Zmierzch ery dolara?

Po raz pierw­szy w dzie­jach, Ame­ry­ka­nie pozby­wają się dola­rów. Mili­tarne obse­sje Bia­łego Domu i cho­ro­bliwa wręcz roz­rzut­ność pre­zy­denta dopro­wa­dziły naj­waż­niej­szą walutę świata na skraj upadku, któ­rego kon­se­kwen­cją może być kry­zys gospo­dar­czy na nie noto­waną dotąd skalę.

Infla­cja

W maju 2006 roku, cena złota wzbiła się na wyso­kość 745 dol. za uncję, naj­wyż­szą od 26 lat. Ropa naf­towa – po chwi­lo­wym spadku cen – wró­ciła na poziom ok. 74 dol., jak w maju 2003, tuż po ataku na Irak. Świat z zapar­tym tchem czeka, kiedy spraw­dzi się prze­po­wied­nia i ropa naf­towa osią­gnie cenę 100 dol. za baryłkę. Dro­żeje gaz ziemny, tylko w ciągu ostat­nich pię­ciu mie­sięcy podro­żał o ok. 55 proc. Rekordy cenowe bije miedź, alu­mi­nium, stal, elek­trycz­ność i wiele innych towa­rów, któ­rych war­tość poda­wana jest tra­dy­cyj­nie w dola­rach. Powo­dem rosną­cych cen nie jest ani znaczny wzrost popytu czy spa­dek podaży, lecz raczej osła­bie­nie siły ame­ry­kań­skiego dolara, który – po chwi­lo­wym wzro­ście z końca ub. roku – zna­lazł się na pozio­mie naj­niż­szym od 8 mie­sięcy. Gre­en­back, jak piesz­czo­tli­wie nazywa dolara świa­towa finan­sjera, tylko od 2001, a więc od zama­chu z 11 wrze­śnia 2001 stra­cił na war­to­ści w sto­sunku do euro ok. 30 proc., tyle samo co wobec pol­skiego zło­tego, franka szwaj­car­skiego i nieco mniej w sto­sunku do funta bry­tyj­skiego. A prze­cież, zarówno kraje strefy euro, Wielka Bry­ta­nia, Szwaj­ca­ria i Pol­ska nie są w jakiejś impo­nu­ją­cej kon­dy­cji gospo­dar­czej. Poprawa kursu tych walut w sto­sunku do dolara wywo­łana jest nie tyle ich apre­cja­cją, co raczej spad­kiem popytu na dolara. Zja­wi­sko jest tym groź­niej­sze, że dewa­lu­acja dolara nie ule­gła zaha­mo­wa­niu pomimo 15 inter­wen­cji banku cen­tral­nego. Przy­po­mnijmy, że Fede­ral Rese­rve Board (FED) w ciągu ostat­nich 22 mie­sięcy pod­niósł stopę bazową z 1 proc. do 5 proc. Mimo iż kre­dyt krót­ko­ter­mi­nowy podro­żał aż o 400 proc., war­tość dolara — w sto­sunku do euro — pod­nio­sła się led­wie o 4 proc., do franka szwaj­car­skiego jesz­cze mniej, bo tylko 3 proc. Wystar­czyło też , że w końcu kwiet­nia b.r. nowy prze­wod­ni­czący FED, Bob Ber­nanke zapo­wie­dział prze­rwa­nie pod­no­sze­nia stóp, by dolar zje­chał kolejne kilka pro­cent w dół.
Inwe­sto­rów znie­chęca do dolara groźba infla­cji. Rekiny finan­sów nie dają się zwieść rapor­tami FED, z któ­rych wynika, że infla­cja jest pod kon­trolą i nie prze­kra­cza 2,5 proc. „Jeśli jest tak dobrze – pyta gieł­dowy guru, War­ren Buf­fett, jeden z tych, któ­rzy jako pierwsi obwie­ścili światu koniec ery dolara; zamie­nia­jąc miliardy dola­rów na euro – to jak wytłu­ma­czyć tak ogromny (miej­scami do 100 proc. w ciągu 2 lat – przyp. red.) wzrost cen nie­ru­cho­mo­ści, a także utrzy­my­wa­nie się wyso­kiego popytu na ame­ry­kań­skie obli­ga­cje skar­bowe?”
W ślad za Buf­fet­tem od dolara ucie­kli m.in. Geo­rge Soros, Bill Gates, Ted Tur­ner i paru innych tuzów świata finansów.

Chęt­nych brak

Mimo to nie widać jesz­cze infla­cji na rynku towa­rów kon­sump­cyj­nych. Mer­ce­des 500 SL czy Porsche Cay­enne kosz­tują w USA połowę tego, co w Niem­czech gdzie się je pro­du­kuje. Ceny są w Sta­nach Zjed­no­czo­nych nadal pod kon­trolą. Potwier­dzają to ocze­ki­wa­nia spo­łeczne, zgod­nie z któ­rymi spa­dek siły nabyw­czej dolara nie prze­kro­czy w naj­bliż­szym cza­sie tzw. celu infla­cyj­nego, czyli 2 proc.
Skoro nie infla­cja, to co pogar­sza pozy­cję dolara?
Na pewno, nie­słab­nąca ten­den­cja do zadłu­ża­nia się. Mimo pod­wyżki stóp pro­cen­to­wych, kre­dyt nadal jest tani, co zachęca do wzro­stu kon­sump­cji za pie­nią­dze poży­czone. Tylko w ciągu ostat­nich pię­ciu lat cał­ko­wite zadłu­że­nie Ame­ry­ka­nów wzro­sło o ponad 61 proc., prze­kra­cza­jąc trzy­krot­ność Pro­duktu Kra­jo­wego Brutto. Dłuż­nicy, któ­rych „oso­bi­sty” dług sięga 20 proc. PKB, mogą już wkrótce oka­zać się nie­wy­pła­calni, tym bar­dziej, że rów­nież admi­ni­stra­cja Busha ma lekką rękę i bije rekordy wszech­cza­sów w roz­rzut­no­ści. W 2006 roku wydatki fede­ralne prze­kro­czą 24,000 dol. w prze­li­cze­niu na gospo­dar­stwo domowe. Zadłu­że­nie rządu fede­ral­nego, które prze­kro­czyło 8000 mld dol. wzra­sta o bli­sko 1,8 mld dol. dzien­nie. Żaden pre­zy­dent w histo­rii Sta­nów Zjed­no­czo­nych nie był tak roz­rzutny jak Geo­rge W. Bush. Gdyby nawet rząd prze­stał się wię­cej zadłu­żać, to i tak koszty obsługi jego długu prze­kra­czają 350 mld dol. rocz­nie, to jest bli­sko 1200 dol. na osobę rocz­nie. Tyle, mniej wię­cej wydają Ame­ry­ka­nie na…żywność, napoje i alko­hol razem wzięte!
Przez dwa wieki, jed­nym z fila­rów potęgi gospo­dar­czej Sta­nów Zjed­no­czo­nych – źró­dłem jego kapi­tału i kre­dytu — był silny popyt na dolara. Świat trak­to­wał walutę ame­ry­kań­ską, jako jedyny (obok złota) praw­dziwy pie­niądz. Dolar był bogiem miał war­tość. Wszy­scy chcieli go posia­dać i chęt­nie finan­so­wali ame­ry­kań­ski defi­cyt w han­dlu zagra­nicz­nym. W wyniku tego trendu, który nasi­lił się z począt­kiem lat 1980., Stany Zjed­no­czone stały się naj­więk­szym dłuż­ni­kiem świata. Sama tylko Japo­nia poży­czała Ame­ry­ka­nom (w latach 1997 – 2001) po ok. 100 mld dol. rocz­nie. Za te pie­nią­dze, kon­su­menci ame­ry­kań­scy kupo­wali na kre­dyt japoń­skie samo­chody, tele­wi­zory i inne gadżety. Rów­no­cze­śnie z finan­so­wa­niem kon­sump­cji szły zagra­niczne inwe­sty­cje. Cały świat woził swoje pie­nią­dze do Ame­ryki, finan­su­jąc roz­wój ame­ry­kań­skiej gospo­darki, i zara­bia­jąc na tym, gdyż wła­śnie ta gospo­darka roz­wi­jała się naj­szyb­ciej. Chęt­nie też kupo­wano ame­ry­kań­skie obli­ga­cje, były one bez­pieczne i dawały przy­zwo­ity zwrot. Ame­ry­ka­nie nie musieli oszczę­dzać. Gospo­darkę budo­wali im cudzo­ziemcy. Co wię­cej, dzięki temu, że to wła­śnie Ame­ry­ka­nie posia­dali dolary jako pierwsi, kupo­wali za nie wszystko naj­ta­niej. Uod­por­niało ich to przed kon­se­kwen­cjami świa­to­wych rece­sji.
Hege­mo­nia ta została jed­nak zaha­mo­wany, i to w momen­cie, kiedy ame­ry­kań­ski defi­cyt – głów­nie z powodu wydat­ków wojen­nych — osią­gnął rekord. Z braku wła­snych, ame­ry­kań­skich oszczęd­no­ści jego finan­so­wa­niem musi się zająć ktoś z zewnątrz. Tym­cza­sem chęt­nych do poży­cza­nia i inwe­sto­wa­nia brak.

