VANUATU, prywatny raj?

W witry­nie sie­dziby Air Vanu­atu przy Albert Street w Auc­kland (Nowa Zelan­dia) oczy prze­chod­niów przy­ciąga kolo­rowy pla­kat rekla­mu­jący fla­go­wego prze­woź­nika Vanu­atu, egzo­tycz­nej repu­bliki na Połu­dnio­wym Pacy­fiku. Przed­sta­wia zaciszną plażę nad rów­nie malow­ni­czą, co egzo­tyczną zatoką oto­czoną cie­ni­stymi pal­mami. Grunt ma kolor złota, morze jest szma­rag­dowe, pod tonącą w tro­pi­kal­nym słońcu palmą leży para zako­cha­nych. Czy to już raj?

W każ­dym razie, trudno powstrzy­mać się od wes­tchnień zazdrości.

Złu­dze­nie?

Jeśli nawet zdję­cie umiesz­czone na pla­ka­cie zro­biono któ­rejś z wyse­pek archi­pe­lagu Vanu­atu, to i tak jest ono w dużym stop­niu złu­dze­niem. Wul­ka­niczny cha­rak­ter wysp spra­wia, że na pla­żach bra­kuje pia­sku, a zej­ście do wody wymaga spe­cja­li­stycz­nego sprzętu lub umiesz­cze­nia na dnie mor­skim mat ochron­nych. Pla­kat nie oddaje też tem­pe­ra­tury oto­cze­nia, która w cie­niu sięga czter­dzie­stu kilku stopni Cel­sju­sza i wil­got­no­ści powie­trza o kon­sy­sten­cji pary wod­nej. Nie widać na nim chmar koma­rów, moski­tów i innego paskudz­twa tro­pi­ków kąsa­ją­cego bez­li­to­śnie każdego…prócz tubyl­ców. Ucieczką przed tą rze­czy­wi­sto­ścią jest kosz­towny pobyt w odda­lo­nym od świata „resor­cie” z kli­ma­ty­za­cją, base­nem i sztuczną trawą, ale po co w takim razie wyjeż­dżać 10 tysięcy mil od domu?

Pla­kat nie oddaje wszyst­kich nie­do­god­no­ści, jak choćby te, że restau­ra­cji o stan­dar­dzie euro­pej­skim na Vanu­atu można zli­czyć na pal­cach jed­nej ręki, są przy tym bar­dzo dro­gie a wybór w nich skromny. Dość powie­dzieć, że pod wzglę­dem róż­no­rod­no­ści owo­ców morza, od któ­rych roi się oka­la­jący archi­pe­lag akwen, knajpy Vanu­atu ustę­pują sma­żal­niom ryb w Jura­cie czy Łebie. Nawet w słyn­nej na całą Poli­ne­zję „Chill” łatwiej o kur­czaka czy ham­bur­gera niż świeże mule, ośmior­nicę w sosie czosn­ko­wym lub gro­upera z grilla, co jest o tyle zaska­ku­jące, że tuż pod oknami restau­ra­cji dzieci wyła­wiają ryby i ośmior­nice na goły haczyk.

Na wyspie, na któ­rej słońce świeci prze­cięt­nie 350 dni w roku, a śred­nia tem­pe­ra­tura nie spada poni­żej 22 stopni, bra­kuje jarzyn i owo­ców. W Super Mar­che, jedy­nym sto­łecz­nym super­mar­ke­cie, banany, do tego pastewne, są droż­sze niż w Chri­st­church (Nowa Zelan­dia), a kilo wino­gron kosz­tuje tyle, ile zara­bia mie­sięcz­nie, sprze­da­jąca je sym­pa­tyczna eks­pe­dientka, Vili. Mimo to ruch tury­styczny na archi­pe­lagu rośnie od kilku lat w tem­pie 15 – 20 pro­cent rocznie.

Gwiazda Pacy­fiku

Vanu­atu jest rajem dla ama­to­rów scuba diving pene­tru­ją­cych fan­ta­styczny świat raf kora­lo­wych ota­cza­ją­cych ten egzo­tyczny archi­pe­lag. Nie­stety, sport to drogi. Pobyt w wyspe­cja­li­zo­wa­nym ośrodku wcza­so­wym na naj­więk­szej wyspę archi­pe­lagu, Espi­ritu Santo kosz­tuje od 600 do 1000 zł od osoby dzien­nie, nie licząc prze­lotu awio­netką (ok. 800 zł z Port Vila) i wyna­ję­cia łodzi wraz ze sprzę­tem do nur­ko­wa­nia (300 zł dzien­nie od osoby). Jesz­cze droż­sze są racz­ku­jące wła­śnie rejsy jach­towe na połów pół­to­no­wego błę­kit­nego mar­lina, Mahi Mahi, tuń­czyka czy kora­lo­wego pstrąga (do 300 kg), za co trzeba zapła­cić od 1000 do 3000 zł dzien­nie. Stąd, dla kogoś, kto nie nur­kuje lub nie poluje na grubą rybę – mówi znawca archi­pe­lagu, kpt. Pete Phil­lips z Bris­bane – dłuż­szy niż trzy­dniowy pobyt na Vanu­atu nie ma wła­ści­wie sensu. Aby się w tym cza­sie nie zanu­dzić pole­cam lot awio­netką na wyspę Tanna lub Ambrym, gdzie można podzi­wiać czynne wul­kany. Cena cało­dnio­wej wycieczki ok. 400 dola­rów. Do kąpieli sło­necz­nych i pla­żo­wa­nia znacz­nie lepiej nadają się plaże na Fiji, Nowej Kale­do­nii, a nawet w Nowej Zelan­dii nie mówiąc o samej Austra­lii — np. Surfer’s Para­dise w oko­li­cach Bris­bane czy w pobliżu Syd­ney (Ava­lon, Manly). Tym bar­dziej, że na repre­zen­ta­cyj­nej wyspie Vanu­atu, Efate, do naj­bliż­szej (wła­ści­wie jedy­nej) plaży Eton, z pia­skiem i pal­mami trzeba jechać ze sto­licy (80 km) wybo­istą drogą dwie godziny.

Na Vanu­atu nie ma życia noc­nego, nie ma pięk­nych kobiet, palarni opium, brak jest zabyt­ków czy zwy­kłych atrak­cji tury­stycz­nych, nie licząc skrom­nego kasyna, budynku par­la­mentu, kwa­tery sze­fo­stwa wodzów ple­mien­nych, rezy­den­cji pre­miera kraju czy nowo­wy­bu­do­wa­nej sie­dziby banku cen­tral­nego. Co prawda, naj­star­sze zapi­ski na temat zamiesz­ku­ją­cego archi­pe­lag ludu się­gają 1600 lat przed Chry­stu­sem, do początku XX wieku, odkąd datuje się epoka kolo­nialna, w cza­sie któ­rej Fran­cja z Anglią po poło­wie rzą­dziły Vanu­atu, jedy­nym świa­dec­twem histo­rii są dwa byłe szpi­tale kolo­nialne – fran­cu­ski i angiel­ski, roz­pa­da­jące się wię­zie­nie, już tylko fran­cu­skie, no i potężne baobaby. Wyspa poro­śnięta jest dżun­glą, któ­rej czło­wiek wykradł placki pastwisk, gdzie leni­wie pasie się bydło – jedyne okazy lokal­nej fauny. Brak dróg utrud­nia komu­ni­ka­cję, nie­liczne ośrodki wcza­sowe – z reguły dość pry­mi­tywne, małe i trudno dostępne są nie­pro­por­cjo­nal­nie do swej atrak­cyj­no­ści drogie.

Wyspia­rze żyją skrom­nie, żeby nie powie­dzieć bied­nie. Han­dlem zaj­mują się Chiń­czycy, biz­ne­sem (banki, budow­nic­two i tury­styka) Austra­lij­czycy. Gros pro­duk­tów pocho­dzi z importu z Indii i Chin. Nawet jaja kurze, sól i papier toa­le­towy. Prze­mysł jest nie­wielki, pro­du­kuje prze­twory mleczne, kon­serwy mię­sne i nie­wielką ilość tka­nin. Jak skromne są roz­miary ręko­dzieła i kul­tura ludowa świad­czy fakt, że lokalne pamiątki — laleczki vodoo czy makatki z trzciny — to kopia souve­ni­rów z Kara­ibów i Macau. Skąd więc tytuł „wscho­dzą­cej gwiazdy Pacy­fiku” nadany Repu­blice Vanu­atu przez czo­łowe pisma tury­styczne Austra­lii, Japo­nii, a nawet USA i Chin?

Pewex Poli­ne­zji

Magne­sem przy­cią­ga­ją­cym tury­stów na Vanu­atu jest wolny handel.

Trzy razy w tygo­dniu, we wtorki, środy i soboty do nabrzeża Port Vila przy­bi­jają wiel­kie statki, pły­wa­jące mia­sta: Royal Prin­cess, Nowe­gian Cru­ise Line, Cunard Line, z któ­rych na główną arte­rię mia­sta, Lini High­way, wylewa się tłum tury­stów spra­gnio­nych taniego alko­holu, tyto­niu, per­fum i innych spe­cja­łów duty free. Rocz­nie, ćwierć­mi­lio­nowe Vanu­atu odwie­dza w tym celu pra­wie 200 tysięcy tury­stów. Na wyspie zare­je­stro­wa­nych jest ponad 50 firm zaj­mu­ją­cych się impor­tem per­fum, win, wyro­bów jubi­ler­skich, które sprze­da­wane są tam bez podatku. Cła też wyso­kie nie są, stąd atrak­cyj­ność Vanu­atu jako miej­sca tanich zaku­pów. To z nich żyje archi­pe­lag, zarówno rząd, jak i jego oby­wa­tele. Dla­tego poja­wie­nie się statku w por­cie jest na wyspie świę­tem. Sklepy bez­cłowe pęcz­nieją od spra­gnio­nych, zapeł­niają się restau­ra­cje, mia­sto huczy od gwaru i klak­so­nów tak­só­wek, mimo iż w sto­licy jest pięć ulic asfal­to­wych na krzyż, na całej wyspie zresztą nie­wiele wię­cej. Na pięć, sześć godzin kró­luje żywioł biz­nesu. Mili na co dzień, uśmiech­nięci i pogodni tubylcy prze­dzierz­gają się w złak­nio­nych eks­tra­wa­ganc­kich zysków aro­ganc­kich biz­nes­me­nów, przy­po­mi­na­ją­cych naga­nia­czy z Okę­cia. Wszystko wraca do pół­sen­nej normy dopiero póź­nym popo­łu­dniem, gdy sta­tek z wyspy odpływa. Zmę­czeni, zado­wo­leni z sie­bie wra­cają do swych drew­nia­nych domów, licząc bank­noty i cze­ka­jąc na kolejny sta­tek. Wraz ze zmierz­chem wyspa zata­pia się w głę­bo­kim śnie, prze­ry­wa­nym pomru­ki­wa­niem zde­ze­lo­wa­nego wen­ty­la­tora i natar­czy­wym bzy­cze­niem koma­rów. W umy­słach odpły­wa­ją­cych pasa­że­rów rodzi się pomysł: a może by na Vanu­atu wró­cić. Pokusą jest nie tylko błogi spo­kój tego miej­sca, ale i libe­ralne prawo przy­cią­ga­jące na archi­pe­lag coraz wię­cej osad­ni­ków. Na Vanu­atu nie ma podatku docho­do­wego, podatku od wzbo­ga­ce­nia, a VAT jest sym­bo­liczny. Tania zie­mia, brak podatku od nie­ru­cho­mo­ści a także libe­ralne prawo imi­gra­cyjne przy­ciąga ama­to­rów odlu­dzia i spo­koju. Jak grzyby po desz­czu rosną na obrze­żach dżun­gli let­nie rezy­den­cje zamoż­nych Austra­lij­czy­ków, Nowo­ze­land­czy­ków czy Ame­ry­ka­nów. Nie zra­żeni bra­kiem infra­struk­tury, skwa­rem i koma­rami, zmę­czeni gwa­rem cywi­li­za­cji, restryk­cyj­nym pra­wem swo­ich kra­jów, a ostat­nio także kry­zy­sem ucie­kają na Vanu­atu w poszu­ki­wa­niu pry­wat­nego raju. Czy go tam znajdą?

Jan M Fijor

www.fijor.com

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Komentarzy: 2

  1. Magdalena pisze:

    Z zasko­cze­niem czy­tam powyż­szy arty­kuł — Vanu­atu to nie resorty waka­cyjne!
    To miej­sce o nie­sa­mo­wi­tym uroku — pole­ga­ją­cym wła­śnie na odpo­czynku od cywi­li­za­cji (co z tego, że ze sprayem na insekty pod ręką, cudów nie ma), na obco­wa­niu z raj­ską przy­rodą i ser­decz­nymi tubyl­cami. Na pró­bo­wa­niu nie­sa­mo­wi­tej kuchni z 100% natu­ral­nych pro­duk­tów.
    Takich miejsc na Ziemi jest coraz mniej, jesli ktoś chce do Spa czy resortu, to niech sobie jedzie z biu­rem podróży do wybra­nego z fol­deru hotelu.
    Powala mnie mate­ria­li­styczne podej­ście — kli­ma­ty­za­cja, han­del, auto­strady. Nie po to się jedzie na waka­cje w tro­pi­kach!
    Vanu­atu to perła, ale przed nie­któ­rych pereł nie warto rzucać.

  2. Jan M Fijor pisze:

    Mag­da­lena jest młoda, więc wciąż ide­ali­zuje. ludzie podró­żują do tro­pi­ków z róznych pobu­dek i wolno im. Naj­lep­szy dowód, ze wła­snie plażę, palmy i resorty to główne obio­ekty na fol­de­rach i pla­katch rekla­mu­ją­cych Vanu­atu.
    Swoją drogą, trzeba mieć dużo pobu­dek mate­ria­li­stycz­nych, żeby pole­cieć z Pol­ski na Vanu­atu i spę­dzić tam tydzień. Taka podróż wymaga sporo mate­ria­li­zmu. Co do żyw­no­ści, to bym się spie­rał, chyba że p. Mag­da­lena pole­ciała na jedną z wielu wyspeke, gdzie sma­ko­wała homary i inne sma­ko­wi­to­ści mor­skie, bo w Port Villa ich nie było. Gros tam­tej­szych restau­ra­cji to chłam nasta­wiony na tma­so­wych tury­stów z austria­li­skich rej­sów.
    Takich miejsc jak Vanu­atu jest na Ziemi pełno. Są i lep­sze. Pole­cam: Mozam­bik, wyspa Hol­box na kara­ibach, Car­te­gena w Kolum­bii, Gala­pa­gos, a nawet Fiji.

    No, coż, każdy ma swoje pre­fe­ren­cje i bar­dzo dobrze, pod warun­kiem, że nie narzuca ich innym.

    Pozdra­wiam

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*

Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts