­nie (Gru­dziądz, Bytom, Kielce) do 600 zł za m. kw. w sto­licy. War­to­ściom tym odpo­wia­dać powinna cena kupna powierzchni miesz­ka­nio­wej od 3000 zł za m. kw. w rejo­nach mniej atrak­cyj­nych, do 9000 zł w War­sza­wie. Przy czym pol­ski rynek wynajmu miesz­kań jest rachi­tyczny i w dużym stop­niu zani­żony regu­la­cjami utrud­nia­ją­cymi sto­so­wa­nie wol­nych cen wynajmu, a także ist­nie­niem budow­nic­twa komu­nal­nego. Mimo tań­szych czyn­szów czę­ściej niż Ame­ry­ka­nie czy Japoń­czycy rezy­gnu­jemy z wyna­ję­cia na rzecz kupna nieruchomości.

5.       Co prawda, posia­dacz nie­ru­cho­mo­ści, mimo iż płaci za jej kupno wię­cej niż wynosi czynsz (wyna­ję­cie), ma oka­zję do zarobku wyni­ka­ją­cego z jej apre­cja­cji. Ostat­nie doświad­cze­nia wska­zują jed­nak, że apre­cja­cja jest tyleż praw­do­po­dobna, co i depre­cja­cja. Co gor­sze, naj­czę­ściej nie mamy wpływu na prze­bieg tych pro­ce­sów, które są – nie­stety – ste­ro­wane przy pomocy mecha­ni­zmów poli­tycz­nych (np. mono­pol poli­tyki mone­tar­nej). Rzadko też, w prze­ci­wień­stwie do Ame­ry­ka­nów czy Niem­ców, kal­ku­lu­jemy opła­cal­ność wynajmu vs. kupno nie­ru­cho­mo­ści na wła­sność. A prze­cież wyna­ję­cie miesz­ka­nia war­to­ści miliona zło­tych nawet za 4000 zł mie­sięcz­nie może być znacz­nie bar­dziej opła­calne niż kupo­wa­nie go.

6.        Zdol­ność kre­dy­towa dłuż­ni­ków ame­ry­kań­skich i bry­tyj­skich sięga dziś dna; śred­nia rata mie­sięczna kre­dytu miesz­ka­nio­wego w USA docho­dzi do 50 pro­cent dochodu, nie­wiele lepiej jest w Wiel­kiej Bry­ta­nii, Japo­nii i Niem­czech. W Pol­sce wypła­cal­ność dłuż­ni­ków też jest zagro­żona, prze­kra­cza­jąc bez­pieczne kry­te­rium (jedna trze­cia zarob­ków mie­sięcz­nych) o 20 – 25 pro­cent. Jeste­śmy tutaj w nieco lep­szej sytu­acji, gdyż u nas nie ma jesz­cze podatku od nie­ru­cho­mo­ści, który w roz­wi­nię­tych kra­jach Zachodu nie­rzadko sięga 2 pro­cent war­to­ści podat­ko­wej (wyno­szą­cej ok. 60 pro­cent war­to­ści ryn­ko­wej) nie­ru­cho­mo­ści, rocz­nie. Mniej pła­cimy za wywóz śmieci, wodę, kana­li­za­cję i inne świad­cze­nia komunalne.

7.        Regułą jest, że w cza­sach taniego kre­dytu ceny rosną. Przy niż­szym opro­cen­to­wa­niu zakwa­li­fi­ko­wa­nie się do kre­dytu bywa także łatwiej­sze, a przy­naj­mniej tak nam się wydaje.       Rów­no­cze­śnie przy­jęło się uwa­żać, że poży­cza­nie pie­nię­dzy na niż­szy pro­cent — mimo wyż­szej jego war­to­ści – jest korzyst­niej­sze, bo koszt poży­cza­nego pie­nią­dza spada. Tym­cza­sem tani kre­dyt rodzi sze­reg zagro­żeń, spo­śród któ­rych dwa są wyjąt­kowo  niebezpieczne.

8.        Luźna poli­tyka kre­dy­towa, a więc okres taniego kre­dytu trwa zwy­kle krótko. Po czym nastę­puje „korekta”, któ­rej rezul­ta­tem jest wzrost opro­cen­to­wa­nia kre­dytu, czyli spa­dek cen. Kupi­li­śmy miesz­ka­nie w depre­sji opro­cen­to­wa­nia, ale to ozna­cza szczyt cenowy. Gdy­by­śmy chcieli (albo raczej: musieli) je sprze­dać w okre­sie wzro­stu opro­cen­to­wa­nia, cena będzie niż­sza. Spa­dek ceny może nam także unie­moż­li­wić refi­nan­so­wa­nie kre­dytu. Co wię­cej, wyż­szy wolu­men kre­dytu wymaga wyż­szej spłaty kapi­tału pożyczki. Innymi słowy, przy niż­szej racie ozna­czać to będzie wol­niej­szy – przy­naj­mniej w okre­sie począt­ko­wych pię­ciu do dzie­się­ciu lat – spa­dek wolu­menu kredytu.

9.     Nie­je­den wła­ści­ciel nie­ru­cho­mo­ści, którą wiel­kim wysił­kiem finan­so­wym spła­cał przez dzie­sięć lat – odkrywa, że z pół miliona, które poży­czył (nawet w okre­sie niskiego opro­cen­to­wa­nia) pozo­sta­nie mu wciąż do spła­ce­nia ponad 400 tysięcy. Kupu­jąc taniej mamy więk­szą szansę spła­cić kre­dyt przed ter­mi­nem. W Sta­nach Zjed­no­czo­nych nie bez zna­cze­nia jest także moż­li­wość odli­cze­nia sobie od dochodu do opo­dat­ko­wa­nia kosz­tów kre­dytu (odse­tek). W Pol­sce taki przy­wi­lej jest moż­liwy w bar­dzo ogra­ni­czo­nym zakresie.

10.          Dla­tego prze­bie­gli inwe­sto­rzy inte­re­sują się nie­ru­cho­mo­ściami tylko wtedy, gdy kre­dyty są dro­gie, bo wła­śnie wtedy ceny domów spa­dają. Żaden roz­sądny i przed­się­bior­czy czło­wiek nie kupuje „majątku” w okre­sie pro­spe­rity. Odpo­wie­dzialny inwe­stor wie, że na rynku obo­wią­zuje fun­da­men­talna zasada: kupuj gdy inni sprze­dają, a sprze­da­waj, gdy kupują. Nigdy odwrot­nie! Peter Schiff, sławny ame­ry­kań­ski finan­si­sta, ten który jako pierw­szy (już w 2006 roku) oznaj­mił mediom, że nad­cho­dzi wielki kry­zys, od lat mieszka w wyna­ję­tym  domu, cze­ka­jąc na spa­dek cen nie­ru­cho­mo­ści do poziomu uza­sad­nia­ją­cego ich kupno. W Sta­nach Zjed­no­czo­nych, Wiel­kiej Bry­ta­nii i Japo­nii poziom ten jest co naj­mniej o połowę za wysoki.

Wnio­ski

Czy wobec tego w okre­sie boomu należy się powstrzy­mać od kupo­wa­nia nieruchomości?

O ile nie mamy jakiejś palą­cej potrzeby – moim zda­niem tak. Sztucz­nie wywo­łany okres pro­spe­rity, zwłasz­cza w warun­kach mani­pu­la­cji sto­pami pro­cen­to­wymi, może się gwał­tow­nie skoń­czyć. To wła­śnie miało miej­sce w 2006 roku na rynku ame­ry­kań­skim i póź­niej w Wiel­kiej Bry­ta­nii, Japo­nii czy Hong­kongu. Coś podob­nego, tyle że na mniej­szą skalę, dzieje się w Pol­sce. W kręgu pośred­ni­ków nazywa się to korektą cenową, ale naprawdę jest reak­cją rynku na wzrost infla­cji, która jest skut­kiem mani­pu­lo­wa­nia pie­nią­dzem. Wpraw­dzie ludzi przy­bywa a ziemi nie, więc ceny mają nadal ten­den­cję rosnąca, jed­nakże poli­tyka banku cen­tral­nego pra­wi­dło­wość tę okre­sowo zabu­rza. Ceny dopro­wa­dzone do poziomu kry­zy­so­wego muszą nie­uchron­nie zacząć spa­dać. Spa­dek ten jest lekar­stwem na kry­zys. I choć trak­tuje się go jak nie­szczę­ście, bez obniżki cen nie­ru­cho­mo­ści rynek nigdy nie wyj­dzie z zapa­ści. Po pro­stu, w któ­rymś momen­cie sta­nie. Po czym poznać, że już nad­szedł czas kupo­wa­nia? O tym nie powie nam ani pośred­nik, ani ban­kier. Nie wie tego nawet pre­zes FED, Bob Ber­nanke, który od ośmiu mie­sięcy trąbi zakoń­cze­nie rece­sji, a kry­zys jak był, tak jest. Prawdy nie dowiemy się też z wypo­wie­dzi poli­ty­ków, któ­rzy raz, że jej nie znają, a dwa, mają skłon­ność do chciej­stwa i lukro­wa­nia rze­czy­wi­sto­ści. Mark Faber, ame­ry­kań­ski finan­si­sta, który od lat potrafi traf­nie prze­wi­dy­wać trendy ryn­kowe, uważa że „od odkry­cia wła­ści­wego momentu kupo­wa­nia i sprze­da­wa­nia zależy ren­tow­ność inwe­sty­cji. Dla­tego jest to wie­dza dla wta­jem­ni­czo­nych.” Timing (czyli odkry­cie wła­s­ści­wego momentu) nie jest łatwy, ale prze­cież moż­liwy. Wystar­czy patrzeć na to co dzieje się na rynku pie­nią­dza. Jeśli infla­cja maleje, spada ogólny poziom cen, a także podaż pie­nią­dza, a jed­no­cze­śnie zaczyna dro­żeć kre­dyt – można kupo­wać. Nie bez zna­cze­nia są rela­cje mię­dzy ceną domu a ceną czynszu.