Dla­czego świat się odwrócił?

Zda­niem Lew Roc­kwella, pre­zesa pre­sti­żo­wego Insty­tutu Misesa w Ala­ba­mie, „naj­sil­niej­szym, choć nie jedy­nym hamul­cem powstrzy­mu­ją­cym inwe­sto­rów zagra­nicz­nych przed lokatą w gospo­darkę USA jest nie­wąt­pli­wie „mili­ta­ryzm” George’a W. Busha, kosz­tu­jący Ame­rykę ponad 2 biliony dola­rów.” Defi­cyt budże­towy i han­dlowy, które w opi­nii Pio­tra Kuczyń­skiego, głów­nego ana­li­tyka Xeliona, odpo­wie­dzialne są za tak silną depre­cja­cję dolara, to wła­śnie kon­se­kwen­cje wojen. Dia­gnozę tę potwier­dza ostatni wzrost cen ropy naf­to­wej do ponad 77 dol. i rów­no­cze­śnie głę­boki spa­dek war­to­ści dolara wywo­łany wyłącz­nie groźbą kon­fliktu z Ira­nem. To nie świat osła­bia dolara. Robi to Biały Dom. Świat tylko na tym cierpi. Ostat­nio też zaczyna się bro­nić. Naj­pierw w Rosji i w Wene­zu­eli, ostat­nio także w Ira­nie, w Szwe­cji, a nawet w Ara­bii Sau­dyj­skiej zaczyna się mówić o odej­ściu w roz­li­cze­niach dostaw ropy naf­to­wej od dolara. „To byłaby dla dolara, dla USA, a może nawet świata, kata­strofa” – uważa Roc­kwell. Tym bar­dziej, że ame­ry­kań­skiemu mili­ta­ry­zmowi towa­rzy­szą silne nastroje anty­biz­ne­sowe. Johan­son, Pic­coli czy Schmidt byli zain­te­re­so­wani inwe­sto­wa­niem w USA tak długo, jak długo pano­wała tam więk­sza, niż w Euro­pie, swo­boda robie­nia inte­re­sów. Uchwa­lona za Busha, popu­li­styczna ustawa Oakley – Sarbanes’a i towa­rzy­szące jej repre­sje ze strony Komi­sji Papie­rów War­to­ścio­wych i Depar­ta­mentu Spra­wie­dli­wo­ści, są popu­li­stycz­nym cio­sem wymie­rzo­nym w ame­ry­kań­ską gospo­darkę. Jedyną pocie­chą może być reak­cja Europy, która chce ame­ry­kań­skie roz­wią­za­nie sko­pio­wać. Marna to pocie­cha.
Dużą prze­szkodą jest, trwa­jące już pra­wie 18 lat trud­no­ści gospo­dar­cze Japo­nii. Japoń­czycy wciąż jesz­cze finan­sują bli­sko 25 proc. całego defi­cytu han­dlo­wego USA, ale sami mają pro­blemy, stąd ich udział maleje. To samo doty­czy Chin, któ­rych nad­wyżka w han­dlu zagra­nicz­nym z USA wzro­sła z 20 mld dol. w 1997 roku, do ok. 200 mld w 2005 roku. Chiń­czycy także zaczy­nają wię­cej myśleć o swo­ich potrze­bach; rośnie ich import, gospo­darka chiń­ska wymaga nowych inwe­sty­cji, nowych miejsc pracy. Na kre­dy­to­wa­nie ame­ry­kań­skiej kon­sump­cji miej­sca nie ma. Europa mogłaby poży­czać, ale sama ma pro­blemy, głów­nie socjalne. Gasze­nie nie­po­ko­jów spo­łecz­nych, jak we Fran­cji, a zwłasz­cza rosnące potrzeby coraz star­szych spo­łe­czeństw Sta­rego Kon­ty­nentu wyma­gają nowych nakła­dów.
Wresz­cie, przy takim zadłu­że­niu, wie­rzy­ciele Ame­ryki zaczy­nają się oba­wiać że dłuż­nik może być nie­wy­pła­calny. Sytu­ację popra­wi­łyby cię­cia w wydat­kach budże­to­wych, na to się jed­nak się nie zanosi. Pre­zy­dent Bush prze­żywa wła­śnie gwał­towny spa­dek popu­lar­no­ści a jego popar­cie spo­łeczne spa­dło do naj­niż­szego od początku pre­zy­den­tury i wynosi nie­wiele ponad 30 proc. Nie zde­cy­duje się więc na żadne dra­styczne cię­cie w wydat­kach. Wydaje więc chęt­nie, defi­cyt rośnie, atrak­cyj­ność Sta­nów Zjed­no­czo­nych, a tym samym dolara, spada.

Bez­tro­ska nad Potomakiem

Mimo dość ponu­rych per­spek­tyw i dra­stycz­nej depre­cja­cji waluty, Waszyng­ton sytu­ację baga­te­li­zuje. Wielu ame­ry­kań­skich poli­ty­ków uważa, że słaby dolar jest dla Ame­ryki korzystny. Przy­kła­dem może być wice­pre­zy­dent Dick Che­ney, któ­rego spa­dek war­to­ści waluty ame­ry­kań­skiej wręcz raduje. Podobny ton domi­nuje w mediach, dla któ­rych wykład­nią jest wciąż Key­nes. „Jeśli nawet za tań­szego dolara kupimy zagra­nicą mniej – pisze Paul Krug­man, czo­łowe pióro NYT — to prze­cież sprze­damy wię­cej. Tani dolar pomoże nam zli­kwi­do­wać defi­cyt w han­dlu zagra­nicz­nym.”
Ludzie ci zapo­mi­nają, że cho­ciaż tani dolar i pro­tek­cjo­nizm ude­rzą w świat, ude­rzą także, kto wie czy nie naj­do­tkli­wiej, w same Stany Zjed­no­czone, które prze­cież wię­cej kupują niż sprze­dają. Słaby dolar zwięk­sza ilość pie­nię­dzy pocho­dzą­cych z rosną­cego eks­portu, ale pie­nią­dze te są mniej warte w impor­cie. Gospo­darka jako całość nie zyskuje. Co wię­cej, rosnący eks­port staje się kon­ku­ren­cją dla pro­duk­cji kra­jo­wej. Kon­ku­ren­cja ta przy­czy­nia się do wzro­stu cen, co wpływa nega­tyw­nie na sztucz­nie pobu­dzony eks­port. Eks­por­te­rzy mają mniej­sze zyski, oby­wa­tel płaci wię­cej za towary, gospo­darka bied­nieje. Skutki takiej poli­tyki odczują Ame­ry­ka­nie za rok, dwa, a może i póź­niej, na razie widać je tylko po ogra­ni­cze­niu ruchu tury­stycz­nego z USA do Europy i Azji. Jedyny plus to to, że tani dolar ude­rzy w tych wie­rzy­cieli, u któ­rych Ame­ry­ka­nie zacią­gali kre­dyty dola­rowe. Tylko z tytułu odse­tek od ame­ry­kań­skich obli­ga­cji, Waszyng­ton może w ten spo­sób „oszczę­dzić” ponad 1000 mld dol. Na sła­bym dola­rze cier­pią i Polacy — w mniej­szym stop­niu gospo­darka, bar­dziej drobni ciu­ła­cze, dla któ­rych dolar (mit Ame­ryki, ok. 10 mln Polo­nu­sów w USA) nadal kró­luje nie­po­dziel­nie. Polacy, jak infor­muje Wall Street Jour­nal, obok Mek­sy­ka­nów, Wło­chów i Chiń­czy­ków więk­szą część zaskór­nia­ków trzy­mają w „zie­lo­nych”. Na szczę­ście (albo i nie, zoba­czymy) trend ten, po wej­ścia Pol­ski w strefę euro szybko słabnie.

Lekar­stwo

Czy dolar może się jesz­cze obro­nić? Odpo­wiedź więk­szo­ści eks­per­tów brzmi: tak, ale…”Mimo wszystko – powie­dział Ozo­nowi, Piotr Kuczyń­ski, walu­cie ame­ry­kań­skiej daleko do utraty hege­mo­nii. Co prawda nie­które rządy i insty­tu­cje finan­sowe chcia­łyby widzieć w euro alter­na­tywę wobec dolara, ale na to jest jesz­cze za wcze­śnie.”
Warun­kiem poprawy renomy dolara, a tym samym obniżki cen ropy naf­to­wej o 20 – 30 dol. na baryłce jest ogra­ni­cze­nie, a potem szyb­kie zakoń­cze­nie dzia­łań wojen­nych w Zatoce Per­skiej. Jeśli pre­zy­dent Bush tego nie zro­zu­mie będzie gra­ba­rzem dolara i naj­gor­szym pre­zy­den­tem w dzie­jach USA. Czyn­ni­kiem sprzy­ja­ją­cym ame­ry­kań­skiej walu­cie jest też nasi­la­nie się w Ame­ryce nastro­jów kon­ser­wa­tyw­nych, nawet wśród Murzy­nów i Laty­no­sów. Opty­mizm budzi nie­usta­jąca i wciąż silna pre­sja na obniżkę podat­ków. Uła­twi ona zgodę wybor­ców na zaci­śnię­cie pasa, bez czego rów­no­wagi budże­to­wej przy­wró­cić się nie da. Pozy­tywny wpływ ma także poli­tyka ochła­dza­nia podaży pie­nią­dza przez bank cen­tralny (FED). Warun­kiem odro­dze­nia pie­nią­dza jest m.in. uatrak­cyj­nie­nie lokat dola­ro­wych, uatrak­cyj­nie­nie oszczę­dza­nia. Droż­szy pie­niądz, to co prawda droż­szy kre­dyt, ale także zachęta do budowy puli kapi­ta­ło­wej i ogra­ni­cze­nia życia na kre­dyt – uważa Alan Gre­en­span, eme­ry­to­wany szef FED.
Kry­zys dolara zachęci być może do powrotu do pary­tetu złota, zli­kwi­do­wa­nego w 1971 roku ukła­dem z Bret­ton Woods. Mówi się już o tym nawet w Sena­cie. Gorą­cym adwo­ka­tem stan­dardu złota jest sena­tor z Tek­sasu, Ron Paul, który chce oży­wić 280 mln uncji złota cze­ka­ją­cych w For­cie Knox na powrót sta­rych dobrych cza­sów. „Pie­niądz praw­dziwy (złoto, sre­bro) – mówi Paul — to nie tylko ochrona przed infla­cją, to także ogra­ni­cze­nie biu­ro­kra­cji i lep­sza gospo­darka”. Kry­zys dolara jest wresz­cie oka­zją do zre­wi­do­wa­nia ame­ry­kań­skiej poli­tyki wobec świata. Pozwoli być może uświa­do­mić Ame­ry­ka­nom, że choć dolar jest nadal naj­bar­dziej (obok złota) pożą­da­nym środ­kiem tezau­ry­za­cji, w każ­dej chwili może swoją pozy­cję stra­cić, ale wtedy czeka Ame­ry­ka­nów Apokalipsa.

Jan Bereta
„Ozon” 2006-05-14

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Komentarzy: 12

  1. rychu pisze:

    W USA pre­zy­dent nie wydaje pie­nię­dzy.
    Tym zaj­muje się Kon­gres a kon­kret­nie
    Com­mit­tee on Appro­pria­tions Izby Repre­zen­tan­tów. Pre­zy­dent nie może wydać centa bez uprzed­niego zatwierdzenia.

  2. Jan M Fijor pisze:

    Pie­nia­dze wydaje rzad, a jego sze­fem jest pre­zy­dent. To prawda, ze budzet zatwier­dza Kon­gres, ale pro­jekt przed­sta­wia pre­zy­dent, ktory ma jed­nak wla­dze. To Bush, a nie Kon­gres pod­niosl pro­po­no­wane wydatki, a Kon­gres je zatwier­dzil.
    Uklony
    JMF

  3. jacek pisze:

    no,dobra co Pan radzi trzy­mać się dola­rów czy euro;z ręką na sercu . z powa­ża­niem robot­nik niewykwalifikowany

  4. Jan M. Fijor pisze:

    Ani euro, ani dolar. Moze frank szwaj­car­ski i chyba zloto. oraz rzecz jasna nie­ru­cho­mo­sci. suk­ce­sow JMF

  5. Mateusz Nieznański pisze:

    No złoto idzie w górę jak z bicza strze­lił :)  — widać wła­śnie jakie trafne były spe­ku­la­cje Mil­tona Fried­mana i „mone­ta­ry­stów” co do kształ­to­wa­nia się cen złota na rynku (w 1971 osta­tecz­nie pie­niądz od złota został oddzielony).

  6. Jan M. Fijor pisze:

    Ach, teraz dopiero zrozumialem,z e to jest iro­nia. Sorry za ciem­note. Wielki Fried­man naro­bil wie­cej bigosu, cho­cia­zby z obo­wiaz­ko­wymi potra­ce­niami (zalicz­kami) na poczet podatku docho­do­wego, odcia­ga­nymi z upo­sa­ze­nia kaz­dego pra­cu­ja­cego. Pozdra­wiam mlo­dych anarcho-kapitalistow. Jan M Fijor

  7. JM FIjor pisze:

    O ile pamie­tam, to Mil­ton Friem­dan uwa­zal, ze zloto prze­sta­nie miec jaka­kol­wiek istotna war­tosc i chwa­lil odej­scie od stan­dardu zlota. Tym­cza­sem zloto jest mimo to miara war­to­sci pie­nia­dza i Friemdna dal tylow.
    Uklony
    Jan M Fijor

  8. Inicjator pisze:

    Nie tylko Fre­ed­man Mil­ton, ale tez i Key­nes, jak Jan Fijor o zlo­cie podobne bzdury wypo­wia­dal, onegdaj.

  9. Odrodzona Polska pisze:

    Zna­la­zlem cie­kawy arty­kul Alan Greenspen’a, na temat stan­dartu zlota z wcze­snych lat 1960-tych, kiedy to Gre­en­span byl nadzieja Objek­ty­wi­stow i samej Ayn Rand (twor­czyni ame­ry­kan­skiej filo­zo­fii Objek­ty­wi­zmu), jak i Leonard Peikoffa, ze pozniej­szy prze­wod­ni­czacy Banku Cen­tral­nego bedze dazyl do powrotu swia­to­wej waluty w opar­ciu o ban­kowe, frak­cyjne stan­darty zlota. Objek­ty­wi­sci, maja wielki zal, ze Gre­en­span zawiodl, i nie tole­ruja, zadnych innych, posred­nich roz­wia­zan. A byc moze sam Alan zro­zu­mial slowa Ayn Rand, ktora kon­ty­nu­owala tra­dy­cje ary­sto­te­low­skie, ze „aby wal­czyc o przy­szlosc, to trzeba zyc w niej dzi­siaj”. I nie jest to kom­pro­mis war­to­sci, czy idei, czy filo­zofi, moim zda­niem, ani prag­ma­tyzm, a raczej trze­zwe spoj­rze­nie na rze­czy­wi­stosc. Moze to wla­snie Bush i Reagan sa wiek­szymi reali­stami niz nam sie wydaje. Dla Jana Fijora, po lini, Reagan byl ame­ry­kan­skim idiota wtedy, pozniej stal sie jego ido­lem, teraz kry­ty­kiem, tak jak i kry­ty­kiem Busha. Jed­nak, impul­sywne mysle­nie, nie sprzyja logicz­nej calo­sci, przy­pusz­czam. I byc moze jestem w ble­dzie, co nie jest wat­pli­wo­scia, jak tylko zapro­sze­niem do dal­szych roz­wa­zan nad Rzecz Pospolita.

  10. Domena pisze:

    Wbrew pan­skim bzdur­nym prze­wi­dy­wa­niom, ame­ry­kan­ska gospo­darka ma sie cal­kiem dobrze. Nie mozna porow­nac ja do euro­pej­skiej. Pan­ski pla­ton­ski umysl pra­cuje na pel­nych obro­tach. Ste­ady as US goes.

  11. derywatywa-pochodna pisze:

    Nie slu­chaj­cie Pana Fijora. Pan Fijor to glo­balny ekle­tyk poli­tyczny, a zatem i eko­no­miczny. Dzi­siaj powie to, a za pare lat zmieni zupel­nie zda­nie. Moze byc odda­nym misty­kiem, w Boga wier­za­cym, a z kilka mie­siecy, bez­bo­znym kapitalista-ateista, odda­nym ran­dy­sta, mil­to­ni­sta i kim­kol­wiek. Eklek­ty­kowi, czy moze moze nawe i prag­ma­ty­kowi, nie nalezy wie­rzyc, bo tacy bez sta­lych i uza­sad­nio­nych pryncypiow.

  12. Jan M Fijor pisze:

    Wpa­dlem tu przy­pad­kowo i widze, ze nie­stety mia­lem racje. Dolar zbliza sie do 2 zl, ropa do 100 dol. za barylke, a zloto do 1000 dol.za uncje. Jak nara­zie prze­stroga p. Marka (dery­wa­tywa) nie spraw­dza sie.
    Pozdrawiam

    Jan M Fijor
    25 listo­pada 2007

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*

Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts