Watts: Zrównoważony rozwój – zamach na ekonomię

Autor: Tyler A. Watts

Źró­dło: mises.org

Tłu­ma­cze­nie: Mate­usz Benedyk

Ach, co my mamy z tymi zie­lo­nymi. Prze­stali obej­mo­wać drzewa i chcą cze­goś wię­cej. Od wielu lat pró­bują wymu­sić na nas recy­kling, jedze­nie soi, oszczę­dza­nie ener­gii, ogra­ni­cze­nie jazdy samo­cho­dem, korzy­sta­nie z auto­bu­sów i tysiąc innych spo­so­bów „lokal­nego dzia­ła­nia”. Teraz mają nawet swo­jego boha­tera kino­wego: No Impact Man, prze­wod­nika w podróży pierw­szą klasą w poszu­ki­wa­niu wyrzu­tów sumie­nia i eko­lo­gicz­nego raju. Pomimo maso­wej popu­lar­no­ści swo­jej sprawy nie wydają się zado­wo­leni. Chcą nas kon­tro­lo­wać. Jeśli nie będziemy uwa­żać, ludzie zbzi­ko­wani na punk­cie oca­le­nia naszej pla­nety będą zarzą­dzać naszym codzien­nym życiem.zrownowazony_reka

Sama idea zrów­no­wa­żo­nego roz­woju wydaje się nie­groźna. Po pro­stu głosi, że ludzie powinni myśleć o przy­szło­ści, postę­po­wać roz­sąd­nie i oszczęd­nie, wyko­rzy­stu­jąc zasoby gospo­dar­cze. Oso­bi­ście, zga­dzam się z powyż­szymi hasłami. Na pierw­szy rzut oka sta­no­wią one, obok dobro­czyn­nych war­to­ści, takich jak odpo­wie­dzial­ność i szczo­drość, część powszech­nie zna­nej mądrości.

Sęk w tym, że w idei zrów­no­wa­żo­nego roz­woju ist­nieje coś, co burzy ten powierz­chowny porzą­dek. Zwo­len­nicy tej postawy – nazwijmy ich „zrów­no­wa­żo­nymi” – rzu­cają oskar­że­nia samą swoją żar­li­wo­ścią, pozą i reto­ryką. Ich ide­olo­gia jest od poczę­cia ska­żona zało­że­niem, że obecny stan rze­czy jest w pewien spo­sób nie­zrów­no­wa­żony. Pod­no­szą alarm, że „mamy kry­zys i to wasza wina, bo jeste­ście igno­ranccy, nie­ra­cjo­nalni, chciwi. Musi­cie zacząć robić, to co wam powiemy. W prze­ciw­nym razie wszy­scy umrzemy”.

Kru­cjata z powyż­szym hasłem na ustach, będąca bazą ruchu na rzecz zrów­no­wa­żo­nego roz­woju, powinna zanie­po­koić osoby, które rozu­mieją pro­blemy eko­no­miczne. Pod­sta­wowa zasada eko­no­mii mówi, że rynki są struk­tu­rami samo­re­gu­lu­ją­cymi się i upo­rząd­ko­wa­nymi. Ceny zaś wska­zują ogra­ni­czo­ność zaso­bów i poma­gają ludziom gospo­dar­nie korzy­stać z dóbr. Ceny zmie­niają się, kiedy wahają się deter­mi­nu­jące je podaż i popyt. Zmiany cen wska­zują na potrzebne dosto­so­wa­nia w pro­duk­cji i kon­sump­cji. Ceny spra­wiają, że motyw zysku – natu­ralny aspekt czło­wie­czeń­stwa – ma ujście w pro­duk­tyw­nych i inno­wa­cyj­nych dzia­ła­niach. W skró­cie, sys­tem cen się sprawdza.

Zrów­no­wa­żeni” są nie­świa­domi tej pod­sta­wo­wej wie­dzy, albo ją odrzu­cają. Dla­tego poja­wia się zada­nie dla nas, ekonomistów.

Lament „zrów­no­wa­żo­nych”

Sed­nem pro­blemu wg „zrów­no­wa­żo­nych” jest nie­od­po­wie­dzialne wyko­rzy­sta­nie zaso­bów przez spo­łe­czeń­stwo. Są one bowiem zuży­wane zbyt szybko, w zbyt dużych ilo­ściach lub w spo­sób, który będzie miał nega­tywne skutki w dłu­gim okre­sie. „Zrów­no­wa­żeni” wyra­żają dez­apro­batę dla dzia­łań innych ludzi i podej­mują kroki, żeby nawró­cić krnąbr­nych braci.

Osoby, które mar­no­tra­wią zasoby z powodu wła­snej igno­ran­cji, leni­stwa, uporu, nie zmie­nią same swych nawy­ków i nie zaak­cep­tują prak­tyk pro­wa­dzą­cych do świata zrów­no­wa­żo­nego roz­woju. Stąd potrzeba zor­ga­ni­zo­wa­nych kam­pa­nii eko­lo­gicz­nych, wycie­czek wzbu­dza­ją­cych poczu­cie winy, a także odpo­wied­niego prawa, żeby popra­wić nie­wła­ściwe wyko­rzy­sta­nie zaso­bów. Musimy zmie­nić nasze wzory zacho­wań. Potrze­bu­jemy moty­wa­cji sil­niej­szej niż dba­nie o „wła­sny dobro­byt eko­no­miczny” (motyw zysku). Zrów­no­wa­żony roz­wój stał się tym samym w pełni roz­wi­niętą kru­cjatą w celu „oca­le­nia naszej pla­nety”. Jeśli nie jesteś czę­ścią roz­wią­za­nia, z pew­no­ścią jesteś czę­ścią problemu.

Spró­bujmy to zin­ter­pre­to­wać patrząc przez szkiełka eko­no­mi­sty. Argu­menty za zrów­no­wa­żo­nym roz­wo­jem możemy zali­czyć do jed­nej z dwóch szer­szych kate­go­rii: (1) argu­ment o nie­od­na­wial­no­ści, czyli pokłady nie­któ­rych waż­nych zaso­bów się kur­czą, a zanim ludzie się zorien­tują, będzie „zbyt późno” – braki surow­ców zmniej­szą roz­miary kapi­ta­li­stycz­nych gospo­da­rek do gra­nicy zała­ma­nia; (2) argu­ment o zmia­nie kli­matu, co ozna­cza, że ist­nieją znaczne, choć opóź­nione w cza­sie, koszty zewnętrzne bie­żą­cych spo­so­bów wyko­rzy­sty­wa­nia zaso­bów[1].

Oba rodzaje argu­men­tów przy­wo­łują tezę o zawod­no­ści rynku (mar­ket failure – przyp. tłum.). Prak­tyki uznane za nie­zrów­no­wa­żone poja­wiają się rze­czy­wi­ście na wol­nym rynku. Potrze­bu­jemy zatem jakiejś zewnętrz­nej, kory­gu­ją­cej per­swa­zji moral­nej lub regu­la­cji gospo­dar­czej, żeby zapo­biec nad­cho­dzą­cej kata­stro­fie nie­zrów­no­wa­żo­nego wyko­rzy­sta­nia zasobów.

Czy ceny nie wystarczą?

Nie chcę roz­wo­dzić się nad szcze­gó­łami ruchu zrów­no­wa­żo­nego roz­woju. Ist­nieją tuziny prze­ja­wów tej ini­cja­tywy – od zie­lo­nego budow­nic­twa przez eko­lo­giczne rol­nic­two, obo­wiąz­kowy recy­kling do walki z dwu­tlen­kiem węgla. Zaiste, wóz orkie­stry „zrów­no­wa­żo­nych” (poma­lo­wany oczy­wi­ście na zie­lono i zasi­lany przez ener­gię odna­wialną) wydaje się roz­ra­stać w nie­skoń­czo­ność, aż pochło­nie każdy prze­mysł i grupę inte­resu pod słoń­cem. Chciał­bym w tym miej­scu nakre­ślić naj­waż­niej­sze kon­se­kwen­cje ruchu zrów­no­wa­żo­nego rozwoju.

Ten ruch jest zama­chem na eko­no­mię. Twier­dzi bowiem, że ceny nie zacho­wują się w cza­sie tak, żeby kie­ro­wać kon­sump­cją i pro­duk­cją w spo­sób dający się utrzy­mać w przy­szło­ści. Lek­cja z pod­staw eko­no­mii powinna wystar­czyć, żeby obro­nić się przed ata­kami „zrównoważonych”.

Ceny powstają w ryn­ko­wej gospo­darce w kon­se­kwen­cji wymian korzyst­nych dla wszyst­kich stron. Ludzie pra­gną rze­czy, które spra­wią, że ich życie będzie lep­sze – uwa­żamy to za war­tość. Nie­które war­to­ściowe rze­czy są bar­dziej rzad­kie niż inne, weźmy choćby kla­syczny przy­kład wody i dia­men­tów. Abso­lu­ty­zu­jąc, woda jest cen­niej­sza niż dia­menty, bo dia­men­tów nie potrze­bu­jesz, żeby przeżyć.

Pomimo tego funt wody jest znacz­nie tań­szy od funta dia­men­tów . Dla­czego? Cho­ciaż woda jest war­to­ściowa, jest jej względ­nie wię­cej. W wielu czę­ściach świata dosłow­nie spada z nieba. Cena każ­dego dobra uwzględ­nia tę kom­bi­na­cję war­to­ści i rzad­ko­ści. Jeste­śmy skłonni pła­cić wię­cej, kiedy war­to­ściowe rze­czy stają się względ­nie rzad­sze (np. ropa naf­towa) i nie musimy pła­cić tak dużo za cenne dla nas dobra, jeśli stają się one bar­dziej dostępne (np. zboże).

Ponadto, w miarę jak rzad­kie rze­czy tracą swoją war­tość, ludzie prze­stają być skłonni wyda­wać na nie pie­nią­dze (np. na maszyny do pisa­nia). Gdy coś rzad­kiego staje się nagle bar­dziej pożą­dane, trzeba za to zapła­cić wię­cej (np. płyty Micha­ela Jack­sona z naj­lep­szego okresu). Wspa­niałą zaletą cen jest to, że prze­ka­zują zarówno infor­ma­cje o war­to­ści dobra (popyt na nie), jak i o jego rzad­ko­ści (podaży). Ceny, rzecz jasna, pod­le­gają zmia­nom – ceny pew­nych dóbr zmie­niają się każ­dego dnia. Jest to pozy­tywne zja­wi­sko, bo zauwa­żalne trendy wska­zują na względne zmiany „fun­da­men­tów rynku”, czyli popytu i podaży.

Wła­śnie dla­tego możemy powie­dzieć, że ceny w roz­sądny spo­sób kie­rują dzia­ła­niami kon­su­men­tów i pro­du­cen­tów, pro­wa­dząc do racjo­nal­nego wyko­rzy­sta­nia zaso­bów. Kon­su­menci zna­jący się na rze­czy obser­wują zmiany cen: rosnąca cena skła­nia do ogra­ni­cze­nia uży­cia danego dobra, spa­da­jąca zachęca do pew­nego zwięk­sze­nia kon­sump­cji. Podobna logika odnosi się do producentów.

Przed­się­biorcy, kie­ro­wani moty­wem zysku, są jak ogary szu­ka­jące tren­dów zmian cen, chcące zna­leźć oka­zję do zarobku, czyli szansę do stwo­rze­nia war­to­ści poprzez wymianę. Jeśli cena dobra wyka­zuje silną ten­den­cję do wzro­stu (wska­zu­jąc, że dobro stało się rzad­sze lub bar­dziej cenione), pró­bują zna­leźć tań­sze sub­sty­tuty. Im tań­sze sub­sty­tuty, tym wyż­sze poten­cjalne zyski, zwłasz­cza dla tych, któ­rzy będą pierwsi na rynku. Jeśli ceny spa­dają (wska­zu­jąc, że zasoby stają się licz­niej­sze w porów­na­niu do ich przy­dat­no­ści), przed­się­biorcy anga­żują swoje wysiłki w innych miejscach.

Ogólny wynik tych eko­no­micz­nych pro­ce­sów zawiera się w stwier­dze­niu „ceny koor­dy­nują”[2]. Ujmu­jąc to ina­czej, sys­tem cen działa jak „nie­wi­dzialna ręka”[3], pro­wa­dząc ludzi – zarówno kon­su­men­tów, jak i pro­du­cen­tów – w ich gospo­dar­czych dzia­ła­niach. Praw­dziwe piękno tego wol­no­ryn­ko­wego sys­temu cen polega na tym, że wpro­wa­dza on wła­sny rodzaj zrów­no­wa­żo­nego roz­woju. Nie cho­dzi tutaj o moż­li­wość kon­ty­nu­acji wyko­rzy­sta­nia jakie­goś kon­kret­nego surowca – ponie­waż poszcze­gólne dobra mogą zyski­wać i tra­cić przy­chyl­ność spo­łe­czeń­stwa, w miarę zmian popytu i podaży – lecz o moż­li­wość pod­trzy­my­wa­nia szyb­kiego wzro­stu gospo­dar­czego, wyso­kich stan­dar­dów życia w roz­wi­nię­tej gospo­darce kapitalistycznej.

Weźmy na przy­kład zmiany na rynku oświe­tle­nia wnętrz: łojowe świece zostały zastą­pione przez lampy na tran, wyparte potem przez lampy naf­towe, zastą­pione z kolei przez żarówki zasi­lane elek­trycz­nie. Żadna poli­tyczna lub spo­łeczna pre­sja nie była potrzebna, żeby doko­nać tej ewo­lu­cji, żaden ruch „szczytu pozy­ski­wa­nia tranu”, żadni dzia­ła­cze na rzecz zaprze­sta­nia sto­so­wa­nia nafty, żadna kru­cjata zrów­no­wa­żo­nego roz­woju. Wystar­czył spraw­nie funk­cjo­nu­jący sys­tem cen połą­czony z przed­się­bior­czym pra­gnie­niem zysków w kon­ku­ren­cyj­nym, wol­no­ryn­ko­wym ładzie.

Także i w naszych cza­sach, kiedy „zrów­no­wa­żeni” i inni pesy­mi­ści mar­twią się wyczer­py­wa­niem zaso­bów, sys­tem cen cią­gle funk­cjo­nuje, cichutko, lecz pew­nie pro­wa­dząc jed­nostki ku gospo­dar­nemu wyko­rzy­sty­wa­niu zaso­bów, poszu­ki­wa­niu intrat­nych sub­sty­tu­tów i prze­wi­dy­wa­niu przy­szłych tren­dów ceno­wych. Wszystko to bez kazno­dziej­stwa, bez kru­cjat i bez aktywizmu.

Czy kru­cjata zrów­no­wa­żo­nego roz­woju jest zrównoważona?

Jak długo jesz­cze „zrów­no­wa­żeni” będą w sta­nie bić w swoje bębny, trą­biąc przy tym, że są „bar­dziej zie­loni niż ty” i pró­bu­jąc prze­ko­nać nas do postę­po­wa­nia w spo­sób zrów­no­wa­żony, wyko­rzy­stu­jąc do tego różne poziomy przy­musu? W miarę, jak stra­sze­nie glo­bal­nym ocie­ple­niem traci na wia­ry­god­no­ści, praw­do­po­do­bień­stwo choćby moral­nego zwy­cię­stwa „zrów­no­wa­żo­nych” maleje[4]. O ile zie­mia nie zacznie się roz­ta­piać od odro­biny dymu, „zrów­no­wa­żeni” nie będą mieli wiel­kiego wpływu.

Zatwar­dziali „zrów­no­wa­żeni” żądają rady­kal­nej, nisz­czą­cej zmiany wzglę­dem natu­ral­nego, wol­no­ryn­ko­wego ładu. Chcą oddać bogac­two i pry­wat­ność w imię  swo­jego celu[5]. Mimo iż oby­wa­tele zachod­nich demo­kra­cji są łatwym celem dla wszyst­kiego, co zie­lone, nie pój­dziemy dalej w kie­runku rato­wa­nia pla­nety. Zwłasz­cza gdy okaże się, że zrów­no­wa­żony roz­wój wymaga mar­szu w kie­runku biedy i sil­nie regu­lo­wa­nego spo­łe­czeń­stwa (a pla­neta wcale nie jest w niebezpieczeństwie).

Do tego, co może jest nawet waż­niej­sze, ludzie w kra­jach roz­wi­ja­ją­cych się będą coraz bar­dziej zanie­po­ko­jeni żąda­niami poświę­ceń. Dopiero co osią­gnęli wysoki stan­dard życia porów­ny­walny z kra­jami roz­wi­nię­tymi i, moim zda­niem,  dość ozię­ble potrak­tują pomysł rezy­gna­cji z rozwoju.

Obecne odro­dze­nie kla­sycz­nej libe­ral­nej tra­dy­cji w eko­no­mii także wpły­nie na zmniej­sze­nie kręgu oddzia­ły­wa­nia idei zrów­no­wa­żo­nego roz­woju. Pomysł narzu­co­nego i cen­tral­nie zapla­no­wa­nego zrów­no­wa­że­nia zosta­nie skru­szony, gdy ludzie uświa­do­mią sobie, jaki sys­tem jest praw­dzi­wie zrów­no­wa­żony – spon­ta­niczny ład wykuty przez nie­wi­dzialną rękę wol­no­ryn­ko­wego sys­temu cen. Jeśli dodamy do tego trud­no­ści zwią­zane z obecną rece­sją, to wkrótce nawet naj­bar­dziej zago­rzali „zrów­no­wa­żeni” zaczną przy­mi­lać się do wol­no­ryn­ko­wej gospo­darki z bom­bo­nierką w ręku.


1 Argu­menty zwią­zane z nad­cho­dzą­cym szczy­tem wydo­by­cia ropy naf­to­wej są przy­kła­dem pierw­szego typu argumentów.

 

2 Jest to klu­czowy temat prac F. A. Hay­eka. Zob. kla­syczny esej: Wyko­rzy­sta­nie wie­dzy w spo­łe­czeń­stwie, [W:] F. A. Hayek, Indy­wi­du­alizm i porzą­dek eko­no­miczny, tłum. G. Łucz­kie­wicz, Kra­ków 2001.

3 Ory­gi­nalne uży­cie tego wyra­że­nia można zna­leźć w: Adam Smith, Bada­nia nad naturą i przy­czy­nami bogac­twa naro­dów, tom I i II, War­szawa 2008, księga IV, sek­cja 2.9.

4 Jeśli chcemy być szcze­rzy, to musimy przy­znać, że jeśli uznamy argu­ment o zawod­no­ści rynku w obsza­rze kosz­tów zewnętrz­nych, idea spo­wo­do­wa­nego przez czło­wieka glo­bal­nego ocie­ple­nia jest spójna ze zdrową teo­rią eko­no­mii. Cię­żar dowodu spo­czywa jed­nak w tym przy­padku na „zrów­no­wa­żo­nych”, któ­rzy mocno wie­rzą w ist­nie­nie kata­stro­fal­nych, dłu­go­ter­mi­no­wych kosz­tów zewnętrz­nych glo­bal­nego ocie­ple­nia. Jak mawia mój ulu­biony pre­zen­ter radiowy, „zaszu­flad­kuj­cie mnie do sceptyków”.

5 Przy­kłady gospo­dar­czych poświę­ceń, któ­rych doma­gają się „zrów­no­wa­żeni” można zna­leźć tutaj, tutajtutaj.

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

No Comments Yet.

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*