Wszyst­kie dane do ana­lizy można zna­leźć na por­ta­lach banku cen­tral­nego. Ich ana­liza wymaga jed­nak dużej pracy i uwagi. Dora­dzam także lek­turę ksią­żek eko­no­micz­nych, któ­rych listę mozna zna­leźć na www.fijor.com.

Owoc­nych inwestycji!

Jan M Fijor

www.fijor.com

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Komentarzy: 5

  1. McCandless pisze:

    Nie do końca rozu­miem.
    Jeżeli przyj­miemy, że obniżki opro­cen­to­wa­nia mamy za sobą, ozna­cza to że kre­dyt jest obec­nie tani. To powinno prze­ło­żyć się na popyt na miesz­ka­nia, pocią­ga­jąc za sobą efekt stadny (zna­jomy kupił, sąsiad kupił etc.). W związku z czym ceny miesz­kań zaczną rosnąć. Następ­nie — po roku może dłu­żej — zaczną rosnąć stopy pro­cen­towe, czy­niąc kre­dyt coraz droż­szym, aż w pew­nym momen­cie — po 3 – 4 latach — sta­nie się on zbyt drogi i rynek zacznie się zała­my­wać. Mistrzo­stwo będzie pole­gać na wyczu­ciu tego momentu i sprze­daży. Jak zwy­kle będzie to gra w „ostatni gasi świa­tło”, tak jak w każ­dej hos­sie na rynku akcji.

    Pod­su­mo­wu­jąc, wynika z tego, że bie­żący moment jest jesz­cze cał­kiem nie­zły na kupno miesz­ka­nia, ponie­waż trend dopiero rusza po kore­cie lat 2007-09. Wia­domo, że opty­malny moment był pew­nie w 2008 roku, kiedy inwe­sto­rzy jeź­dzili Lexu­sami po dziel­ni­cach peł­nych tablic „Forec­lo­sufe” kupu­jąc domy za uła­mek ich war­to­ści. Jed­nakże naj­bliż­sze 6 – 12 mie­sięcy rów­nież wydaje się niezłe.

    A może rynek nie­ru­cho­mo­ści nie pod­lega takim pra­wi­dło­wo­ściom jak np. giełda akcji?

    Będę wdzięczny za odnie­sie­nie się autora bloga.

    Pozdra­wiam

  2. Jan M Fijor pisze:

    Gdy kre­dyt jest tani, miesz­ka­nia sa droż­sze. I odwrot­nie. Kupu­jąc w okre­sie boomu i taniego kre­dytu nara­żamy się na to, że w następ­nym okre­sie (rece­sja) natra­fimy na drogi kre­dyt i spa­dek cen.
    Ukłony
    Jan M Fijor

  3. Lukasz pisze:

    Swego czasu, kiedy kre­dy­to­wano 100% war­to­ści nie­ru­cho­mo­ści a nawet i wię­cej, zna­jomy doradca zapro­po­no­wał mi „inte­res” — weź wię­cej kre­dytu, i tę nad­wyżkę zain­we­stuj u nas w fun­du­sze. po iluś tam latach kre­dyt będzie się sam spła­cał. Podzię­ko­wa­łem za taki biz­nes. Co Pan sądzi o tym mechaniźmie?

  4. Jan M. Fijor pisze:

    Poży­czo­nych pie­nię­dzy nie wolno inwe­sto­wać! W papiery war­to­ściowe inwe­stuje się, i to na dugie lata, tylko nad­wyżki, to zna­czy oszczęd­no­ści. nigdy kredyt!

    Suk­ce­sów!

  5. Michał pisze:

    Cha­ciał­bym nawia­zac do pierw­szej wypo­wie­dzi:
    „Histo­ria lubi sie powta­rzac” — prze­ana­li­zuj sobie krok po kroku wcze­sniej­sze kry­zysy a zla­two­scia dostrze­zesz jak zacho­wy­wal sie rynek nie­ru­cho­mo­sci i o czy pisze Pan Jan.

    Co do czasu kupna moim zda­niem byla to pierw­sza polowa 2009 roku (wtedy ja kupi­lem), 2 polowa 2009 rynek zaczyna wcho­dzic w sta­gna­cje ( trwa do dzis), poczatki 2010 i pro­sze zaczyna sie wielka akcja kre­dy­towa, plu­sem (lub minu­sem) jest to, ze na rynek wciaz bedzie naply­walo duzo zadlu­zo­nych miesz­kan — czy kry­zys juz za nami? jedna jaskolka wio­sny nie czyni — acz­kol­wiek moim zda­niem naj­le­przy okres na kupno mamy juz za nami

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*

Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts