BOŻEK INNOWACYJNOŚCI

Człowiek żyjący w normalnym trybie – starając się uczciwie pracować, zarabiać i w produktywny sposób uczestniczyć w życiu społecznym – niewiele ma okazji stykać się z literaturą akademicką. Oczywiście pewna część naukowych książek czy artykułów dostępna jest szerszej publiczności. Nie mam jednak na myśli tekstów pisanych przez akademików po to, by ktoś je faktycznie przeczytał (które stanowią jedynie niewielki odsetek tego, co powstaje na uczelniach), lecz teksty publikowane celem spełnienia minimów wymaganych przez uczelniane regulaminy. Istnieją w tym celu specjalne czasopisma, w których pracownicy naukowi pisują sami dla siebie – a raczej dla samego pisania. Za publikacje przyznawane są punkty, a jako że co semestr takich punktów należy nazbierać odpowiednią liczbę, trzeba publikować. Miałem niedawno okazję posmakować tego właśnie rodzaju akademickich mądrości.

Tak się składa, że mój młodszy brat jest na ostatnim roku studiów na kierunku Marketing i zarządzanie i kończy właśnie pisać pracę magisterską. Jednocześnie jest początkującym przedsiębiorcą – 2 lata temu założył własną pasiekę i produkuje miód. W ramach pracy magisterskiej dokonuje analizy swojej działalności właśnie pod kątem marketingu i zarządzania. Jako że zajmuję się działalnością wydawniczą, poprosił mnie o sprawdzenie tekstu pod kątem językowym.

W pisaniu prac magisterskich, licencjackich, inżynierskich i tym podobnych standardową praktyką jest, że zanim przejdzie się do rzeczy i zajmie konkretami, których praca ma dotyczyć, należy napisać kilkudziesięciostronowy wstęp teoretyczny. Sami prowadzący prywatnie przyznają, że wstępy te rzadko są przez kogokolwiek czytane, ale muszą być częścią prac. W takim wstępie nie może zabraknąć bogatej bibliografii. Fragment tego artykułu, fragment tamtego, cytat z jeszcze innego, omówienie kolejnego i nazbiera się odpowiednia liczba słów.

We wstępie do swojej pracy mój brat przeanalizował rynek produktów żywnościowych na Dolnym Śląsku. Szukając danych, korzystał z wielu wspomnianych wyżej akademickich czasopism i posiłkował się publikowanymi tam tekstami. Z cytowanych fragmentów oraz tonu analizy łatwo wyczuć, co jest dziś „modne” w branży. Otóż jest to innowacyjność. Przedstawiciele jednej z najbardziej nieinnowacyjnych gałęzi gospodarki, pracownicy naukowi na wykładach posiłkujący się często pożółkłymi, sporządzonymi 20 lat temu ręcznymi notatkami, ubolewają nad brakiem innowacyjności w polskim przemyśle spożywczym.

W środowiskach eksperckich uważa się, że celem poprawy w dziedzinie innowacyjności konieczne jest przeznaczanie przez państwo funduszy na edukację przedsiębiorców oraz na inwestycje przyczyniające się do wzrostu tejże innowacyjności. Społeczeństwo musi przejrzeć na oczy i zrozumieć, jak ważna jest innowacyjność. W przytaczanej we wstępie analizie dolnośląskiego rynku spożywczego, jako mocną stronę wymienia się „funkcjonowanie firm stopniowo generujących innowacje”, zaś jako najpoważniejsze zagrożenie „niepewność co do przyszłości finansowania przedsięwzięć przez Unię Europejską po roku 2020”. Propagandzie technicznej towarzyszy propaganda ideologiczna. Według autora jednego z tekstów Polska musi podążać za trendami światowymi, w ramach których kładzie się dziś nacisk na „ochronę prawa do smaku”. Dziękczynnym tonem pisze się o Regionalnej Strategii Innowacji dla Województwa Dolnośląskiego – „narzędzia realizacji polityki innowacyjnej, której misja została określona jako: Dolny Śląsk – miejscem inspiracji dla innowacyjnego rozwoju”. Ponadto realizowany jest plan „Dolny Śląsk – Zielona Dolina Żywności i Zdrowia”. Nie wiem, jak obeszlibyśmy się bez programu „Żywność dla przyszłości” – na szczęście istnieje i zajmuje się „edukacją społeczeństwa na temat zdrowego żywienia”. Czy ktoś traktuje to poważnie?

Wszystkim tym przedsięwzięciom z pewnością energicznie przyklaskuje nowy premier RP, Mateusz Morawiecki, który słowa „innowacyjność” używa praktycznie w każdym zdaniu, chyba że mówi akurat o równie żywotnej dla Polski polityce socjalnej. Nic dziwnego, że na skutek ciągłego bombardowana takim przekazem, mania innowacyjności udziela się ludziom. Rozmawiałem niedawno z właścicielem niewielkiego domu handlowego w małym, kilkutysięcznym miasteczku, który zastanawia się nad zamontowaniem w nim ruchomych schodów. „Bo wiesz, to byłoby innowacyjne”, mówił.

Tymczasem innowacje przecież kosztują! Innowacyjność ma sens tylko wtedy, gdy się opłaca, a mówiąc dokładniej, gdy uzyskiwany dzięki niej wzrost produktywności pozwala oczekiwać wzrostu zysków i odzyskania nakładów poniesionych celem usprawnienia przedsiębiorstwa wraz z procentem z kapitału. Innowacji nie wprowadza się dla wzrostu innowacyjności tylko dla wzrostu produktywności.

Rozumiemy to instynktownie na poziomie mikro. Gdy dzieciaki przy okazji długiego weekendu chcą otworzyć stoisko z lemoniadą własnej roboty, nie wyposażamy ich w profesjonalne blendery, terminal umożliwiający płatność kartą, samoobsługowy panel dotykowy czy inne technologiczne nowinki. Te inwestycje nie miałyby szans się zwrócić. Ta sama zasada obowiązuje w skali makro. Kapitał ma wiele alternatywnych zastosowań i należy go inwestować tam, gdzie jest najbardziej potrzebny; tam, gdzie daje szanse na najwyższy zwrot. Gdy mówimy gospodarce jako całości, może się nam to wydawać nieintuicyjne, ale innowacyjność nie jest wartością samą w sobie.

Warto dodać, że spośród 25 najbardziej innowacyjnych krajów tylko 8 (Islandia, Holandia, Szwecja, Chiny, Nowa Zelandia, Luksemburg, Irlandia i Izrael) zalicza się do pierwszej setki krajów o najszybszym tempie wzrostu PKB. Tym bardziej nie należy oczekiwać cudów, gdy za innowacje zabiera się państwo. Jego receptą jest w większości przypadków odbieranie w podatkach pieniędzy najprężniej prosperującym firmom i rozdawanie ich w ramach rozmaitych funduszy wsparcia innowacyjności firmom najskuteczniejszym w pisaniu wniosków o dotacje.

W całej tej hucpie większości przedstawicieli państwa i akademii nie zależy na innowacyjności. Obu grupom zależy na pieniądzach. Ci pierwsi próbują za wszelką cenę przekonać obywateli, że pobierane od nich podatki są państwu bardzo potrzebne. Ci drudzy widzą, że zawarcie słowa „innowacyjność” we wniosku o grant zwiększa prawdopodobieństwo jego uzyskania. Miejmy to na uwadze i zachowajmy zdrowy rozsądek.

Krzysztof Zuber

1 komentarz do “BOŻEK INNOWACYJNOŚCI”

  1. Głos rozsądku!

    Przełamanie pułapki maltuzjańskiej w XIX wieku i niesłychany rozwój gospodarczy opierały się na innowacyjności przedsiębiorców. Ale nie była to bynajmniej innowacyjność stymulowana ani wymuszana przez państwo! Powodem było to, że społeczny szacunek dla innowatorów – przedsiębiorców, kreatywnych destruktorów – przekroczył pewną masę krytyczną (patrz: „Burżuazyjna godność”). A nie jakieś programy polityczne.

    Dlatego, jeśli chcemy, by dziś gospodarka była bardziej innowacyjna, przywróćmy społeczny szacunek dla przedsiębiorców, którzy dziś są postrzegani zbyt często jako „oszuści” (podatkowi) i mimo że to oni, jak Atlas, dźwigają cały współczesny świat, nie mają właściwego miejsca na społecznym podium. Oraz oczywiście swoboda myśli. Swoboda myśli jest konieczna dla istnienia innowacyjnego społeczeństwa – sprywatyzujmy więc szkolnictwo i media publiczne – dlaczego państwo ma nas i nasze dzieci uczyć, co myśleć i jak myśleć? A potem oczekiwać od nas kreatywnego myślenia? Absurd! To jest krzywda i ujma dla naszego człowieczeństwa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Koszyk