Tydzień w Druskiennikach cz. I

Przy­jazd 11 sierp­nia 2009

Jedziemy z War­szawy na pół­nocy wschód, drogą na Bia­ły­stok, potem w Zambro­wie   skrę­camy na pół­noc do Łomży, Gra­jewa, przez Augu­stów, mijamy Sejny i po pię­ciu godzi­nach jazdy jeste­śmy na Litwie. Zdu­mie­wa­jąco bli­sko, zwa­żyw­szy, że przez cały okres PRL nie spo­tka­łem nikogo, kto by odwie­dził wtedy Litwę. Nic dziw­nego, że wyda­wała się taka odległa.

Gra­nicy prak­tycz­nie nie ma. W oddali maja­czą jakieś kon­struk­cje sta­lowe z minio­nej epoki. Nie ma tu baru, sklepu, strefy bez­cło­wej. Wokół tere­nówki poma­lo­wa­nej w barwy ochronne kręci się kilku znu­dzo­nych pogra­nicz­ni­ków – palą, dys­ku­tują o piłce noż­nej. Miej­sce cel­ni­ków zajęli wła­ści­ciele kan­to­rów. Duże szyldy po stro­nie pol­skiej infor­mują, że za 1 lita trzeba zapła­cić 1,18 zło­tego. Jakie­goś więk­szego zain­te­re­so­wa­nia wymianą jed­nak nie widać. Mimo iż w Dru­skien­ni­kach, na miej­scu, kurs zło­tego jest dużo słab­szy – od 1,23 do 1,30 zło­tych za lita. Mar­twi mnie nato­miast sze­ścio­pro­cen­towy spread, co świad­czy o sła­bym zain­te­re­so­wa­niu wymianą han­dlową mię­dzy oboma kra­jami. Powód? Niby, co mamy mię­dzy sobą wymie­niać? Doświad­cze­nia z epoki komu­ni­zmu? Żyw­ność? Ceny w miej­sco­wych mar­ke­tach nomi­nal­nie na pozio­mie pol­skich. Tań­sze są litew­skie owoce, zwłasz­cza soczy­ste i rosnące na dziko jabłka i gruszki, runo leśne i alko­hol. Pyszne i dużo tań­sze niż u nas są litew­skie wyroby gar­ma­że­ryjne i wędliny, zwłasz­cza te przy­po­mi­na­jące sma­kiem śród­ziem­no­mor­skie salami, kieł­basy ple­śniowe, surowe, suszone. Nato­miast w nabia­łach bijemy ich na głowę, ale pod tym wzglę­dem bijemy chyba wszyst­kich w Europie.

Kuch­nia litew­ska przy­po­mina pol­ską. Chłod­nik, koł­duny, sałatka z bura­ków —  zachwy­ca­jące. Na Litwie można jeść smacz­nie i zdrowo. Podają wię­cej sałat i jarzyn, a mięsa i sosy nie toną, jak nasze w tłuszczu.

Rzut oka na słupy ogło­sze­niowe pierw­szych sta­cji ben­zy­no­wych po stro­nie litew­skiej. Paliwa mają droż­sze od naszych o ok. 25 pro­cent. Nie­za­leż­nie od tego, czy w sta­cjach Lukoil, Sta­toil czy Orlena, bo i pol­ski mono­po­li­sta ma na Litwie swoje sta­cje. Drogo, choć jesz­cze nie tak, jak u sąsiada z połu­dnia, czyli na Sło­wa­cji. Padaż­djom, uwi­dim. Litwi­nom też do strefy euro spieszno. Podobno weszli już do EMR2.

Uprze­dzam nieco fakty.

Na razie mel­du­jemy się w sana­to­rium Drau­gy­stes. Jest to oka­zały budy­nek pośród zadba­nego, kolo­ro­wego ogrodu, parczku z kor­tami i base­nem, odno­wiony per­fek­cyj­nie przed paroma laty za pie­nią­dze unijne, o czym dum­nie infor­muje tablica przed wej­ściem. Sana­to­rium jest pry­watne i to widać na każ­dym kroku. Nie cze­kamy nawet pię­ciu minut. Jak spod ziemi wyra­sta uśmiech­nięta recep­cjo­nistka, kie­ru­jąc nas do leka­rza dyżur­nego. Pani Dok­tor wysłu­chuje, opu­kuje i zapi­suje odpo­wied­nie kura­cje. Miały być cztery zbiegi dzien­nie, dosta­jemy po sześć. Rów­no­cze­śnie wrę­czają nam voucher na posiłki i kartę obie­gową, która jest tu naszym dowo­dem toż­sa­mo­ści. Na każ­dych zaję­ciach musimy ją oka­zy­wać. I to jest chyba naj­słab­szy punkt pro­gramu. Wystar­czy­łoby zin­for­ma­ty­zo­wać roz­kład zajęć i już. W każ­dym razie szybko się do rutyny przy­zwy­cza­jamy. Biu­ro­kra­cja jest mini­malna. Ja mam zapi­saną gim­na­stykę poranną, potem seans relak­sa­cji, następ­nie „pro­ce­durę” seans w jacuzzi, bicze wodne, a pomię­dzy nimi także masaż suchy, czyli ręczny, okłady z cie­płego błota i elek­tro­te­ra­pię; takie nie­wiel­kie elek­trow­strząsy. Na wię­cej nie ma czasu. Każda pro­ce­dura trwa mniej wię­cej pół godziny i ma ste­ra­nego życiem kura­cju­sza oży­wić na następne pół roku.

Roz­pa­ko­wu­jemy się. Jemy kola­cję, a ponie­waż jeste­śmy zmę­czeni zapa­damy w głę­boki sen. Budzimy się po 10 godzi­nach. Słońce już wysoko. Powie­trze rześ­kie, pach­nie świeżo sko­szoną trawą.

12 sierp­nia

Rano gim­na­styka. Spa­cer wyklu­czony. Od nocy leje. Śro­dek lata, glo­balne ocie­ple­nie, a tem­pe­ra­tura nie prze­kra­cza 17 stopni. Na kory­ta­rzu przed­sta­wia mi się zner­wi­co­wany muzy­ko­log z Pol­ski. Wylewa na mnie gorycz swych doznań. Jest tu już sie­dem dni, więc chyba wie, co mówi. Czy na pewno wie? Mówi więc, że Polacy prze­stali przy­jeż­dżać do Dru­skien­nik, bo bar­dzo podro­żało; jedze­nie jest fatalne, a tera­pia robiona na odwal się. Poza tym Litwini nas nie­na­wi­dzą. Mimo pozy­tyw­nego pierw­szego wra­że­nia, opi­nia muzy­ko­loga zalega na jakiś czas w mojej świa­do­mo­ści. W zacho­wa­niu litew­skich fizy­ko­te­ra­peu­tek, bo w sana­to­rium domi­nują kobiety, doszu­kuję się anyt­po­lo­ni­zmu i nacjo­na­li­zmu. Badam spoj­rze­nie recep­cjo­ni­stek i kel­ne­rek. Podejrz­liwy sto­su­nek szybko mija. Jedze­nie jest wyjąt­kowo smaczne, nie­na­wi­ści Litwi­nów do Pola­ków nie ma, no a ceny…Za taką odnowę zapła­ci­li­by­śmy w Szwaj­ca­rii czy w Austrii mają­tek. Nie lubię tego muzy­ko­loga. Stara menda. Pol­ski malkontent!

W tygo­dniu nie ma chwili czasu na tury­stykę. Dopiero w week­end mamy mniej zajęć. Zapla­no­wa­li­śmy wycieczkę do Wilna, Tra­kai (Troki) i do Mere­cza. Wypada też zwie­dzić same Dru­skien­niki, a przy­naj­mniej dowie­dzieć się, gdzie zatrzy­my­wał się tutaj Mar­sza­łek Pił­sud­ski. Pły­nące leni­wie opo­dal sana­to­rium Nie­mno nie robi na mnie wra­że­nie. Nasłu­cha­łem się o pięk­nie tej rzeki od przy­ja­ciela, Wil­niuka, Lutka Sadow­skiego, ale on chyba inne Nie­mno widział. Rzeka wije się wśród lasów i, poza węd­ka­rzami, nikogo ten fakt nie inte­re­suje. Mnie też nie.

Po połu­dniu dosta­jemy szkla­neczkę tajem­ni­czego napoju zio­ło­wego nr 3, który ma nas uzdro­wić na dal­sze lata.

Cie­niem na poby­cie kła­dzie się brak Inter­netu, a dokład­niej brak dar­mo­wego Inter­netu. Bo płatny jest, ale trzeba nie lada akro­ba­cji, aby się do niego wpiąć, bo – tak jak w całym ośrodku i Dru­skien­ni­kach – wszyst­kie napisy, infor­ma­cje i ogło­sze­nia są w języku litew­skim. Jak już się wepniesz, trzeba zapła­cić za połą­cze­nie ok. 10 zł za godzinę. Ktoś mnie uspo­kaja, że jesz­cze pół roku temu nawet za sto zło­tych bym się nie połączył.

Śnia­da­nie o 9.00, obiad o 14.00 i kola­cja o 19.00. Wpa­damy w rutynę sana­to­ryj­nych zajęć. Spo­ty­kamy się co pół godziny na kory­ta­rzu i wymie­niamy uwagi. Nasza pani Dok­tor mówi tro­chę po angiel­sku, a ponie­waż rów­no­cze­śnie odczuwa potrzebę dosko­na­le­nia zna­jo­mo­ści tego języka, co rusz zleca nam jakie­goś dodat­kowe bada­nia, a to EKG, mie­rze­nie ciśnie­nia i tem­pe­ra­tury, prze­szu­ka­nie ucha środ­ko­wego. Wyniki są zado­wa­la­jące. Poszu­ku­jąca towa­rzy­stwa pani Dok­tor spraw­dza postępy tera­pii każ­dego dnia. Co to zna­czy zami­ło­wa­nie do języ­ków obcych? Z innymi oso­bami z per­so­nelu poro­zu­mie­wamy się po rosyj­sku, choć można i po…polsku. Jest oka­zja do odświe­że­nia tego zapo­mnia­nego języka, który oka­zuje się jed­nak tkwić gdzieś w zaka­mar­kach naszego węcho­mó­zgo­wia. Z każdą godziną rozu­miem coraz lepiej, przy­bywa mi słó­wek. Na Litwie to drugi język urzę­dowy. Zapadł im głę­biej, niż nam, bo i głę­biej ich tego języka uczono. Pani Dok­tor z dumą infor­muje, że obec­nie mło­dzież uczy się po angiel­sku. Co z tego, skoro na ulicy łatwiej poro­zu­mieć się po rosyj­sku i pol­sku niż po angiel­sku. Powiem wię­cej, po angiel­sku – poza panią Dok­tor – nie mówi nikt.

13 sierp­nia 2009

Zaspa­li­śmy na gim­na­stykę. Wycho­dząc na śnia­da­nie znaj­du­jemy w drzwiach wezwa­nie do pani Dok­tor (lek­cja angiel­skiego) o tej samej porze, co relak­sa­cja. W ten spo­sób tra­cimy także dru­gie zaję­cia. Led­wie zdą­ży­łem na elek­trow­strząsy. Potem jest seans w jacuzzi i nowość zapi­sana przez panią Dok­tor: inha­la­cja euka­lip­tusa. Podobno ma pomóc na ucho środ­kowe i zapo­biega głuchocie.

Po dru­gim dniu inten­syw­nej tera­pii lewe kolano odma­wia mi posłu­szeń­stwa. Na to konto Dok­tor zapi­suje mi elek­trow­strząsy na kolano. Kolano w miej­sce kręgosłupa.

Byłem znowu nad Nie­mnem. Na siłę chcę tę rzekę polu­bić, choć Nad Nie­mnem to był, moim zda­niem, gniot. Myśla­łem, że tylko Polacy odwra­cają się do swo­ich rzek ple­cami. Litwini zbu­do­wali wpraw­dzie nad brze­giem pro­me­nadę, ale zro­bili to chyba pod przy­mu­sem Sowie­tów. Poza węd­ka­rzami nie ma ani spa­ce­ro­wi­czów, ani nikogo. Rzeka nawet dość malow­ni­cza, wije się pomię­dzy liścia­stą pusz­czą. Przy brzegu zacu­mo­wane dwie butwie­jące łódeczki i sta­te­czek przy­po­mi­na­jący czasy Wiel­kiej Rewolucji.

Nie da się ukryć, że miej­sco­wym Litwi­nom ini­cja­tywy brak. Podobno wszyst­kiemu winna jest wła­dza, która utrud­nia zakła­da­nie form i przed­się­biorstw – mówi eme­ry­to­wana księ­gowa z Kowna. To zna­czy, że pre­zy­dent Adam­kus, z któ­rym pod koniec lat 1980. dzie­li­łem mikro­fony stu­dia radio­sta­cji WPNA w Oak Park w sta­nie Illi­nois nie wie, że pry­watny, oddolny żywioł jest w sta­nie odbu­do­wać świat z popio­łów? Wie­rzyć mi się nie chce. Stany Zjed­no­czone, w któ­rych pre­zy­dent Val­das Adam­kus miesz­kał od 1949 roku przez bli­sko pół wieku są żywym przy­kła­dem tego, co potrafi zdzia­łać ener­gia zwy­kłego czło­wieka, któ­remu da się swo­bodę i pozwoli boga­cić. On to prze­cież widział i rozu­miał. Podej­rze­wam, że księ­gowa szuka uspra­wie­dli­wie­nia swo­jej bez­rad­no­ści. Ma 55 lat i już nie wie co z sobą zro­bić? Sana­to­ria są pań­stwowe, ale się pry­wa­ty­zują, kilka super­mar­ke­tów to jakieś spółki pew­nie współ­wła­sność oli­gar­chów z poprzed­niej epoki i Niem­ców, a reszta? Kilka skle­pi­ków, mnó­stwo ban­ków, sta­cje ben­zy­nowe, ot cała przed­się­bior­czość. Nie da się ukryć, Litwini przed­się­bior­czy nie są. A przy­naj­mniej do nas to im bra­kuje kil­ka­set lat świetl­nych. Może dla­tego w Dru­skien­ni­kach, Kow­nie, w Wil­nie życie toczy się cicho, spo­koj­nie, bez ner­wów,  gwaru, sza­leń­stwa na drogach.

Porów­nuję Dru­skien­niki do Kry­nicy, kry­nic­kich Drau­gy­ste do Nowego Domu Zdro­wego;  tutaj błoga cisza, śpiew pta­ków, pusto, a tam w Kry­nicy, han­del — krążą wokół sana­to­riów, po uli­cach i skwe­rach setki sępów, han­dla­rzy; serki, swe­terki, kożuszki, skar­petki, orły rzeź­bione,  ciu­pagi, wata na patyku, soki natu­ralne, rydze w sło­iku, lody a nawet bursz­tyny. Dzie­siątki barów, bar­ków, tawern, piwiarń – wia­nusz­kiem dokoła sana­to­riów. W Dru­skien­ni­kach zero, nul, „niczewo”. Nikt mi nie powie, że by go roz­strze­lano, gdyby roz­sta­wił na ulicy sto­isko z litew­skimi pamiąt­kami. Pod warun­kiem, że komuś by się chciało te pamiątki robić. Zresztą, gdyby chęt­nych nie było, pol­scy górale by je wyko­nali i dostar­czyli, tak jak wyko­nują i dostar­czają pamią­tek do regio­nów kujaw­skiego, ślą­skiego, a nawet Kaszu­bom. Bo górale mają ini­cja­tywę. Powinni pro­wa­dzić kursy małego biz­nesu dla naro­dów byłej RWPG.

14 sierp­nia

Czy to nie przy­kre, że Rosja­nie postrze­gani są przez Litwi­nów, jako naród sym­pa­tycz­niej­szy od Pola­ków? Jak to moż­liwe? My mamy za sobą sześć i pół wieku dobro­wol­nej, poko­jo­wej i owoc­nej współ­pracy w ramach unii, oni pół wieku naj­gor­szej w dzie­jach ludz­ko­ści tyra­nii. A mimo to Litwini do Rosjan się uśmie­chają, na nas patrząc, co naj­wy­żej z obo­jęt­no­ścią. Dla­czego tak się dzieje? Polacy koja­rzą się z war­stwą panów, Rosja­nie zaś z dołami. Litew­ska trans­for­ma­cja prze­bie­gała według sce­na­riu­sza oli­gar­chicz­nego, a z oli­gar­chami to raczej my się im koja­rzymy. Zwłasz­cza tym, któ­rzy nie potra­fili sko­rzy­stać z dobro­dziejstw trans­for­ma­cji, bo albo ich nie zauwa­żyli, albo nie mieli oka­zji wyko­rzy­stać. Dla nich Zwią­zek Sowiecki pozo­staje sym­bo­lem rów­no­ści i spra­wie­dli­wo­ści. My zaś pozo­sta­jemy w świa­do­mo­ści Litwi­nów, jako ci, któ­rym się powio­dło. Chyba widzą, że jeste­śmy bar­dziej przed­się­bior­czy, pew­niejsi sie­bie. Polacy przy­jeż­dża­jący na Litwę są niby tacy sami, a jed­nak inni. Jeste­śmy dla nich ludźmi suk­cesu. Dobre samo­chody, porządne ubra­nia, uży­wamy życia. Takimi nas widzą i dla­tego nie lubią. Jeste­śmy wyrzu­tem sumie­nia? A co z rosyj­skimi oli­gar­chami, któ­rzy obno­szą się swym prze­py­chem i roz­rzut­no­ścią? Nic. Oni tutaj nie przy­jeż­dżają. Taplają się w spa w Szwaj­ca­rii, Fran­cji czy Finlandii.

W Pol­sce też duża grupa oby­wa­teli tęskni za „sta­rym” i wspo­mina Gierka – nie cie­szy ich wol­ność i sys­tem dający szansę na awans. Wtedy czuli się dobrze, bo wszyst­kim było jed­na­kowo źle. Chcie­liby powrotu do takiej rów­no­ści. Wygod­niej wtedy uspra­wie­dli­wić wła­sny marazm i leni­stwo. Taka jest ta spra­wie­dli­wość w wyko­na­niu mark­si­stow­sko – leninowskim.

Z przy­kro­ścią dowie­dzia­łem się od masa­żystki, że Vytau­tas Lands­ber­gis, któ­rego mia­łem oka­zję kilka lat temu oso­bi­ście poznać w Wil­nie (n.b. pięk­nie mówi po pol­sku) był w cza­sach ZSRS wykła­dowcą mark­si­zmu i leni­ni­zmu. Nie chce mi się wie­rzyć. Prze­cież jest muzy­ko­lo­giem z wykształ­ce­nia. Po wyzwo­le­niu Litwy spod sowie­tów stał się bojow­ni­kiem o wol­ność i demo­kra­cję, wal­cząc jak lew z napo­rem komu­ni­stów, któ­rym prze­wo­dził wtedy Algir­das Bra­zau­skas, póź­niej­szy pre­zy­dent. Masa­żystka suge­ruje, że kiedy mar­sza­łek Sejmu, Lansds­ber­gis zabez­pie­czył już sobie przy­szłość mate­rialną swoją i swo­ich krew­nych, porzu­cił poli­tykę lokalną na rzecz glo­bal­nej. Dzi­siaj jest akty­wi­stą euro­par­la­mentu, człon­kiem tej samej grupy euro­par­tii, co PiS. Zresztą wszystko moż­liwe. O komu­ni­ście Bra­zau­ska­sie masa­żystka mówiła znacz­nie cieplej.

Litwa, podob­nie jak Pol­ska, ma dwie lewice – jedną lewi­cową i drugą pra­wi­cową. Może dla­tego nie przy­jął się tam kom­plet­nie pre­zy­dent Adam­kus, o któ­rym w noc­nych roz­mo­wach Pola­ków i Litwi­nów nie ma słowa?

W tym tygo­dniu odbywa się I Świa­towy Zjazd Wil­nia­ków, co się Litwi­nom nie podoba. Tak jakby nam się nie podo­bał zjazd wysie­dlo­nych Niem­ców czy rajd śla­dami Ban­dery. Co by nie mówić nasze sto­sunki z mniej­szo­ściami naro­do­wymi nie ukła­dają się pomyśl­nie. Przy­kład Żydów, któ­rzy po 700 latach tro­ski ze strony Pola­ków nas po pro­stu nie lubią.

Rosja­nie takich głupstw nie powta­rzają, stąd ich akcje na Litwie i w innych byłych repu­bli­kach rosną. Czy to nie iro­nia losu?

Każ­dego dnia dowia­duję się cze­goś dziw­nego o tym kraju. Wczo­raj dowie­dzia­łem się, że zało­że­nie kan­toru wymiany walut jest pra­wie nie­moż­liwe i to nie dla­tego, że ist­nieje zakaz posia­da­nia kan­to­rów. Kan­tor można posia­dać o ile otrzyma się zezwo­le­nie od wła­dza. Mój infor­ma­tor go nie otrzy­mał, gdyż inspek­tor odpo­wied­niego organu admi­ni­stra­cyj­nego uznał, że jest to dzia­ła­nie nie­opła­calne, a skoro tak, to po co się w nie anga­żo­wać? To było wczo­raj. Dzi­siaj dowie­dzia­łem się, że cudzo­zie­miec z Unii Euro­pej­skiej nie może posia­dać konta na Litwie. A szkoda, bo banki wypa­trują pie­nię­dzy jak kania dżdżu. Pół­roczne lokaty zara­biają ponad 9 pro­cent, konto w euro 5,5 pro­centa, a w dola­rach pra­wie 5 pro­cent. Dla­czego admi­ni­stra­cja utrud­nia ludziom zara­bia­nie pie­nię­dzy? Eko­no­micz­nego powodu nie ma. Jest za to poli­tyczny; każdy zakaz to oka­zja do porzą­dze­nia sobie. Nihil novi.

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Brak komentarzy

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*

Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts