Zasady obrotu akcjami cz. 6

chat-dymki
1

Istnieją w zasadzie dwa sposoby zarabiania pieniędzy poprzez inwestowanie. Pierwszy polega na tym, że „tworzymy” jakiś mechanizm (narzędzie) służący do produkcji dobra lub usługi, które następnie sprzedajemy. I tak się dzieje w klasycznych biznesach, tworzonych przez przedsiębiorców. I drugi, kiedy kupujemy jakieś dobro lub usługę poniżej jej wartości rynkowej, by po jakimś czasie sprzedać ją (go) drożej. Ta „technika” bardziej przypomina spekulację.

Na rynku papierów wartościowych, pierwszy sposób przyrównać można odrywania kuponów, „tantiemów” (dywidend) od lokaty, drugi, to zwykłe wzbogacenie czyli przyrost wartości. Pierwszy to „biznes, maszynka do robienia pieniędzy”, drugi to „okazja” – tanio kupić, drogo sprzedać. I choć powyższe porównanie wyglądać może dość koślawo, z dużą dozą poprawności może ono tłumaczyć różnicę między akcjami typu „growth” i akcjami typu „value”. Akcja growth „produkuje” dochód, akcja typu value „rośnie” na wartości.

Ex-definitione

Akcje typu growth to przeważnie akcje firm szybko rozwijających się, o rentowności znacznie przewyższającej średni przyrost dochodu narodowego oraz wyższej niż średnia relacji ceny do zarobków per udział (P/E), akcje typu value, to przeważnie akcje o niskim stosunku P/E, znacznie poniżej średniej dla indeksu Dow Jones czy niekiedy S&P500. Opieram się na rynku amerykańskim, gdyż właśnie tam powstały te terminy i tam istnieje możliwość śledzenia rezultatów ich działania.
Rozróżnienie tych dwóch typów akcji (a właściwie, dwóch typów przedsięwzięć inwestycyjnych) narzuca różne sposoby inwestowania, różne jego cele, a także implikuje odmienne warunki, w jakich nabywanie akcji ma miejsce. I tak, akcje typu growth cieszą się wzięciem (bullish) w czasach silnego wzrostu gospodarczego, akcje typu value w okresach wzrostu stabilniejszego. Pierwsze dotyczą przedsiębiorstw o charakterze technologicznym, nowocześniejszych (inżynieria genetyczna, IT, telekomunikacja etc.), drugie, czyli value to raczej akcje firm działających w sektorach tradycyjnych (napoje, budownictwo, transport etc.). Widać więc, że sam rodzaj przedsiębiorstw reprezentowanych przez oba typy implikuje czas ich nabywania. W czasie boomu lat 1990. wyjątkowym popytem cieszyły się akcje growth, podczas gdy w okresach korekt czy chwilowych zwolnień, przerzucano się z preferencjami na value.
Jednakże okresy w cyklu koniunkturalnym nie są tu jedynym wskaźnikiem terminowości (timing).

Historia

Wydawać by się mogło, że nic prostszego: namierzyć firmę technologiczną (albo cały ich pakiet) i w nie inwestować. Doświadczenie uczy, że technologiczność (nowoczesność branży, jej szybki wzrost) to zaledwie jedno kryterium. Nie zawsze najszybciej rozwijającymi się sektorami były sektory najnowocześniejsze. W latach 1960 – 1970., firmami charakteryzującymi się silnym wzrostem o tempie przekraczającym tempo przyrostu dochodu narodowego były takie firmy jak: Polaroid, Avon, Zenith, GM czy IBM itp. Co prawda, połowa z nich działała w technologii, ale nie były to firmy- tygrysy, jak z czasów „boomu Clintona”, a raczej duże, silne firmy o nastawieniu konsumpcyjnym. Co gorsza, przynależność do grupy growth zmieniała siew czasie. W latach 1980. z grupy growth wypadła niemal cała czołówka poprzedniej dekady, zarówno Avon, Zenith, Polaroid, 3M jak i wiele innych. Ich miejsce zastąpiły inne kolosy, które tylko w części miały charakter „nowoczesny”, no bo trudno mówić o „technologii” w przypadku Coca-Coli, McDonald’sa czy Wal-mart. Technologia zdominowała grupę wzrostową dopiero mniej więcej 15 lat temu, kiedy na rynku pojawiły się takie firmy jak Microsoft, Cisco, Oracle, Netscape, Yahoo, Dell etc.
Zmienność ogromna. Trudno wręcz mówić o jakiejś stałej charakterystyce. Na palcach można policzyć firmy, które zachowały swoją „wzrostowość” przez dłużej niż 20 lat. Należą do nich bez wątpienia IBM, Wal-mart, McDonald’s, ale nawet i one miały swoje trudne momenty, trwające niekiedy (jak w przypadku IBM) przez 3-5 lat. W jaki sposób, zwykły, choć aktywny inwestor ma rozpoznać akcje typu growth? Jak je ma odróżnić od innych akcji? Najważniejszym kryterium jest tempo wzrostu, innym może być wartość P/E. Jeśli wskaźnik P/E jest dużo wyższy od średniej dla indeksu S&P 500, to możemy mówić o akcji typu growth. Oba kryteria mają jednak charakter historyczny, gdyż o tym, jaka była rentowność jakiejś akcji (czy relacja jej P/E do średniej rynkowej tego wskaźnika) przekonujemy się dopiero po latach jej posiadania (lub nieposiadania). Tymczasem inwestując chcemy zarabiać w przyszłości, a nie rozpamiętywać przeszłość. I tutaj jedynym kryterium jest…trafność przewidywania.

Jeśli przewidzimy prawidłowo, że będzie wzrost, to zainwestowaliśmy prawidłowo, czyli zarobimy. Jeśli nie przewidzieliśmy prawidłowo, to albo stracimy, albo zarobimy niewiele.

I ja bym się ku takiemu wnioskowi skłaniał, chociaż istnieje cała ogromna wiedza analityczna, wręcz szkoły inwestowania, które rzekomo służą właściwemu doborowi portfela akcji growth.

Analiza

O szkołach analitycznych (fundamentalnej i technicznej) będziemy mówić w kolejnych odcinkach, tutaj posłużymy się techniką stosowaną chałupniczo przez jednego z moich mentorów od „papierów wartościowych”. Zalecał on nieustanną analizę portfela, opierając się na badaniu zależności P/E i porównywaniu jej z aktualną średnią dla rynku. Jeśli, przykładowo, średnia rynkowa wynosi 17, a nasza lokata utrzymuje poziom 22-24, znaczy to że jest to akcja typu growth. Równie ważne jest utrzymywanie systematycznego tempa wzrostu powyżej tempa wzrostu PKB. Odejście od jednego z tych kryteriów „w dół” sprawia, że akcja przestaje być atrakcyjna i traci swój status growth.
Na czy to śledzenie przynależności polega (bo niewątpliwie posiadanie akcji growth jest dla inwestora korzystne)? Na liczeniu. W danym kwartale akcja zarobiła 1,5 zł, przy cenie 150 zł, P/E wynosi 25, znaczy to że jest to akcja growth. W następnym kwartale, inwestorzy spodziewają się więc podobnego tempa wzrostu, i jeśli cena teraz wynosi 180 zł, to będą „chcieli”, aby P/E utrzymało się na poziomie ok. 25, a więc żeby akcja gwarantowała dochód na udziale rzędu 1,8 zł. lub więcej. Jakiekolwiek zwolnienie tempa jest sygnałem odejścia od danej akcji, nawet jeśli firma jest nadal dobra. Taka sytuacja miała miejsce w początkach lat 1990. z IBM. Wystarczyło, że nastąpił niewielki spadek tempa przyrostu P/E, by cena w krótkim czasie spadła z ok. 180 dol. za udział do niewiele ponad 40 dol.. Firma przeżywała wprawdzie kryzys, ale nie aż taki, żeby wymiótł z niej ponad 75 proc. wartości. Kiedy P/E uległo poprawie, ceny akcji IBM poszybowały (po uwzględnieniu podziału akcji, split) do ponad 500 dol.
Ważnym wskaźnikiem trendu growth są mody. Akcje modnych, a stosunkowo silnych firm bardzo często mają charakter growth. Tak było w latach 1960. z amerykańskimi i japońskimi firmami produkującymi telewizory kolorowe. Rosły dopóki rynek się telewizorami nie nasycił. Potem, te które trzymały się kurczowo aparatów telewizyjnych straciły urok i przestały być wzrostowe. Podobne odrzucenie spotkało firmy dot.com czy producentów gier komputerowych w poprzedniej dekadzie.
Zarobki na akcjach growth są niekiedy ogromne. Ktoś, kto w latach 1960. zainwestował w 3M 1000 dol. za 40 lat miał już ponad 2 mln dol. Dell w ciągu pierwszych 20 lat istnienia przyniósł swoim wiernym inwestorom ponad 7000 proc. zysku. W podobnym tempie rosła Coca-Cola, Du Pont, czy ostatnio Microsoft. Jeden z moich znajomych pracował pod koniec lat 1950. w firmie McDonald’s. Był tam mechanikiem wykonującym proste remonty i naprawy. Akurat w tym czasie, tę raczkującą jeszcze spółkę ogarnął poważny kryzys i właściciel, Raymund Kroć, z braku gotówki, zaproponował mu, że przez kolejny rok połowę swojej pensji otrzymywał będzie w akcjach MCD. Czterdzieści lat później, przechodząc na emeryturę, sprzedał te akcje za ponad 2,3 mln dol. Półroczna pensja, niespełna 3500 dol. urosła do rozmiarów fortuny.
Szczęście i cierpliwość przyniosły zwykłym zjadaczom chleba milionowe fortuny.
Poprzedził je jednak rozsądny dobór akcji, oparty na analizie perspektyw firmy, na jej stabilności, wartości jej produktów, rozpoznawalności marki i wielu innych bardzo prozaicznych czynnikach, które sprawiają że wolimy produkt czy usługę w wykonaniu firmy ABC niż XYZ, lub odwrotnie.

Wzrost (growth) czy wartość (value) (I)
Jan M. Fijor
„” 2005-01-29

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Ma Pan bardzo ciekawego bloga. Gratuluję!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *