W świat

Sezon podróż­ni­czy wcho­dzi w swoją peł­nię. Oto garść życz­li­wych i kre­atyw­nych rad dla globtroterów.

Czas to pieniądz

Więk­szość ludzi podró­żuje w pośpie­chu. Wyla­tują, powiedzmy, 15 czerwca o 7 rano do Lon­dynu, by już o 10.30 prze­siąść się na lot do Nowego Jorku, a stam­tąd, o 4.50 po połu­dniu, do Orlando. Wra­cają w takim samym pośpie­chu, dokład­nie tą samą trasą. Nic ich wła­ści­wie nie gna, nie ma zna­cze­nia czy dolecą na 18.00 czy na 7 rano, dnia następ­nego, a mimo to pędzą.
Tą samą trasą, co my, lecą osoby, któ­rym spie­szy się jesz­cze bar­dziej. Co gor­sza, ich sta­tus rezer­wa­cyjny jest gor­szy od naszego, znaj­dują się bowiem na liście ocze­ku­ją­cych na miej­sce, które my od dawna mamy potwier­dzone. Chęt­nie by się z nami zamie­nili. Zda­rza się, i to wcale nie­rzadko, że urzęd­niczka linii lot­ni­czej pomyli się i potwier­dzi rezer­wa­cje więk­szej licz­bie pasa­że­rów niż jest miejsc na pokła­dzie. Nazywa się to over­bo­oking. Kon­ku­ren­cja w powie­trzu dopro­wa­dziła do takiego stop­nia wypeł­nie­nia samo­lo­tów, że wolne miej­sca zda­rzają się nie­zwy­kle wyjąt­kowo. Od ponad 3 lat nie podró­żo­wa­łem przez Atlan­tyk samo­lo­tem, w któ­rym byłoby choć jedno wolne miej­sce, a latam sporo. Chyba, że byłby to samo­lot LOT-u, ale LOT-em, od czasu prze­py­cha­nek na sta­no­wi­sku pre­zesa i nie­so­lid­no­ści pro­gramu lojal­no­ścio­wego, nie podró­żuję pra­wie w ogóle. Jeśli prze­woź­nik nie potrafi się doga­dać co do wyboru pre­zesa, czy stra­te­gii firmy, to trudno uwie­rzyć, że potrafi bez­piecz­nie latać. Przy­kro powie­dzieć, ale LOT jest dziś dla mnie zbyt ryzy­kowny.
Przy braku miejsc, linie stają na gło­wie, żeby zna­leźć choć jeden wolny fotel. Jak to robią? Kupują rezer­wa­cje od pasa­że­rów, któ­rym się mniej spie­szy. Ofe­rują za to naprawę luk­su­sowe warunki. Za odstą­pie­nie miej­sca na tra­sie San Jose – Cara­cas otrzy­ma­łem: upgrade do klasy biz­nes na lot dnia następ­nego; luk­su­sowy hotel, voucher na 3 posiłki oraz talon wart 300 dola­rów, do wyko­rzy­sta­nia przy kup­nie następ­nego biletu. W takich sytu­acjach cena wywo­ław­cza jest rzecz jasna dużo niż­sza. Na tra­sie Dal­las – Can­cun ofe­ro­wano mi za miej­sce noc­leg w hotelu lot­ni­sko­wym i prze­lot następ­nego dnia, a po nego­cja­cjach otrzy­ma­łem eks­tra voucher na 500 dola­rów i pię­cio­gwiazd­kowy hotel w cen­trum mia­sta. Pozna­łem kilku zawo­dow­ców, któ­rzy zna­jąc rynek, celowo podró­żują po tra­sach, na które jest duże zapo­trze­bo­wa­nie. Odstę­pu­jąc swoje miej­sce war­to­ści 250 — 300 dola­rów za 2000 — 3000 dola­rów. Nie­któ­rzy (nie­mal) z tego żyją. Over­bo­oking jest ponadto oka­zją, by prze­le­cieć się w „biz­ne­sie” czy nawet I klasą. Linie robią to nie­chęt­nie, cza­sem jed­nak muszą ska­pi­tu­lo­wać. Primo, jeśli pasa­żer z potwier­dzoną rezer­wa­cją w kla­sie eko­no­micz­nej nie m gdzie sie­dzieć, a rów­no­cze­śnie w kla­sach wyż­szych jest luź­niej, to muszą go zabrać. Chyba, że zaofe­rują mu korzystny kom­pro­mis; np. voucher na 500 euro plus upgrade na następny lot. Upgrade, czyli pod­nie­sie­nie klasy ma tę dodat­kową zaletę, że w wyż­szej kla­sie mile do pro­gramu lojal­no­ścio­wego liczą się podwój­nie, cza­sem nawet poczwór­nie. Przy odro­bi­nie szczę­ścia, za jeden Atlan­tyk można dostać rów­no­war­tość połowy biletu na tra­sie Europa – Ame­ryka Północna.

Prawa i obowiązki

Co prawda linia lot­ni­cza nie ponosi odpo­wie­dzial­no­ści za opóź­nie­nie (czy anu­lo­wa­nie) lotu, wywo­łane złymi warun­kami pogo­do­wymi, nie zaszko­dzi nawet i wtedy upo­mnieć się o swoje. Więk­szość kło­po­tów spo­wo­do­wa­nych złą pogodą wiąże się, mimo wszystko, z błę­dami czło­wieka; bała­ga­nem, dez­in­for­ma­cją, nad­mierną ostroż­no­ścią itp. Linie lot­ni­cze to wie­dzą, nie trudno więc wywo­łać w nich poczu­cie winy. Poza tym, sza­nu­jące się linie jak np. bra­zy­lij­ski Varig, Sin­ga­pore Air­li­nes, Qatar Air­ways czy KLM dbają o pasa­że­rów, któ­rych dwu­cen­ty­me­trowa pokrywa śnieżna czy pół­go­dzinna ulewa zmu­siła do nie­prze­wi­dzia­nego noc­legu w Amster­da­mie czy w Win­dhoek (Nami­bia). Zała­twiają im gra­tis hotele, posiłki, prze­jazdy, a nie­kiedy nawet i wycieczki. Z powodu burzy pia­sko­wej mia­łem oka­zję zwie­dzić sene­gal­ską Saharę. Pod­czas wycieczki dowie­dzia­łem się, że burza miała miej­sce 500 km od Dakaru, zaś lot Argen­ti­nas Air­li­nes do Frank­furtu odwo­łany został z powodu nie poja­wie­nia się na czas kapi­tana – zmien­nika.
Linia ma obo­wią­zek wziąć nas pod swoją opiekę już po 6 godzi­nach opóź­nie­nia. Naj­pierw jest to voucher na posi­łek, potem także na hotel. W sytu­acjach wyjąt­ko­wych, muszą nas wysłać do miej­sca prze­zna­cze­nia innym prze­woź­ni­kiem.
Zagu­biony bagaż gwa­ran­tuje nam natych­mia­stowe odszko­do­wa­nie w wyso­ko­ści od 50 – 100 euro na szczo­teczkę do zębów, pod­ko­szu­lek i majtki. Trzeba się jed­nak o to upo­mnieć. Licze­nie na pro­fe­sjo­na­lizm doty­czy kilku linii: KLM, Sin­ga­pore Air­li­nes, linii a Emi­ra­tów Arab­skich, Variga, i – coraz rza­dziej – Bri­tish Air­ways. Trzeba zapo­mnieć o daw­nej kla­sie Air Canada, Lufthansy, czy Swiss (d. Swis­sair). Zresztą, linie pry­watne z reguły trak­tują pasa­że­rów lepiej niż prze­woź­nicy pań­stwowi. Nie­źle sta­rają się linie tanie (np. Sky­Eu­rope), czy RyainAir, nie mówiąc o tuzi­nach linii amerykańskich.

Bilety

Jeśli mamy mało czasu, lata­nie naj­ta­niej wycho­dzi wtedy, gdy kupimy bilet w Pol­sce, od razu na cała trasę, z okre­ślo­nym roz­kła­dem lotów. W kra­jach, nazwijmy je, roz­wi­ja­ją­cymi się (Indie, Nepal, pół­wy­sep indo­chiń­ski, Afryka) można tra­fić na wiele oka­zji już na miej­scu. Trzeba mieć tylko cier­pli­wość i dużo czasu. Eko­no­micz­nym spo­so­bem podró­żo­wa­nia jest korzy­sta­nie z tzw. stop-over, czyli przy­stan­ków pod dro­dze. Trzeba je zazna­czyć w momen­cie kupna biletu, a opłata za prze­rwę w podróży sięga od 20 – 50 dola­rów. Jest to znacz­nie taniej niż wyku­pie­nie osob­nego biletu na każdy kawa­łek trasy.
Na Inter­ne­cie można zna­leźć wiele inte­re­su­ją­cych połą­czeń np. Nowy Jork via Tel Aviw – Johan­nes­burg (South Afri­can Air­li­nes), Lufthansą: Frank­furt – Buenos Aires – San­tiago de Chile, czy Qan­ta­sem do Syd­ney z Frank­furtu via Colombo (Sri Lanka).
Inną cie­ka­wostką są lot­ni­cze „bilety mie­sięczne. Np. Bra­zil pass, który kosz­tuje nie­wiele ponad 300 dol. Pozwala na tanie zwie­dza­nie Bra­zy­lii. Podobny bilet sprze­dają Argen­ti­nas Air­li­nes na Argen­tynę, Indian Air­li­nes po Indiach, czy bilety typu VUSA (Visit USA) na tanie prze­loty po Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Więk­szość tego typu bile­tów posiada wymóg kupna ich poza gra­ni­cami kraju, któ­rego doty­czą. Ogra­ni­czone są też moż­li­wość wie­lo­krot­nego lata­nia po tej samej tra­sie.
A pro­pos, nie musimy wcale odby­wać podróży po tej samej tra­sie, tam i z powro­tem. Wiele linii lata do kilku miejsc; Uni­ted np. leci do Syd­ney i Bris­bane; do Mon­te­vi­deo i Buenos Aires; KLM lata do Johan­nes­burga i Kapsz­tadu; Ali­ta­lia do Bom­baju i Delhi itd. Za te same pie­nią­dze można lecieć do Syd­ney a wra­cać z Bris­bane, lub odwrot­nie. Rzecz jasna odci­nek Syd­ney – Bris­bane trzeba prze­je­chać samemu, ale co to za pro­blem dla glob­tro­tera?
W prze­lo­tach pasa­żer­skich panuje od paru lat atmos­fera wol­nej Ame­ry­kanki. Mnożą się jak grzyby po desz­czu nowe linie. Wiąże się to z pew­nym ryzy­kiem, ale raczej nie­wiel­kim. Po Indiach lata, co naj­mniej, 20 tanich linii. Kupu­jąc z wyprze­dze­niem 3 – 7 dni, można oble­cieć pół­wy­sep Dekan za rów­no­war­tość jed­nego biletu z Bom­baju do Chen­nai (d. Madras). Można tanio latać po Austra­lii, która jest wielka i droga. W Sta­nach naj­ta­niej wycho­dzi VUSA, a jeśli ktoś go nie kupił przed wylo­tem, niech poży­czy samo­chód w fir­mie Enter­prise (za mniej niż 20 dola­rów dzien­nie, bez ogra­ni­czeń milo­wych). Wszystko jest na Inter­ne­cie.
Każda godzina spę­dzona na Inter­ne­cie przed podróżą to znaczna oszczęd­ność na prze­jaz­dach i noc­le­gach. Cza­sem też można zna­leźć coś cie­kaw­szego niż ofe­rują prze­wod­niki Natio­nal Geo­gra­fic. N.b. odra­dzam prze­wod­niki tej firmy; są prze­sta­rzałe, sno­bi­styczne i mało dokładne.
Wygodne i sto­sun­kowo tanie (tzw. tań­sze niż inne środki loko­mo­cji) kole­jowe „bilety mie­sięczne” ofe­rują koleje Unii Euro­pej­skiej. Indie mają dobre połą­cze­nia kole­jowe, ale za to kosz­marny ser­wis. Kupno biletu wymaga czę­sto wrę­cze­nia korzy­ści korup­cyj­nej. Podobno wygod­nie, choć wolno, podró­żuje się kole­jami po Rosji. Powta­rzam to za oso­bami trze­cimi, sam nigdy nie korzy­sta­łem. Po Ame­ryce Łaciń­skiej, głów­nie Mek­syk, Bra­zy­lia, Argen­tyna i Peru pole­cam jazdę wygod­nymi autobusami.

Logi­styka

Mimo popu­lar­no­ści kart kre­dy­to­wych, dora­dzam wziąć ze sobą gotówkę. Wła­ści­wie głów­nie gotówkę. Powszechna akcep­to­wal­ność kart ma miej­sce wła­ści­wie tylko w USA, Kana­dzie, Austra­lii, Szwaj­ca­rii, Wiel­kiej Bry­ta­nii, Holan­dii, w Skan­dy­na­wii i w dużym stop­niu w RPA i w Hisz­pa­nii. Przy­ję­cia karty odma­wiają Niemcy, cała Europa Wschod­nia, prócz Pol­ski, Fran­cuzi, Włosi, Grecy, a nawet Austriacy. Licze­nie na kartę w Indiach, Mek­syku, na Sycy­lii, czy w Bra­zy­lii to skrajna uto­pia. (Wyjąt­kiem są dro­gie restau­ra­cje, ale prze­cież piszę to wszystko po to, żeby było tanio.) Przy tam­tej­szych podat­kach nikt nie chce ujaw­niać swo­ich obro­tów. I dla­tego, pła­ce­nie kartą kosz­tuje dro­żej. Co prawda, nikt nie ma prawa doli­czać nam 3 czy 5 pro­cent do ceny hotelu za to, że pła­cimy za pokój kartą, ale spró­buj­cie się pokłó­cić o to z Boli­wij­czy­kiem, czy Hin­du­sem. Dora­dzam, już po powro­cie, wysła­nie skargi na takiego mer­chanta. Za doma­ga­nie się eks­tra opłaty grozi utrata licen­cji od Master Card czy Visa.
Acha, są kraje, w któ­rych repre­zen­tan­tem karty Visa (albo odwrot­nie) jest córka lub syn pre­zy­denta i dla­tego pła­ce­nie przy uży­ciu Master card (albo odwrot­nie) jest „nie­mile widziane”. Dla­tego, bierz­cie ze sobą obie karty.
Jakie pie­nią­dze brać? Mimo sła­bej pozy­cji dolara, dora­dzam jed­nak gre­en­backi. Walutę euro­pej­ską, a nawet jena (tylko w Azji) od nas przyjmą, ale raz, że nie­chęt­nie, a dwa, że po sła­bym kur­sie. Dolar jest nadal środ­kiem tezau­ry­za­cji w Azji Środ­ko­wej, na Bli­skim Wscho­dzie, a także w całej Ame­ryce Łaciń­skiej. Ile brać? Zależy od budżetu i dłu­go­ści pobytu. Gospo­darny glob­tro­ter pora­dzi sobie, gdy ma ze sobą od 30 – 50 dola­rów dziennie…na dwie osoby.
Kilka gorą­cych rad: wobec ste­war­dess bądźmy szar­manccy. To się w cza­sie lotu opłaci. Alko­hol piją w powie­trzu tylko nie­roz­tropni. Szkoda zdro­wia, a w dobie wojny z ter­ro­ry­zmem jest to nie­bez­pieczne. Na lot­ni­skach, na pokła­dach samo­lo­tów z osob­ni­kami umun­du­ro­wa­nymi nie żar­tu­jemy. Z taj­nia­kami, tym bar­dziej. Odpra­wiamy się elek­tro­nicz­nie, na Inter­ne­cie, kiedy tylko jest to moż­li­wie. Naj­wy­god­niej­sze sie­dze­nia są przy drzwiach awa­ryj­nych. Korzy­stamy z pro­gra­mów lojal­no­ścio­wych i apli­ku­jemy o karty całych soju­szy (Star Alliance, Sky­team), a nie poszcze­gól­nych linii. Sia­damy z przodu samo­lotu, bo z tyłu bar­dziej kiwa. Dokąd­kol­wiek lecimy, obo­wiąz­kowo uczymy się choć kilku słów w języku, jaki tam obowiązuje.

Sze­ro­kiej drogi!

Podróże kre­atywne
Jan M. Fijor
„różne” 2007-06-15

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Komentarzy: 5

  1. BK pisze:

    Przy­datny arty­kuł, z jed­nym zastrze­że­niem: Urzęd­niczka nie myli się, potwier­dza­jąc rezer­wa­cje więk­szej licz­bie pasa­że­rów. Over­bo­oking to stan­dar­dowa pro­ce­dura — linie zakła­dają, że część podróż­nych po pro­stu nie doje­dzie (są wzory na wyli­cze­nie o ile wię­cej bile­tów można sprze­dać — uczą tego nawet na rachunku praw­do­po­do­bień­stwa na stu­diach mate­ma­tycz­nych). Pozdrawiam.

  2. Milena pisze:

    Over­bo­oking jest stan­dar­dem, co nie zna­czy, ze wszystko jest OK. Pole­cam Qata­rA­ir­ways — tanio, wygod­nie i dobry ser­wis. Lecia­lam do Wiet­namu o 500 zl taniej niz Air France.
    Milena

  3. Michał z Komorowa pisze:

    dzię­ku­jemy za przy­datny tekst i przy oka­zji dnia Św Jana skła­damy naj­ser­decz­niej­sze życzenia

  4. Henry pisze:

    Z Madrytu lata do Peru i chyba do kilku innych kra­jow Ame­ryki Polu­dnio­wej przy­zwo­ita i tania linia. Nie jestem pewny, czy dobrze zapa­mie­ta­lem, ale nazywa sie Espa­nia czy cos podob­nego (Hispa­nia?). Nie moge zna­lezc biletu. Pol roku temu pla­ci­lem za prze­lot do Limy cos kolo 700 dola­row.
    H.

  5. Jan M Fijor pisze:

    Ostrze­gam wszyst­kich przed rej­sami po Nilu orga­ni­zo­wa­nymi przez łodz­kiego ope­ra­tora Rain­bow Tours. Ser­wis jest skan­da­liczny, zdzier­stwo upo­ka­rza­jace, a jakosc samej wycieczki poni­zej kry­tyki.
    Pozdra­wiam
    Jan M Fijor

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*