Wybór

Na Inter­ne­cie zro­bi­łem rezer­wa­cję biletu. Ponie­waż, z jakichś tajem­ni­czych powo­dów sys­tem nie przy­jął zapłaty moją kartą płat­ni­czą, agen­cja wysta­wia­jąca bilet popro­siła mnie o zapła­ce­nie za prze­lot gotówką. Uda­łem się więc z pie­niędzmi do biura zlo­ka­li­zo­wa­nego w sto­łecz­nym cen­trum biu­ro­wym przy Doma­niew­skiej. Przed gma­chem ogromny par­king, nie­stety nie dla mnie. Czu­wa­jący przy szla­ba­nie ochro­niarz infor­muje, że plac jest wyłącz­nie dla per­so­nelu insty­tu­cji, a ja muszę zosta­wić samo­chód, kil­ka­set metrów dalej, na par­kingu płat­nym. Oka­zało się jed­nak, że nie musia­łem. Zada­łem sobie trud, bo podobne prak­tyki par­kin­gowe są w War­sza­wie stan­dar­dem, i w końcu zna­la­złem agen­cję, które trak­tuje klien­tów przyjaźniej.

W Sta­nach Zjed­no­czo­nych, w kraju któ­rego pro­spe­rity zazdro­ści cały świat, zamknię­cie par­kingu przed klien­telą jest nie do pomy­śle­nia. Tam biz­nes wie, że bez kon­su­menta ist­nieć nie może. Per­so­nel można zastą­pić Inter­ne­tem, pocztą, out-sourcingiem, klienta zastą­pić się nie da. Stąd na par­kingu przed wej­ściem do biu­rowca czy sklepu per­so­nel ma surowy zakaz par­ko­wa­nia. Te naj­wy­god­niej­sze miej­sca są wyłącz­nie dla kon­su­men­tów. Wszy­scy to rozu­mieją, bo wie­dzą, że jeśli narażą kon­su­menta na kło­pot, to poszuka on sobie kon­ku­ren­cji. Dla­czego ta zdrowa zasada spo­tyka się u nas z takim opo­rem mate­rii?
Po pierw­sze, kon­ku­ren­cja, która wymu­sza sta­ra­nie się o kon­su­menta jest u nas wciąż nie­wielka. Wynika to z braku kapi­tału, ale także z utrud­nień z pro­ce­sie zdo­by­wa­nia licen­cji czy kon­ce­sji. Gdyby obok super­mar­ketu A mogły sta­nąć super­mar­kety B i C, wów­czas poziom usług wszyst­kich trzech insty­tu­cji popra­wiłby się. To samo odnosi się np. do firm ubez­pie­cze­nio­wych czy sta­cji ben­zy­no­wych, które z powodu archa­icz­nych ustaw i zarzą­dzeń, muszą być przez urzęd­ni­ków regla­men­to­wane. Ogra­ni­cza­nie dostępu do rynku spra­wia, że ci, któ­rzy się do niego dorwali pozwa­lają sobie nie­kiedy na aro­gan­cję, jak choćby w biu­row­cach na Doma­niew­skiej.
Powód drugi, to poku­tu­jące jesz­cze z cza­sów prl prze­ko­na­nie, że towar broni się sam. Wystar­czy mieć miej­sce, kasę fiskalną i pro­dukt, a klienci przyjdą, bo muszą. Otóż nie muszą, albo przyjdą gdzie indziej. Byłem kilka dni temu świad­kiem roz­mowy pomię­dzy kwia­ciarką na Ursy­no­wie, a jej klien­tem, który pro­te­sto­wał prze­ciwko nali­cze­niu mu za deko­ra­cję kwiatka w cenie 12 zł, aż 23 zł. Uwa­żał on, że deko­ra­cja jest wyra­zem sta­ra­nia się biz­nesu o jakość jegos usług. Kwia­ciarka była nie­wzru­szona: „Za deko­ra­cję musi pan zapłaci eks­tra!” Na co klient spo­koj­nie, lecz sta­now­czo odparł: „Nie muszę!”. I wyszedł.
Sam towar nie wystar­czy. Ludzie wpraw­dzie lubią kupo­wać i chęt­nie to robią, ale mając do wyboru róż­nych dostaw­ców wybie­rają tego, który im naj­le­piej odpo­wiada. Cza­sem tym kry­te­rium może być cena, cza­sem miła obsługa lub wygoda. Nie­kiedy jest do dro­biazg, taki jak choćby moż­li­wość łatwego par­ko­wa­nia. Gdyby nawet w jakimś mia­steczku ist­niała jedna kwia­ciar­nia czy jedna agen­cja podróży, nie zna­czy to wcale, że mogą one robić co zechcą. Klient może bowiem zre­zy­gno­wać z kupna kwiatka na rzecz dro­giej bom­bo­niery, a zamiast wycieczki kupić nowy stół. Kon­ku­ren­cją dla dealera samo­cho­do­wego są nie tylko inni deale­rzy, jest nim także tak­sów­karz, firma dewe­lo­per­ska czy nawet sklep rowe­rowy.
O tym, że towar nie wystar­czy świad­czy cho­ciażby suk­ces naj­więk­szej na świe­cie sieci restau­ra­cji „Mac Donald’s”. Na pewno ist­nieje wiele restau­ra­cji ser­wu­ją­cych bar­dziej soczy­ste bef­sztyki czy w ogóle gotu­ją­cych smacz­niej, co z tego, skoro mało kto o nich wie. Dla­czego? Może nie jest tam tak czy­sto jak w Mac Donald’s , może jest za drogo, może obsługa nie jest tak sprawna i miła, albo par­king prze­zna­czony jest tylko dla per­so­nelu. Jakiś powód w każdy razie jest. Ludzie mają natu­ralną ten­den­cję do polep­sza­nia sobie życia. I w tym tkwi źró­dło suk­cesu mate­rial­nego firm czy insty­tu­cji, które im w tym polep­sza­niu poma­gają. Czy na Doma­niew­skiej tego nie rozumieją?

Jan M. Fijor
„Życie War­szawy” 2003-10-10

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

No Comments Yet.

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*