EKONOMIA IMIGRACJI

chat-dymki
0

Poniższy esej napisany został na konkurs organizowany przez Fundację Forum Obywatelskiego Rozwoju założoną przez prof. Leszka Balcerowicza. Dzięki niemu znalazłem się w gronie uczestników tygodniowej Letniej Szkoły Leszka Balcerowicza (https://for.org.pl/pl/projekty/szkoly-leszka-balcerowicza/letnia-szkola-leszka-balcerowicza), która okazała się świetnym wydarzeniem.

EKONOMIA IMIGRACJI

Imigracja należy dziś do najbardziej polaryzujących społeczeństwo tematów. Za sprawą tak zwanego kryzysu migracyjnego zagadnienie to, kontrowersyjne od dekad a nawet stuleci, jeszcze bardziej przybrało na znaczeniu i przez ostatnie kilka lat stanowi główny temat debaty publicznej. Mało tego, imigracja – a raczej stosunek do niej – może dziś przesądzić o sukcesie bądź porażce danej formacji politycznej.

Niestety w toczącej się wokół imigracji dyskusji dominują nie logika i fakty, lecz gra na emocjach i manipulowanie statystykami, a samym dyskutantom zazwyczaj bardziej zależy na efektownych zwycięstwach w szermierce słownej, niż na merytorycznym przedstawianiu swoich racji. Argumenty – zarówno te za, jak i te przeciwko imigracji – wyraźnie bazują na ignorancji elektoratu, który większą wagę zdaje się przykładać do dowodów anegdotycznych niż do wyników rzetelnych badań empirycznych. Krótko mówiąc, erystyka dominuje nad dialektyką. Spróbujmy zatem rozwiać nieco sztucznej mgły przysłaniającej prawdziwy obraz imigracji oraz jej konsekwencji ekonomicznych widzianych z perspektywy krajów przyjmujących osoby z zagranicy.

Zasada przewagi komparatywnej mówi, że dwóm krajom zawsze opłaca się prowadzić wymianę handlową – także gdy jeden kraj przeważa nad drugim we wszystkich dziedzinach i także gdy przedmiotem wymiany nie są dobra czy usługi lecz siła robocza. Zgodnie z inną fundamentalną zasadą ekonomiczną – prawem popytu i podaży – siły rynkowe kierują podaż (pracowników) tam, gdzie obowiązują najwyższe ceny (płace), a więc tam, gdzie zapotrzebowanie na dany towar (pracę) jest największe. Dzięki temu do poszczególnych krajów przybywają pracownicy o kwalifikacjach najbardziej w nich potrzebnych: czasem są to zwykli robotnicy, a czasem wybitni specjaliści. Zdecydowana większość ekonomistów, bazując na multum badań na temat imigracji, uważa ją za zjawisko korzystne[1], zaś antyimigracyjne nastroje społeczne tłumaczy uprzedzeniami ksenofobicznymi – tymi samymi, które stoją za popularnością protekcjonizmu[2]. Jeśli zaś chodzi o podstawowe obawy związane z wolnym przepływem ludności – „psucie” rynku pracy i nadużywanie świadczeń socjalnych – ekonomiści empiryczni przekonują, że niewiele jest dowodów na to, iż imigranci zaniżają płace, za to liczne dane wskazują, że wpłacają oni do budżetu w podatkach więcej niż uzyskują w ramach usług publicznych[3].

Co więcej, historia zna przypadki krajów, w których niewielki odsetek imigrantów zasadniczo podnosił standard życia całych społeczeństw. Produktywne jednostki i grupy imigrantów w ogromnym stopniu przyczyniły się do rozwoju krajów Ameryki Łacińskiej. Jak pisze słynny ekonomista Thomas Sowell:

Jeszcze w połowie XX wieku większość przemysłowców w najbardziej zindustrializowanych stanach Brazylii – Sao Paulo, Rio Grande do Sul i Santa Catarina – stanowili europejscy imigranci lub ich dzieci. W Sao Paulo „właścicielami 521 z 714 firm byli ludzie zaliczający się do tych dwóch kategorii”. W Rio Grande do Sul i Santa Catarina rozwinęli oni niemal 80% gałęzi przemysłu. […]

Kluczową rolę w rozwoju Brazylii i Peru odegrali imigranci z Japonii. Choć stanowili oni jedynie około 2–3% populacji brazylijskiego stanu Sao Paulo i posiadali niecałe 2% jego terytorium, byli odpowiedzialni za prawie 30% tamtejszej produkcji rolniczej – w tym 46% produkcji bawełny, 57% produkcji jedwabiu i 75% produkcji herbaty. […]

W Chile sytuacja wyglądała podobnie – w połowie XX wieku większość przemysłu w Santiago zarządzana była przez imigrantów bądź ich dzieci. […]

Wybitny francuski historyk Fernand Braudel stwierdził nawet, że „to imigranci stworzyli współczesną Brazylię, współczesną Argentynę i współczesne Chile”[4].

Imigracja ma oczywiście zarówno dobre, jak i złe strony. W polityce imigracyjnej – jak w każdej innej – należy kierować się zdrowym rozsądkiem i zwracać uwagę na instytucjonalne bodźce i zachęty. Za przestrogę mogą posłużyć współczesne kraje skandynawskie. Obowiązująca w nich kombinacja wysokich podatków dochodowych dla osób fizycznych oraz hojnych systemów świadczeń socjalnych motywuje do przesiedlania się tam jednostki niewykfalifikowane i nieproduktywne, zniechęca zaś jednostki wykfalifikowane i produktywne. W efekcie, osiedlających się w Skandynawii migrantów cechuje wysokie bezrobocie, problemy z asymilacją i niski odsetek zatrudnionych na wysokich stanowiskach. Jak ostrzegał Milton Friedman: „Albo państwo opiekuńcze, albo otwarte granice. tych dwóch rzeczy na raz mieć nie można”.

Podsumowując, o ile polityczny interwencjonizm nie wypacza jej naturalnego biegu, imigracja jest zjawiskiem korzystnym. To na nas – wyborcach – spoczywa odpowiedzialność blokowania hojnej polityki socjalnej oraz agresywnej polityki zagranicznej. Jeśli będziemy w tym skuteczni, celem przybywających do Polski imigrantów nie będą bezwarunkowe świadczenia materialne czy zamachy terrorystyczne, lecz spokojne życie z poszanowaniem polskiej kultury i obyczajów oraz uczciwa praca przyczyniająca się do ogólnego dobrobytu naszego kraju.

Krzysztof Zuber

[1]https://www.washingtonpost.com/news/wonk/wp/2013/01/29/five-things-economists-know-about-immigration/?utm_term=.0e5c9c5ebbea

[2] Bryan Caplan, Myth of the Rational Voter (Princeton University Press, 2007), s. 36-39.

[3] Bryan Caplan, Myth of the Rational Voter (Princeton University Press, 2007), s. 59.

[4] Thomas Sowell, Bieda, bogactwo i polityka w ujęciu globalnym (Warszawa: Fijorr Publishing, 2016), s. 234-236.

Udostępnij mądry artykuł!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *