Newsletter

Zostaw E-mail, a będziemy cię informować o nowościach na stronie.
Imię:

Nazwisko:

E-mail:

VANUATU, prywatny raj?

{ Opublikował: Jan M. Fijor Data: 24 sie 2009 by }
Kategorie : MOJE PODRÓŻE

W witrynie siedziby Air Vanuatu przy Albert Street w Auckland (Nowa Zelandia) oczy przechodniów przyciąga kolorowy plakat reklamujący flagowego przewoźnika Vanuatu, egzotycznej republiki na Południowym Pacyfiku. Przedstawia zaciszną plażę nad równie malowniczą, co egzotyczną zatoką otoczoną cienistymi palmami. Grunt ma kolor złota, morze jest szmaragdowe, pod tonącą w tropikalnym słońcu palmą leży para zakochanych. Czy to już raj?

W każdym razie, trudno powstrzymać się od westchnień zazdrości.

Złudzenie?

Jeśli nawet zdjęcie umieszczone na plakacie zrobiono którejś z wysepek archipelagu Vanuatu, to i tak jest ono w dużym stopniu złudzeniem. Wulkaniczny charakter wysp sprawia, że na plażach brakuje piasku, a zejście do wody wymaga specjalistycznego sprzętu lub umieszczenia na dnie morskim mat ochronnych. Plakat nie oddaje też temperatury otoczenia, która w cieniu sięga czterdziestu kilku stopni Celsjusza i wilgotności powietrza o konsystencji pary wodnej. Nie widać na nim chmar komarów, moskitów i innego paskudztwa tropików kąsającego bezlitośnie każdego…prócz tubylców. Ucieczką przed tą rzeczywistością jest kosztowny pobyt w oddalonym od świata „resorcie” z klimatyzacją, basenem i sztuczną trawą, ale po co w takim razie wyjeżdżać 10 tysięcy mil od domu?

Plakat nie oddaje wszystkich niedogodności, jak choćby te, że restauracji o standardzie europejskim na Vanuatu można zliczyć na palcach jednej ręki, są przy tym bardzo drogie a wybór w nich skromny. Dość powiedzieć, że pod względem różnorodności owoców morza, od których roi się okalający archipelag akwen, knajpy Vanuatu ustępują smażalniom ryb w Juracie czy Łebie. Nawet w słynnej na całą Polinezję „Chill” łatwiej o kurczaka czy hamburgera niż świeże mule, ośmiornicę w sosie czosnkowym lub groupera z grilla, co jest o tyle zaskakujące, że tuż pod oknami restauracji dzieci wyławiają ryby i ośmiornice na goły haczyk.

Na wyspie, na której słońce świeci przeciętnie 350 dni w roku, a średnia temperatura nie spada poniżej 22 stopni, brakuje jarzyn i owoców. W Super Marche, jedynym stołecznym supermarkecie, banany, do tego pastewne, są droższe niż w Christchurch (Nowa Zelandia), a kilo winogron kosztuje tyle, ile zarabia miesięcznie, sprzedająca je sympatyczna ekspedientka, Vili. Mimo to ruch turystyczny na archipelagu rośnie od kilku lat w tempie 15 – 20 procent rocznie.

Gwiazda Pacyfiku

Vanuatu jest rajem dla amatorów scuba diving penetrujących fantastyczny świat raf koralowych otaczających ten egzotyczny archipelag. Niestety, sport to drogi. Pobyt w wyspecjalizowanym ośrodku wczasowym na największej wyspę archipelagu, Espiritu Santo kosztuje od 600 do 1000 zł od osoby dziennie, nie licząc przelotu awionetką (ok. 800 zł z Port Vila) i wynajęcia łodzi wraz ze sprzętem do nurkowania (300 zł dziennie od osoby). Jeszcze droższe są raczkujące właśnie rejsy jachtowe na połów półtonowego błękitnego marlina, Mahi Mahi, tuńczyka czy koralowego pstrąga (do 300 kg), za co trzeba zapłacić od 1000 do 3000 zł dziennie. Stąd, dla kogoś, kto nie nurkuje lub nie poluje na grubą rybę – mówi znawca archipelagu, kpt. Pete Phillips z Brisbane – dłuższy niż trzydniowy pobyt na Vanuatu nie ma właściwie sensu. Aby się w tym czasie nie zanudzić polecam lot awionetką na wyspę Tanna lub Ambrym, gdzie można podziwiać czynne wulkany. Cena całodniowej wycieczki ok. 400 dolarów. Do kąpieli słonecznych i plażowania znacznie lepiej nadają się plaże na Fiji, Nowej Kaledonii, a nawet w Nowej Zelandii nie mówiąc o samej Australii – np. Surfer’s Paradise w okolicach Brisbane czy w pobliżu Sydney (Avalon, Manly). Tym bardziej, że na reprezentacyjnej wyspie Vanuatu, Efate, do najbliższej (właściwie jedynej) plaży Eton, z piaskiem i palmami trzeba jechać ze stolicy (80 km) wyboistą drogą dwie godziny.

Na Vanuatu nie ma życia nocnego, nie ma pięknych kobiet, palarni opium, brak jest zabytków czy zwykłych atrakcji turystycznych, nie licząc skromnego kasyna, budynku parlamentu, kwatery szefostwa wodzów plemiennych, rezydencji premiera kraju czy nowowybudowanej siedziby banku centralnego. Co prawda, najstarsze zapiski na temat zamieszkującego archipelag ludu sięgają 1600 lat przed Chrystusem, do początku XX wieku, odkąd datuje się epoka kolonialna, w czasie której Francja z Anglią po połowie rządziły Vanuatu, jedynym świadectwem historii są dwa byłe szpitale kolonialne – francuski i angielski, rozpadające się więzienie, już tylko francuskie, no i potężne baobaby. Wyspa porośnięta jest dżunglą, której człowiek wykradł placki pastwisk, gdzie leniwie pasie się bydło – jedyne okazy lokalnej fauny. Brak dróg utrudnia komunikację, nieliczne ośrodki wczasowe – z reguły dość prymitywne, małe i trudno dostępne są nieproporcjonalnie do swej atrakcyjności drogie.

Wyspiarze żyją skromnie, żeby nie powiedzieć biednie. Handlem zajmują się Chińczycy, biznesem (banki, budownictwo i turystyka) Australijczycy. Gros produktów pochodzi z importu z Indii i Chin. Nawet jaja kurze, sól i papier toaletowy. Przemysł jest niewielki, produkuje przetwory mleczne, konserwy mięsne i niewielką ilość tkanin. Jak skromne są rozmiary rękodzieła i kultura ludowa świadczy fakt, że lokalne pamiątki – laleczki vodoo czy makatki z trzciny – to kopia souvenirów z Karaibów i Macau. Skąd więc tytuł „wschodzącej gwiazdy Pacyfiku” nadany Republice Vanuatu przez czołowe pisma turystyczne Australii, Japonii, a nawet USA i Chin?

Pewex Polinezji

Magnesem przyciągającym turystów na Vanuatu jest wolny handel.

Trzy razy w tygodniu, we wtorki, środy i soboty do nabrzeża Port Vila przybijają wielkie statki, pływające miasta: Royal Princess, Nowegian Cruise Line, Cunard Line, z których na główną arterię miasta, Lini Highway, wylewa się tłum turystów spragnionych taniego alkoholu, tytoniu, perfum i innych specjałów duty free. Rocznie, ćwierćmilionowe Vanuatu odwiedza w tym celu prawie 200 tysięcy turystów. Na wyspie zarejestrowanych jest ponad 50 firm zajmujących się importem perfum, win, wyrobów jubilerskich, które sprzedawane są tam bez podatku. Cła też wysokie nie są, stąd atrakcyjność Vanuatu jako miejsca tanich zakupów. To z nich żyje archipelag, zarówno rząd, jak i jego obywatele. Dlatego pojawienie się statku w porcie jest na wyspie świętem. Sklepy bezcłowe pęcznieją od spragnionych, zapełniają się restauracje, miasto huczy od gwaru i klaksonów taksówek, mimo iż w stolicy jest pięć ulic asfaltowych na krzyż, na całej wyspie zresztą niewiele więcej. Na pięć, sześć godzin króluje żywioł biznesu. Mili na co dzień, uśmiechnięci i pogodni tubylcy przedzierzgają się w złaknionych ekstrawaganckich zysków aroganckich biznesmenów, przypominających naganiaczy z Okęcia. Wszystko wraca do półsennej normy dopiero późnym popołudniem, gdy statek z wyspy odpływa. Zmęczeni, zadowoleni z siebie wracają do swych drewnianych domów, licząc banknoty i czekając na kolejny statek. Wraz ze zmierzchem wyspa zatapia się w głębokim śnie, przerywanym pomrukiwaniem zdezelowanego wentylatora i natarczywym bzyczeniem komarów. W umysłach odpływających pasażerów rodzi się pomysł: a może by na Vanuatu wrócić. Pokusą jest nie tylko błogi spokój tego miejsca, ale i liberalne prawo przyciągające na archipelag coraz więcej osadników. Na Vanuatu nie ma podatku dochodowego, podatku od wzbogacenia, a VAT jest symboliczny. Tania ziemia, brak podatku od nieruchomości a także liberalne prawo imigracyjne przyciąga amatorów odludzia i spokoju. Jak grzyby po deszczu rosną na obrzeżach dżungli letnie rezydencje zamożnych Australijczyków, Nowozelandczyków czy Amerykanów. Nie zrażeni brakiem infrastruktury, skwarem i komarami, zmęczeni gwarem cywilizacji, restrykcyjnym prawem swoich krajów, a ostatnio także kryzysem uciekają na Vanuatu w poszukiwaniu prywatnego raju. Czy go tam znajdą?

Jan M Fijor

www.fijor.com

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email


Liczba komentarzy: 2
dla wpisu “VANUATU, prywatny raj?”

  1. Z zaskoczeniem czytam powyższy artykuł – Vanuatu to nie resorty wakacyjne!
    To miejsce o niesamowitym uroku – polegającym właśnie na odpoczynku od cywilizacji (co z tego, że ze sprayem na insekty pod ręką, cudów nie ma), na obcowaniu z rajską przyrodą i serdecznymi tubylcami. Na próbowaniu niesamowitej kuchni z 100% naturalnych produktów.
    Takich miejsc na Ziemi jest coraz mniej, jesli ktoś chce do Spa czy resortu, to niech sobie jedzie z biurem podróży do wybranego z folderu hotelu.
    Powala mnie materialistyczne podejście – klimatyzacja, handel, autostrady. Nie po to się jedzie na wakacje w tropikach!
    Vanuatu to perła, ale przed niektórych pereł nie warto rzucać.

  2. Magdalena jest młoda, więc wciąż idealizuje. ludzie podróżują do tropików z róznych pobudek i wolno im. Najlepszy dowód, ze własnie plażę, palmy i resorty to główne obioekty na folderach i plakatch reklamujących Vanuatu.
    Swoją drogą, trzeba mieć dużo pobudek materialistycznych, żeby polecieć z Polski na Vanuatu i spędzić tam tydzień. Taka podróż wymaga sporo materializmu. Co do żywności, to bym się spierał, chyba że p. Magdalena poleciała na jedną z wielu wyspeke, gdzie smakowała homary i inne smakowitości morskie, bo w Port Villa ich nie było. Gros tamtejszych restauracji to chłam nastawiony na tmasowych turystów z austrialiskich rejsów.
    Takich miejsc jak Vanuatu jest na Ziemi pełno. Są i lepsze. Polecam: Mozambik, wyspa Holbox na karaibach, Cartegena w Kolumbii, Galapagos, a nawet Fiji.

    No, coż, każdy ma swoje preferencje i bardzo dobrze, pod warunkiem, że nie narzuca ich innym.

    Pozdrawiam

Zostaw Komentarz